|
|
|
' Zwycieza Ci, co nienawiscia silni szydza z innych '
|
Chyba jednak nikt Nas nie pamięta już, Amy... Albo poodchodzili. Tak jak ja od Ciebie...
***
-Widziałam. - przerwała mu tak nagle, że tym razem to on podskoczył i na małą chwilę stracił panowanie nad pojazdem - Nawet co nieco potrafię. - dodała bez zastanowienia.
-Co, na przykład? - udawał podejrzliwego, ale ton jego głosu wskazywał jednoznacznie, że od razu jej uwierzył.
-Na przykład... - mruknęła cicho, wyciągnęła różdżkę z kieszeni płaszcza i skierowała jej koniec w stronę radia samochodowego. Wyszeptała kilka słów i po chwili z głośników "wydarł" się jakiś japoński zespół rockowy.
Mężczyzna odruchowo zahamował i szybko wyłączył radio. Spojrzał w lusterka i odetchnął z ulgą. Ulica za nimi była wyjątkowo pusta. W tym samym momencie auto ruszyło i zaczęło powoli przyspieszać. Zdezorientowany taksówkarz spojrzał szybko w dół i zobaczył, że pedał gazu jest dociskany przez jakąś niewidzialną siłę. Ostrożnie położył ręce na kierownicy i nogi na pedałach.
-Ok, już dosyć. - wydyszał - Mogła pani nas zabić!
-Bez przesady... - rudowłosa schowała różdżkę z powrotem i oparła się wygodnie.
-Przyjechała pani odwiedzić rodzinę, znajomych? - zapytał po minucie milczenia. Najwyraźniej miał już dość magii na jeden wieczór.
-Amy.
-Słucham?
-Po prostu Amy, żadna pani.
-No dobrze, AmyŻadnaPani, - oboje uśmiechnęli się pod nosem - Co cię sprowadza do Tokio?
- Sprawy natury... osobistej.
-Rozumiem. - zamilkł. Wyraźnie prowadził wewnętrzną wojnę, czy jeszcze coś nie dodać. W końcu zapytał - A może chciałabyś zatrzymać się u mnie? Właśnie szukam kogoś, komu mógłbym wynająć jeden pokój. Sam właściwie pojawiam się w mieszkaniu tylko na noc. Cały dzień w pracy, rozumiesz. Więc miałabyś dużo swobody i czasu dla samej siebie i swoich spraw. Nieważne jak długo zostaniesz, ale motele tutaj są okropnie drogie... - odetchnął i zrobił małą pauzę, ale że dziewczyna nawet nie mruknęła to dodał - A więc?
-Nawet się mi nie przedstawiłeś...
-Ah, przepraszam. Satiu Kurofuji. - mówiąc to wyciągnął ze schowka wizytówkę i jej podał.
-A więc... Satou Kurofuji, Amy Riddle została twoją nową współlokatorką. - uśmiechnęli się do siebie.
-Akurat miałem kończyć robotę, więc pojedziemy od razu. - skręcił w jakąś małą uliczkę. Resztę drogi już się nie odzywali.
|
|
|
|
' Czy to... fart? '
|
Amy, I'm coming home...
Wracam. Nie wiem na jak długo. Być może po tym fragmencie znów odejdę na kilka miesięcy. Może zostanę do końca. Nieważne to teraz. Ważne, że wracam.
***
Wysiadła z samolotu na lotnisku w Tokio.
Opuszczenie Hogwartu nie było takie trudne jak się wydawało. Nareszcie jej skrzydła do czegoś się przydały i z łatwością dostała się na najbliższe lotnisko. Bez pytań, nakazów, zakazów. Bez tłumaczenia się komukolwiek.
Odebrała swój niewielki bagaż i czym prędzej opuściła to miejsce. Zbyt wielu ludzi z całego świata się tu kręciło, a ona chciała uniknąć rozpoznania. Było mało prawdopodobne, że ktokolwiek z jej znajomych wybrał się właśnie tutaj na święta, ale...
"Ten durny Snape mógł już wysłać jakąś chordę czarodziejów, by mnie znaleźli!" - pomyślała z niesmakiem.
Wsiadła do pierwszej lepszej taksówki i kazała kierowcy jechać do najbliższego motelu.
-Wierzy pani w magię? - taksówkarz odezwał się tak nagle, że Amy podskoczyła. Do tej pory dokładnie przyglądała się każdej osobie, którą mijali i powoli uświadamiała sobie, że to będzie o wiele trudniejsze niż myślała.
-Słucham?
-No... Czy wierzy pani w magię? - jak na Japończyka mówił bardzo dobrze po angielsku - Nie chodzi mi o te głupie sztuczki z kartami, znikającymi w szafie ludźmi, czy wyciąganiem z ucha chustek.
