|
|
|
Leśmianowi
|
'Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce,
Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce.
Cień ręki - na murawie... A wszystko - niczyje,
Ledwo się zazieleni - już ufa, że żyje.'
Ledwo się zazieleniło moje przekonanie, że się uda, a już plecy wyprostowane i wzrok nie opada w dół przy trudnych pytaniach. Zlot - a raczej ludzie, których tam spotkałam - dali mi mnóstwo siły ducha, chyba nigdy tak mocno nie wierzyłam w siebie. Przyszłość się rysuje z rozmachem godnym zapisania w encyklopedii. A przynajmniej z entuzjazmem prosto ze spotkania na wspólnej ścieżce.
Jak łatwo być szczęśliwym. Wystarczy śpiewać.
A teraz wzywa kolejna droga w góry. Tym razem bezpiecznie, pod skrzydłami przyjaciół, bez gwałtownych zrywów i galopujących niespodzianek ani bez dołującego poczucia samotności. Będzie relaksująco, interesująco, w ogóle będzie -ąco. W szpilkach na Giewont,prawda? :D
Może będzie lżej z ta myślą, która nie w głowie, a w sercu zapuszcza korzenie.
'A jak dumnie się modrzy u ciszy podnóża!
Jak buńczucznie do boju z mgłą się napurpurza!
A jest go tak niewiele, że mniej, niż niebiesko...
Nic, prócz tła. Biały obłok z liliową przekreską.'
|
|
|
|
Trzeba.
|
- Wiesz, czego tak naprawdę najbardziej mi teraz potrzeba?
- Pewnie, że wiem.
- To powiedz, czego?
- Gorzkiego liptona zaparzonego i przyniesionego prosto w twoje ręce. Porannego wylegiwania się w łóżku aż zachce się wstać i pokazać światu potargane, zaspane oblicze. Wieczornego śpiewania przy gitarze z przyjaciółmi. Trochę ciepła od ognia, inteligentnej rozmowy o wszystkim i niczym. Może nawet nieco poważnej dyskusji przeplatanej głupimi dowcipami. Chcesz, żeby wyszło słońce i wysuszyło ten paskudny świat, gdzie są same kałuże oraz mokre buty.
- Okej, to prawie wszystko. Niezła analiza. Ale czegoś w niej zabrakło.
- Spokojnie, jeszcze nie koniec. Potrzeba ci bliskości i stałości. Wewnętrznego przekonania o tym, że będzie dobrze. Uporządkowania myśli, bezpieczeństwa. Potrzeba ci ludzi, którzy cię nigdy nie zostawią i dla których będziesz bardzo ważna.
Zapadła cisza. Tęsknota i brak hulały po sercu, wywracały na lewą stronę dobre myśli. Każdy ideał pokrył się kurzem. Zza stojącej mlecznej mgły nie było widać końca.
A herbata była za słodka i w ręce cały czas za zimno.
Freud na pewno miałby wiele do powiedzenia na ten temat.
|
|
|
|
Wakacje.
|
Wakacje mają kilka cech stałych.
- ten, z kim chcesz się spotkać, właśnie wyjechał
- pakowanie, pakowanie, pakowanie i wcale nie mam na myśli bicepsów
- wydawało ci się, że w tym roku wcale nie zgromadziłeś tak potwornej liczby rzeczy, a jednak jak zwykle czujesz się zaskoczony, że przy powrocie do domu zajmujesz o dwie torby więcej, niż przewidziałeś
- myślisz o tym, jak będziesz wyglądać w stroju kąpielowym. Panowie oceniają swoje klaty, dziewczyny zazwyczaj biodra
- na rynku jest tyle warzyw i owoców, że aż nie wiadomo, które jeść
- żyjesz jak w amoku, a pomiędzy wyjazdami i szaleńczymi chwilami robisz błogie nic.
- wreszcie możesz poczytać książki odkładane przez cały rok, bo "jest coś pilniejszego"
- myślisz o następnej jesieni, ale tak, jakby miała nigdy nie nadejść
- oglądasz telewizję lub właśnie wcale nie masz na to czasu
...