-Wierzę. - odpowiedziała bez chwili wahania. Nadal przyglądała się ludziom za oknem.
-Widziała ją pani kiedyś? - kierowca był widocznie zadowolony, że może z kimś w końcu porozmawiać.
-Co? - rudowłosa odwróciła głowę od szyby i spojrzała w lusterko wsteczne.
-No magię. - dziewczyn a nie odpowiadała, więc mężczyzna zaczął się tłumaczyć - Przepraszam, że panią męczę tymi pytaniami, ale jest pani pierwszą osobą, która odpowiedziała mi, że wierzy. Ludzie coraz rzadziej wybierają już moją taksówkę. Koledzy w pracy tylko się ze mnie nabijają i uważają za pomylonego, ale ja... - potok słów wylewał się z jego ust, ale Amy go nie słuchała.
"Czy to możliwe?..." - pytała samą siebie szukając czegoś w torebce, ale nie odwracając oczu od taksówkarza, jakby się bała, że zaraz zniknie. Powoli wyciągnęła jakieś zdjęcie. "Dobrze, że zrobiłam kopię tuż przed wyjazdem..." - pomyślała i porównała osobę ze zdjęcia z mężczyzną siedzącym za kierownicą. To musiał być on...
|
|
|
|
....
|
|
|
|
' I'll never stray again ... '
|
Świąteczna notka. To znaczy... Taki mój prezent dla Was na Wielkanoc. Świąt, szczerze powiedziawszy, nie cierpię. Więc wydziwianych życzeń nie dostaniecie. Szczęścia ;* Jedno słowo, a tak wiele zawiera. Mam nadzieję, że do Was przyjdzie, zagości i już zostanie, bo u Was tak miło i przytulnie. Koniec życzeń.
Kolejna notka nie prędko. Zaraz mam maturę, więc chyba zrozumiecie. Po maturach wrócę do Was z masą pomysłów, które już są, ale nie mają siły wyjść na powierzchnię. Do tego czasu wiele raczej nie stworzę. Szczególnie, że kolejne opowiadanie rozpoczęłam... Nie krytykować mnie za to! No nic.
Nie jestem pewna, czy dam radę po nadrabiać zaległości (o ile jakieś mam) u Was teraz, przez święta... Nie złośćcie się. Wrócę do Was, jak już mówiłam.
<3 ;*
***
-Co ty tu robisz? - z zamyślenie wyrwał Amy dobrze jej znany głos Malfoy'a.
-Nic. - mruknęła cicho i odłożyła ramkę z powrotem na nocny stolik Parkinson. W głębi duszy miała tylko nadzieję, że zapamięta twarz mężczyzny ze zdjęcia bardzo dokładnie.
Draco spojrzał na fotografię a potem na rudowłosą, która zbierała się już do wyjścia.
-Chwali się nim na prawo i lewo. I tak wiem, że chce we mnie tylko wzbudzić zazdrość. Nieudolnie! Ale zabawnie jest się tak przyglądać jej staraniom. - coś w głosie blondyna spowodowało, że Amy skrzywiła się i spróbowała powstrzymać odruchy wymiotne.
-Wiesz kto to? - zapytała nagle. W jednej chwili ten powodujący u mnie wstręt i obrzydzenie narcyz stał się w jej oczach dobrym źródłem informacji nie tylko o Pansy, ale również o mężczyźnie ze zdjęcia.
-To pewnie jakiś jej kuzyn. Od początku roku mi o nim paple nad uchem! - kontynuował. Nagle stał się bardzo wylewny. Jak widać, naprawdę męczyła go natarczywość Parkinson, a jego kumple, którzy chętnie znaleźliby się na jego miejscu, nie byli odpowiednimi słuchaczami - Mówiła, że tyle lat go szukała i w końcu się znalazł. To - wskazał na zdjęcie - Wtedy podobno widziała go po raz ostatni.
Amy przyjrzała się brunetowi ze zdjęcia. Gdyby był kuzynek szatynki to jedynie bardzo dalekim. Dopiero wtedy rudowłosa zauważyła, że uroda tego mężczyzny zdecydowanie wyróżniała go od większości Brytyjczyków. Musiał pochodzić z daleka, a najbliższa rodzina Pansy od zawsze mieszkała w Wielkiej Brytanii.
-A ciebie, Riddle, co on tak nagle zainteresował? - chęć wygadania się Draco zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
-Spadaj, Malfoy! - wyraz twarzy rudowłosej się zmienił. Spojrzała z irytacją na blondyna i, omijając go, szybko wyszła z sypialni Parkinson.