Lista mogłaby być o wiele dłuższa, ale w zasadzie każdy z nas spędza wakacje jednak trochę inaczej.
Dziś napisałam ostatni opis na tych praktykach. Choć na pewno będę go poprawiać, mam wrażenie, że już mi się rzeczywiście skończył ten OGROMNY rok. Oprócz tego, że wrzesień, wpisy, brak jeszcze wyników z dwóch egzaminów i bla bla bla.
Ostatnie kilka lat pozostawiło mi w głowie pewne skojarzenia. Kiedy jest ciepło, pod stopami mam piaszczystą drogę, drzewa albo otwartą przestrzeń dokoła siebie, automatycznie w mózgu przestawia mi się tryb na "wakacje". Zaraz przywołuję w myślach wspomnienia ze szlaków, choć w końcu wcale nie przeszłam ich tak wiele. I czuję tęsknotę za tym. Wczoraj pomyślałam sobie: a jeśli za kilka lat przestanę latem wędrować? Czy będzie to moja decyzja, czy przemyślana, czy zmusi mnie do tego sytuacja? A może dorosnę po prostu kiedyś, przestanie mnie zachwycać daleka góra i zamienię ją na leżaczek?
Póki co jednak mam już plany na przyszłe lato. Estonia! (wynikła z zakładu z Madzią).
|
|
|
|
Walka Jakuba z Aniołem
|
To jest już koniec, nie ma już nic.
Plan na wszystko? Jest taki?...
Czasem to, co kieruje życiem (dla jednych los, dla innych Duch Święty, dla innych może jeszcze coś tam innego) wydaje się być całkowicie sfiksowanym połączeniem wielokrotnego recydywisty z wariatkowa ze złośliwą staruszką - poduszkowcem. To coś tylko wypatruje, jak najcelniej dopiec, w najczulszy punkt ustawić strzelbę... Nic tak nie wkurza, jak przekreślenie wiekopomnych planów. Osoby, które umieją sobie zorganizować dzień, tydzień, miesiąc i rok wiedzą, jak okropne może być poprzestawianie dwóch czy trzech weekendów. Masakra. Co dopiero mówić o walącym się w gruzy planie życiowym. Z takiej potyczki człowiek wychodzi z ranami na duszy, czasem też na ciele czy portfelu.
Do dzisiejszego egzaminu uczyłam się historii Kościoła i czytałam Biblię dla dzieci, żeby kojarzyć Stary Testament. Są tam kawałki, które zupełnie dla mnie tchną niewiarygodnością, jak na przykład - co musiał czuć Abraham, gdy podnosił nóż na własnego syna? Makabryczne. Ale pisząc powyższy akapit, miałam przed oczami inną dotychczas niezrozumiałą dla mnie historię ze Starego Testamentu.
Walkę Jakuba z Aniołem. Rdz 32
"25 Gdy zaś wrócił i został sam jeden, ktoś zmagał się z nim aż do wschodu jutrzenki, 26 a widząc, że nie może go pokonać, dotknął jego stawu biodrowego i wywichnął Jakubowi ten staw podczas zmagania się z nim. 27 A wreszcie rzekł: "Puść mnie, bo już wschodzi zorza!" Jakub odpowiedział: "Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!" 28 Wtedy [tamten] go zapytał: "Jakie masz imię?" On zaś rzekł: "Jakub". 29 Powiedział: "Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś". 30 Potem Jakub rzekł: "Powiedz mi, proszę, jakie jest Twe imię?" Ale on odpowiedział: "Czemu pytasz mnie o imię?" - i pobłogosławił go na owym miejscu.
Jak to?!! Z Aniołem nie można walczyć! W dodatku ten wredny poniekąd niebiański duch wykorzystując swoją przewagę, wyłamał gościowi staw biodrowy, przecież to musiało cholernie boleć! Tak o tej scenie myślałam jeszcze wczoraj. A dziś patrząc przez filtr wydarzeń zobaczyłam tę walkę.