Wpadła do pokoju lekko zdyszana, trzasnęła drzwiami i wskoczyła szybko do swojego łóżka. Zasłoniła baldachim i na spokojnie zaczęła sobie wszystko w głowie układać.
Najprawdopodobniej tajemniczy brunet nie był nikim z rodziny Pansy. Istniało duże prawdopodobieństwo, że był on ważny jedynie dla samej Ślizgonki. Jego uroda przypominała jej jedną z tych, które widziała podczas wycieczek po Europie i Azji.
Nigdy nie myślała o Japonii jako o miejscu, do którego bardzo chciałaby pojechać raz jeszcze. Los jednak pchał ją w stronę tej wyspy bardziej niż by się tego spodziewała.
Jeżeli nikt nigdy nie widział bruneta z fotografii w Londynie, musiał on być właśnie w Japonii. W miejscu, z którego z całą pewnością pochodził.
|
|
|
|
Zranienie wielu osob jednym ruchem nie jest zadnym problemem...
|
Na początek... Przepraszam wszystkich. Za to, że nie pisałam, nie czytałam i nie komentowałam. Ostatnio nie mam czasu. Na nic...
***
Wielką Salę wypełniały jedynie małe grupki uczniów siedzących przy odpowiednich stołach w wystarczającej odległości, aby nikt ich nie podsłuchiwał. Większość wyjechała na święta do swoich rodzin lub znajomych.
Amy siedziała na samym brzegu stołu Slytherinu. Powoli żuła kolejny kęs tosta z dżemem rozglądając się przy tym i uważnie przyglądając każdemu z osobna. Zastanawiała się, co ich zaboli. Nie wszystkich razem. Nie jest problemem zranić wiele osób jednym ruchem. Ale jedną, konkretną osobą... Ją i nikogo innego...
To był jej plan. Zniszczyć każdego pojedynczo. Zranić. Doprowadzić do furii. Załamania. Autodestrukcji.
Myśli Amy zatrzymały się na Pansy Parkinson. Nie było jej wśród spędzających święta w Hogwarcie, ale to ona wydała się jej odpowiednią osobą na wypróbowanie jej planu.
Zrobienie coś Draco nie wchodziło w grę. Zbyt dużo ludzi by ucierpiało.
Wepchnięcie którejś laski ze szkoły w jego ramiona też nie. W końcu nie tylko Pansy była w niego ślepo zapatrzona.
A może nie tędy droga? Potrzeba czegoś, co posiada tylko Parkinson. Jakiś sekret, o którym nikomu nie powiedziała, a który dotyczy tylko i wyłącznie jej samej. Jakąś rzecz, równie dla niej ważną jak sam Malfoy, ale tylko dla niej.
-E, Śpiąca Królewna! - krzyk Garry'ego tuż przy uchu Amy wybudził ją z zamyślenia.
-Cholera! Ile razy ci mówiłam, żebyś nie...
-... darł mi się do ucha. - dokończył za nią chłopak - Hm, z milion? Nieważne. Słuchaj, mamy pomysł na poprawienie ci humoru! - prawie zapiszczał.
-Przecież ja jestem szczęśliwa i uśmiechnięta! - stwierdziła rudowłosa i na potwierdzenie własnych słów wykrzywiła usta w dziwnym uśmiechu. Garry wyglądał na usatysfakcjonowanego. Zack dokładnie przyjrzał się twarzy dziewczyny i usiadł obok niej.
-Co jest? - zapytał ciepło i otoczył ją ramieniem. Dziewczyna, nie mając ochoty na żadne czułości lub inne okazywanie przyjaźni, odsunęła się od kolegi i szybko zmieniła temat.
-Jak wam idą próby?
Zack odwrócił wzrok.
-Bez ciebie to nie to samo... - bąknął cicho.
-Nooo... - przyznał mu rację Garry i usiadł naprzeciwko nich - Czemu zrezygnowałaś?
To jednak nie był dobry pomysł poruszać akurat ten temat.
-Już wam mówiłam. - stwierdziła krótko i zaczęła się powoli zbierać do powrotu do dormitorium.
-Nigdy nie uwierzę, że przestałaś mieć ochotę śpiewać. - mruknął Zack i założył ręce na klatce piersiowej.
-To uwierz! - warknęła rudowłosa i ruszyła ku drzwiom Wielkiej Sali.
-Przecież to kochałaś! - krzyknął za nią jeszcze Zack, ale dziewczyna już go nie usłyszała.
Amy stanęła przed sypialną Pansy i jej przyjaciółek. Tak naprawdę wątpiła w to, że znajdzie tam coś, co jakkolwiek by jej pomogło. Dziewczyny wyjechała i prawdopodobieństwo znajdowania się tam czegoś tak ważnego dla Parkinson było wręcz równe zeru. Mimo to rudowłosa weszła do środka.