Człowiek czegoś pragnie z głębi serca. Zmaga się z Bożym planem. A niebo mu za to chwalebnie staw wyłamuje. Człowiek na to: nie puszczę cię, póki mi nie pobłogosławisz.
Teraz jako wytrawny słuchacz i opowiadacz historii czekam na ciąg dalszy.
...
Zmiany są straszne, ale dobre, bo ruszają rzeczy naprzód.
Możemy iść.
|
|
|
|
Shut up and smile.
|
Egzamin plusz egzamin plusz egzamin.
Mogłabym pod tym zdaniem napisać, że to moje życie, ale po co. To wcale nie jest moje życie. Nie muszę się stresować, nikt mnie nie zmusi do przyznania czegoś takiego: sens mojego życia to zdanie egzaminów. Shut up, fuck off i w ogóle przecież nie o to chodzi, co w indeksie.
Owszem, spędzam w tej chwili czas w sposób niezgadzający się z moim charakterem, ale robię co mogę, żeby nie ugrzęznąć w tym bagienku. Trochę jak na tamtych kajakach, gdzie bobrowa tama za bobrową tamą, zimno i wieje. Przecież póki mam wiosło i siłę się z tego śmiać, nic nie jest dla mnie straszne. Póki są wokół mnie ludzie, do których mogę iść na parówkę we francuskim cieście :) Nawet, jeśli uczą się czego innego.
Na ostatniej prostej zawsze najbardziej się nie chce.
Świat mnie kusi słońcem i szumem drzew. Książki są niczym w porównaniu do wędrówki.
|
|
|
|
Sobie a muzom
|
Ponawiam nieumierające pytanie, czy ktoś tu jeszcze zagląda?
Mama całkiem chyba słusznie zauważyła, że mam zaniżone poczucie wartości :P Więc mnie dowartościujcie, że ja nie tylko tutaj sobie zapisuję od siedmiu lat co jakiś czas pamiątkę dla cyberarcheologów. Lubię być aktualna. Każdy lubi.
Mam nowy ulubiony serial: Jak poznałem waszą matkę. Facet szuka sobie żony, a w międzyczasie zwyczajnie żyje. Jest bywalcem imprez, ale konserwatystą, świetnym kumplem swoich zaręczonych przyjaciół i zagorzałego, seksistowskiego kawalera. Przy każdej związkowej porażce podkreśla, że to w końcu musi kiedyś zaowocować. Że warto czekać. Że możemy robić błędy, tylko lepiej ostatecznie się do nich przyznać i czegoś nauczyć, niż w nich tkwić. Mam za sobą dopiero pięć odcinków, a tytułowej matki ani widu ani słychu. Ale jest zabawnie - więc mnie to nie zraża do czekania z coraz większym napięciem. Choć... tego jest 5 sezonów... To może się nie będę napalała na szybki happy end...
Udało mi się przez dwa dni odpocząć od tej cholernej gonitwy. Szansa pojechania stopem nad morze wprawdzie znikła jak kamfora, lecz mnie to do szalonych wakacji nie zniechęca.
Ważne, żeby mieć cel. A na resztę znajdzie się tabliczka czekolady i kosz truskawek, prawda?
Tylko tak straszliwie, straszliwie tęsknię do pisania...
|
|
|
|
Wyrąbać ścieżkę
|
Jest już lato.
Trochę się rozkaprysiło, bo obudziło rano burzą, a teraz moje buty suszą się na dachu i podejrzewam, że z nich paruje, tak jest słonecznie. Moje nastroje są też jak ta pogoda. Byle pierdoła potrafi mnie wytrącić z równowagi, a w ciągu następnych piętnastu minut już się regeneruję i mam gdzieś niepowodzenia.
Zastanawia mnie reakcja ludzi na to, ile mam egzaminów do zdania oraz zaliczeń do zaliczenia. Większość, kiedy wreszcie załapie, o co chodzi, robi wielkie oczy. Ogromne. Jak spodki.
Rozmawiałam ostatnio z koleżanką z pierwszego roku, która postanowiła rzucić studia i pojechać na rok pracować do Szkocji, podróżować autostopem, jeszcze nawet nie wie, czy wróci tutaj. Na takie właśnie rzeczy ja robię wielkie oczy - albo raczej wielki uśmiech. Często zastanawiam się, czy wybrana przeze mnie droga na pewno prowadzi przez dobry busz. Bo tak naprawdę mnóstwo w niej dróg na skróty. Mam milion notatek zgranych na pena, z których mogę korzystać do egzaminów i kół. Są też ludzie, który mi pomagają. Łatwości podążania tą drogą nie zmienia fakt, że postanowiłam ją przejść na rękach, a nie nogach...
Chociaż... skoro uczymy się tego, czego chcemy się nauczyć? Na każdej drodze można słuchać ludzkich historii, można przeżywać przygody. Wiem, że nie marnuję czasu. Ale ciąży mi poczucie istnienia świata gdzieś-tam, gdzie jeszcze nie byłam, gdzie ludzie żyją inaczej, gdzie są inne drzewa w lasach. I nie chodzi mi tylko o przemieszczanie się w nieznane, jakieś podróże i zostawanie ninja.
Koleżanka z drugiego roku jest natomiast w ostatnim miesiącu ciąży. Ma męża. Jest szczęśliwa i chce się dalej uczyć. Czy to nie piękne?
Istnieje mnóstwo ścieżek. A trzeba wyrąbać swoją własną...
|
|
|
|
Najważniejsze.
|
Moje zdrowie psychiczne jest zaskakujące.
Jest zaskakująco kruche. Choć nie mam na myśli wcale jego wątłości. Przymiotnik "silna" jest może trochę na wyrost, ale całkiem nieźle charakteryzuje moje nastawienie do problemów życiowych. A jeśli ja sama nastawiam się na pokonywanie trudności, wyczyn i takie tam, to trudno, żebym jednocześnie propagowała zapadanie w jakiś marazm czy melancholię. Moje zdrowie psychiczne jest zaskakująco kruche, bo tak sobie byłam silna, silna, silna, aż w końcu doszło do jakiejś krawędzi i zupełnie niespodziewanie stałam się psychicznym cieniasem. Trwało to wprawdzie tylko jakieś 40 minut, ale było milowym kamieniem. Wrażliwość na krytykę + starania na granicy możliwości + przedmiot, którego nie lubię + zmęczenie przez ogromne ZZZ + wkurzona pani A. + dwa stresujące koła tego samego dnia + brak czasu na zrobienie projektów + beznadziejna pogoda + nie ma gazu w mieszkaniu = wielki ryk.
Tak, tak. To niezaplanowany element operacji "Odrobina łajzy", ale faktycznie spadłam na moje prywatne dno wytrzymałości i musiałam prosić o pomoc. Psychiczną. Pożałowania i przytulenia, nakarmienia, zapewnienia o własnej wartości, śmiania się i odrywania od czarnych myśli, życzenie powodzenia - to wszystko dzięki Bogu otrzymałam, gdy tylko się rozkleiłam.
Zakładałam oczywiście taką możliwość, gdy godziłam się na tegoroczną harówkę, ale dotychczas szło mi zaskakująco dobrze. Właśnie, zaskakująco. A jednak przyzwyczaiłam się do tego odstępstwa od logicznej normy. Nikt nie jest przecież cyborgiem. Nie muszę wypruwać sobie wszystkich flaków, żeby zadowolić system edukacji.
Najważniejszy jest Bóg.
Najważniejsza jest rodzina, przyjaciele.
Najważniejszy jest czas, który mam dla ludzi.
Najważniejsze jest, żeby być dobrym człowiekiem i żyć zgodnie z własnym etosem.
A jeśli etos zakłada wypełnianie podjętych zobowiązań - które czasem nie wychodzi?...
to w końcu tylko czwarty z punktów rzeczy Najważniejszych.
|
|
|
|
Alciatus uczy.
|
O dziwo, studiując klasyczną literaturę można się całkiem sporo dowiedzieć(tutaj w pojęcie "klasyczną" zaliczamy antyk i renesans). Pomijam fakt, że ja absolutnie nie nadaję się do rasowego kucia, bo mnie wszystko rozprasza - ale po raz drugi przebrnęłam przez 'Emblematum libellus' Alciatusa i zauważyłam ciekawą rzecz. Na sto-ileś emblematów jest chyba ponad dziesięć dotyczących miłości. Występuje Eros/Amor jako syn Wenus, zawsze ze strzałami i zawiązanymi oczami. Pojawia się też jego braciszek Anteros, który jest personifikacją miłości rozsądnej, a nie zmysłowej. Kilka przedstawień dotyczy pory zakochiwania się - w młodości, na starość - i złych jego skutków w każdym z tych przypadków. Tak, tak, pozwolę sobie nawet poczciwego włoskiego prawnika zacytować: "Pod czujną strażą trzeba trzymać niezamężne dziewczęta, / miłość ze wszystkich stron zastawia bowiem sidła." Jest też o wierności małżeńskiej, całkiem zgrabny i do przyjęcia epigramacik z drzeworytem. Co ciekawe, Ripa miał trochę inne zdanie o małżeństwie, bo przedstawia je za pomocą nieszczęśnika zakutego w dyby, z jarzmem na ramionach...
Z kolei Owidiusz większość swojego życia poświęcił poszukiwaniom dookoła miłości. Napisał 'Sztukę kochania', podręcznik jak dbać o twarz kobiecą, jakieś liryki miłosne i inne rzeczy. Biedak tak się poświęcił swojej pasji, że w końcu cesarz wygnał go z kraju i do dziś nie wiadomo, dlaczego. Wyobrażam sobie go jako delikatnego amanta w rzymskim płaszczu, jak kryje isę przed barbarzyńcami podczas swojego pobytu na wygnaniu i widzę go, jak siedzi i pisze do trzeciej żony...
Ale po co ja tak nudzę o tych renesansach i antykach?
Bo chociaż 'Emblematum libellus' nie była pomyślana jako sens życia Alciatusa, to właśnie dzięki niej przeszedł do historii, a przynajmniej do historii sztuki. Poważny prawnik, który bez sukcesów próbował swoich sił również w literaturze, staje się ojcem emblematyki i jego imię odmieniane przez łacińskie przypadki pada w późniejszych dziełach Valerianiego, Ripy oraz masy innych, których pewnie powinnam znać, ale się nie nauczyłam. A to wszystko dzięki książeczce, której nie traktował serio.
Wszystko mnie rozprasza i każda rzecz, która się nie wiąże z kuciem jest w tym momencie dla mnie kusząca. Nawet przyszyłam oddarty brzeg sukienki, choć wcale nie lubię szyć i nie potrzebuję tej sukienki na jutro. Szczególnie wołają mnie napisane i nienapisane opowieści, które kłębią się w mojej głowie. Doprowadzam się sama do szału, analizując, dlaczego siedzenie nad Alciatusem jest w tej chwili bardziej owocne, niż pisanie powieści.
Bo może wcale nie powieści staną się treścią mojego życia?
Chociaż, przyznam szczerze, dziś ta perspektywa mnie przeraża.
|
|
|
|
Jezioro z chmurą.
|
W kontekście naszych działkowych rozważań o celu i drodze - tak, Madzieńku, wiem, zaraz mnie przeklniesz pod nosem, że znowu o tym samym - mam w głowie mętlik o poziomie małego niebezpieczeństwa.
Przypomnę kilka założeń tamtej dyskusji.
Droga Lucka - proces przemieszczania się, uczenia, ale przede wszystkim przybliżania się do Celu.
Droga Jakuba i moja - proces przemieszczania się, uczenia, którego najważniejszym założeniem jest przeżywanie drogi i stawanie się innym człowiekiem, niż konieczne osiągnięcie Celu.
I przypomniały mi się dziś słowa - chęć sprawdzenia się... Powiedziałam wtedy Luckowi, że jeśli jestem pewna samej siebie, jeśli mogę na sobie polegać, to nawet droga której nie znam jest dla mnie atrakcyjna. Mogę sobie zaufać, że nie stracę najważniejszej części siebie niezależnie od przygód, które mnie spotkają. A poza tym każda kolejna wyprawa mnie tworzy i wzbogaca, szczególnie jeśli jest to wyprawa w nieznane. Choćby i bez określonego na początku celu.
A on na to - chęć sprawdzenia się... Czy ja za przeproszeniem czuję się w świecie niepewnie i muszę potwierdzać swoją wartość? Pokazywać, na co jeszcze mnie stać? Jak wiele rzeczy potrafię wziąć na siebie i nie zdechnąć z przemęczenia? Bo może po prostu moje myślenie mnie wyprowadza gdzieś na manowce.
A zaczęło się od niewinnego autostopu.
Jeszcze raz dziękuję Działkowiczom - spisaliście się absolutnie na medal.
Są takie chwile, których nie można sfotografować. A mimo to się zdjęcia ogląda i ogląda i ogląda...
Co macie na pulpicie? bo ja jezioro z odbitą w nim chmurą ;)
|
|
|
|
Ikonologia na dachu
|
Moje życie obecnie składa się głównie z frustracji.
Nawet, jeśli jest inaczej, frustracja przesiąka przez pozostałe ciepłe warstwy i sprawia, że się czuję niekomfortowo. Mam za to genialny trening z niestresowania się. Dziś na przykład powtarzałam sobie w myślach "uspokój się, nie masz na to wpływu", kiedy siedziałam w przychodni medycyny pracy i kolejka przesuwała się tak potwornie wolno. W środę natomiast dostałam dwie pały z koła i w zasadzie zepsuło mi to humor na pół dnia.
Żeby to pół dnia wyjaśnić - nie chodzi o dwanaście pełnych godzin irytowania się albo smucenia. Chodzi o kołaczące w głowie od środy, od godz. 12.15, poczucie klęski, w związku ze zbliżającą się poprawką. Pół dnia oznacza, że codziennie mi towarzyszą te czarne myśli.
Oprócz tego powoli zaczynam zdawać sobie sprawę, jak ciężki jest głaz, co to mi zaraz spadnie na głowę.
Jedyne, co w tej sytuacji mogę zrobić, to starać się nie zwariować.
Trudne.
No trudno.
Wiecie, co?
Jest takie niebo, kiedy chmury mają tysiące kolorów. Jeden gruby, ciężki obłok potrafi swą częścią wyłapać złociste promienie słońca tuż znad horyzontu, a z drugiej strony być niebieski i chłodny. Na tle nieba, które samo nie może zdecydować, czy się błękici czy bieli, wygląda to bardzo zaskakująco. Jak dwie różne sfery połączone chmurą. W dodatku wokół strzelają w to niebo anteny przyczepione do ceglanych kominów. Gdzieś pomiędzy ścianami bloków wyskakują jak dzikie wściekle zielone drzewa, bo maj tak ma, że się na zielono wścieka. Z dołu dochodzą do uszu szczekania psów, stukanie obcasów i warkot samochodów. Ale to z dołu, to z daleka. Na tle chmury zaś przemykają czarnymi smugami jerzyki, krzycząc coś do siebie.
Oczywiście, że weszłam w końcu na dach. Ale z ikonologią.
|
|
|
|
Potraćmy trochę czasu
|
'If I lay here
If I just lay here
Would you lay with me
and just forget the world?'
Podczas tych Juwenaliów (które się w zasadzie nie skończyły) wiele razy pomyślałam, że bardzo dobrze jest mieć jakiegoś faceta bardziej lub mniej emocjonalnie związanego ze sobą. Żeby:
- szedł obok ciemną nocą
- nie pozwolił zgubić się w tłumie podczas koncertu, nie dał zadeptać i zasłaniać, wziął na barana
- rozmawiał i bawił podczas siedzenia na before party ze wszystkimi-a-jednak-z-nikim
- prowadził rower, gdy ma się tak ogromną ochotę natychmiast zatopić zęby w kebabie, którego się niesie w ręce
- można było zapytać go "o czym myślisz?"
- pogłaskał po głowie, kiedy zmęczono i smętno.
Oprócz tej drobnej, acz ważnej refleksji, mam też drugą. Taka dwudzielna kompozycja moich notek już od pewnego czasu zdominowała spójne koncepcje wcześniejszych tekstów.
Muszę przebywać wśród ludzi. Źle się czuję, kiedy jestem sama. Po trzech dniach bez nikogo do pogadania w mieszkaniu każdy, kto odważy się przestąpić próg Wyspy jest natychmiast atakowany dzikim potokiem moich słów, nie potrafię przestać ani się odczepić. Uwielbiam ludzi, przebywanie z nimi nawet, jeśli się z nimi w różnych sprawach nie zgadzam i kłócę, jest mi bardzo potrzebne. W niektórych sytuacjach wystarczy mi nawet, że są w kuchni i ich stamtąd słyszę. Tak strasznie się stresuję przed poznaniem nowych ludzi, przed ważnymi spotkaniami, przed rozmowami na ciężkie tematy --- a jednak w trakcie czy potem moje serce rośnie :) Choć potrafię się niekiedy podczas rozmowy całkiem wyłączyć i nie słuchać. A zdać sobie z tego sprawę gdy dotrze do mnie pytanie "No nie?"
Słucham 'Chasing cars' nowo odkrytego zespołu Snow Patrol. Piosenka łączy dwie części mojej notki.
'Let's waste time
chasing cars
around our heads...
I need your grace
to remind me
to find my own...'
|
|
|
|
Problem w firmie
|
Chyba już nawet pogodziłam się ze smętnym faktem, że jutrzejsze koło przerwie pasmo niespodziewanych szczęśliwych zbiegów okoliczności. Czyli, że go po prostu nie zdam.
A jednak cokolwiek się stanie, fajnie być mną. Zarządzanie firmą K.R. zoo sprawia mi niezmiennie dużą przyjemność. Choć jest trudne, bo dział kadr nie nadąża za potrzebami zgłaszanymi przez dyrektora, a wypłaty przepadają dokładnie w dniu, w którym pracownicy je otrzymują. Firma na szczęście działa w cieplutkim inkubatorze przedsiębiorczości, bo nie musi płacić wysokich podatków państwu, może się póki co rozwijać jadąc na biletach ulgowych. Współpraca z podwykonawcami przebiega czasem burzliwie, to fakt. A jednak K.R. zoo radzi sobie na falach biznesu, realizując zlecenia innych firm i rozwijając się w trudnych czasach kryzysu. Dyrektor spędza noce w biurze i czasem nie ma to wiele wspólnego z balangami przy biuście sekretarki.
Jeszcze działam starym trybem, choć już ze stresu więcej jem i czuję na karku oddech sesji.
Problem polega na tym, że jest maj.
W maju nie chcę siedzieć przy biurku. Chcę do parku i do kina. Chcę na rower i do lasu. O ile postulaty są zdrowe, logiczne, potrzebne, o tyle dyrektor firmy K.R. zoo pokazuje swoim markerem na wykresik o zniżkowej tendencji i kręci głową, aż mu okulary na nosie podskakują. Pracownicy nie mogą opuszczać swoich posterunków. Nie czas na Demotywatory, na balangi, na pracę w harcerstwie.
Ciekawe, kto wygra - czy dyrektor, czy krnąbrni pracownicy, którzy każdą przerwę na kawę przedłużają o 15 minut, a w czasie na wykonanie zadania gapią się z głupawymi uśmiechami przez okno.
Tempus fugit.
|
|
|
|
Wyjdź w świat 3.
|
Gen przygody, o którym już kiedyś pisałam, w tę majówkę zaprowadził mnie nad rzekę Dobrzycę, która w zasadzie powinna nazywać się Bobrzyca. Po raz kolejny spróbowałam czegoś nowego w gronie fantastycznych osób i nie zawiodłam się ani trochę. Jeszcze zanim kajaki przyjechały, miałam już głupawkę, niech to starczy za komentarz.
Wyjdź w świat 3.
No nie potrafiłabym po prostu nazwać tej notki inaczej.
Może mam taki czas w życiu, że zaczynają się dla mnie otwierać różne drzwi i zaglądam ciekawie za framugę. Zdaję sobie sprawę, że to całkowicie normalne nie tylko w moim wieku, w mojej sytuacji, ale nie przestaje mnie to zadziwiać. Jak bardzo ciekawe potrafi być obcowanie z ludźmi, śmianie się z nimi, pytanie ich o różne rzeczy i słuchanie, przeżywanie razem jakichś trudów oraz chwil zupełnie szczęśliwych, co idą jak po maśle...
Ile jest w nas plagiatu?
Nie tylko pisząc, ale też żyjąc korzystamy przecież z doświadczeń innych ludzi. Całkiem możliwa jest teza, że pisarz tylko kombinuje nowe opowieści z tego, co już kiedyś przeczytał.
Na ile w życiu nasze decyzje są całkiem nasze, a ile jest w nich rodzicielskiej przestrogi, obserwacji kolegów i presji otoczenia? To trudne - rozgraniczyć siebie od świata. Moim zdaniem wręcz niewykonalne.
Ale zauważyłam jedną bardzo ciekawą rzecz. Im lepiej wiem, kim ja jestem, tym chętniej przebywam z ludźmi. Jestem pewniejsza co do siebie, więc nie zagraża mi aż tak wpływ innych osób. Sama filtruję, co od nich biorę, a o czym decyduję we własnej głowie i zagradzam zewnętrznemu wpływowi przystęp do siebie. Magia relacji z ludźmi chyba na tym właśnie polega. Dać się oczarować, ale nie zwariować :)
'Noc winogrona gwiazd rozdaje.'
|
|
|
|
Wyjdź w świat 2.
|
W zasadzie ta notka niewiele mogłaby się różnić od poprzedniej. Kontynuuję wychodzenie w świat, przenosząc proste przebieranie nogami na swoje relacje, przyzwyczajenia i inne takie niedotykalne sprawy.
Są rzeczy, w które nie tylko ja bym nie uwierzyła, że będę je robić - mnóstwo osób, które czasem wierzą we mnie bardziej niż ja sama, nie pomyślałyby za nic w świecie.
Na studiach zaczyna być tak fajnie, że aż przestaję chodzić na zajęcia. Myślę, że jest to - w moim wypadku - bardzo dobry omen. Pisząc "na studiach" mam oczywiście na myśli wszystko, co się dzieje, kiedy mam dwadzieścia lat i mnóstwo zapału. Od tańczenia do trzeciej w klubie, przez wszelkiego pokroju oglądanie głupich komedii o zjaranych gościach z ludźmi z roku, po kursy z umiejętności miękkich (nie, nie chodzi o gotowanie jajek na miękko :P). Nareszcie jest cieplej. Nareszcie można zamknąć oczy i podnieść nos do słońca. Piegów mi od tego nie przybędzie, natomiast energii życiowej - na pewno.
Czasem odbijam się od ściany, kiedy przyjaciół dręczą jakieś zmory i upiory, a ja nie potrafię ich przegonić. Mimo to trzeba iść do przodu, no nie?
Widzę milion dróg i perspektyw. Jestem tym równie przerażona, co zachwycona. O ile dobrze pamiętam, Kant nazywał taki stan wzniosłością dynamiczną. Nie chcę spieprzyć niczego, czego się podejmuję. Nie pozwalam sobie na robienie błędów. Ale usłyszałam w ten weekend, że właśnie teraz mam najświętsze prawo popełniać błędy. Bezkarnie. No, może prawie bezkarnie.
Czy to nie piękne?
Zdołowanym polecam posłuchać piosenkę o dziewczynach z Albatrosa. I przytulić się do drzewa. Niekoniecznie w tej kolejności :)
|
|
|
|
|
|
|