W pokoju panował idealny porządek. Na pewno za sprawą skrzatów domowych zamieszkujących zamek, bo Amy szczerze wątpiła, aby Pansy wraz z koleżankami wysprzątały tak tuż przed wyjazdem. Sama też nigdy nie ścieliła nawet łóżka.
Rudowłosa rozejrzała się dokładnie. Mimo wszystko gdzieś w środku miała niewielką nadzieję, że jednak coś tu znajdzie.
Na jednaj z szafek nocnych zobaczyła ramkę położoną tak, że nie było widać jakie zdjęcie zawiera. Amy była pewna, że to łóżko Pansy, a w ramce znajduje się wizerunek Draco, mimo to wolała się upewnić. Usiadła na brzegu materaca i sięgnęła po fotografię.
Wysoki brunet spoglądam na nią z ramki. Uśmiechnął się pięknie i przytulił stojącą koło niego małą, czarnowłosą dziewczynkę. Amy od razu rozpoznała Parkinson. Przyjrzała się dokładnie mężczyźnie. Parę razy widziała ojca Pansy i to nie mógł być on. Nawet te kilka lat temu nie mógł tak wyglądać.
-Kim jesteś...? - szepnęła rudowłosa dotykając opuszkami palców bruneta na zdjęciu.
|
|
|
|
Czasem zycie doświadcza nas zbyt mocno...
|
Snape już dawno dokładnie przeanalizował całą przepowiednie. Domyślił się, że dzień całkowitej przemiany Amy nadejdzie szybciej, niż wszyscy myśleli, gdy ataki gorączki się nasiliły. Nie ufał zimie, tak jak Dumbledore, który sądził, że da im ona trochę więcej czasy, by przygotować się na to, co i tak musiało nastąpić. Czarny kolor, który przybrały skrzydła Amy wskazywał na stronę zła, na którą zmuszona została przejść. Musiało to także oznaczać, że Garry Londodiam, którego dyrektor z otwartymi ramionami przyjął do Hogwartu, był bardziej zły i niegodziwy, niż sam Snape przypuszczał.
No i ostatnie zdanie przepowiedni. "Porażką obojgu jedynie być może połączenie ciał Lady nie z Lord'a ciałem.". Severus dokładnie zdawał sobie sprawę ze znaczenia tych słów.
Miotał się po swoim gabinecie, nie mogąc się zdecydować na żadną z dwóch myśli depczących mu bezkarnie umysł i uczucia.
"Przecież jej do tego nie zmuszę! Sama zdecyduje!".
"Muszę ją zmusić! W końcu to jedyne wyjście!".
-Długo jeszcze tu zostanę? - zapytała rudowłosa pielęgniarkę, sprawdzającą jej właśnie temperaturę, przykładając do jej czoła różdżkę.
-Aż skrzydła schowasz. I obiecasz, że nie będziesz ich używać. Nie tylko ich. - Dumbledore mówił ze spokojem. Uśmiechnął się do Amy i dodał po chwili - Chcemy ci pomóc.
-Yhy, żaden się do mnie nie dobierze! - stwierdziła ostro, lustrując przy tym starego dyrektora i karzełkowatego Flitwick'a.
-Nikt nie chce się do panny dobierać, tylko... - zaczęła McGonagall.
-"Porażką obojgu jedynie być może połączenie ciał Lady nie z Lord'a ciałem.". Myślicie, że nie wiem, tak? - mówiła z chytrym uśmieszkiem - Pomacać, a ona niech traci moce! Przyjemne z pożytecznym! Właśnie o tym myślicie! - dodała ostro i z ogromnym wysiłkiem i bólem schowała skrzydła wewnątrz własnego ciała - Zadowoleni? - warknęła i spokojnym krokiem wyszła ze Skrzydła Szpitalnego.
-Zaprowadź mnie do niego. - rzuciła rudowłosa od progu, nie zważając nawet na dobre maniery.
-Nie współpracuję z Czarnym Panem. - Garry odpowiedział spokojnie. Mimo że nie spytał Amy o kogo jej chodzi, wiedział doskonale, że o Voldemorta.
-Ta, jasne. Zaprowadź mnie.
Profesor podwinął rękawy szaty, ukazując jej swoje chudawe ręce. Nie zauważyła żadnego Mrocznego Znaku.
-Co jest? - zapytała szczerze zdziwiona i podniosła wzrok na twarz nauczyciela.
-Nie jestem Śmierciożercą. Tak trudno to zrozumieć? - mruknął zrezygnowany i usiadł w fotelu - Nie oddaj się nikomu.
-Że co?!
-W przepowiedni... - zaczął Londodiam.
-Zrobię ze swoim ciałem co zechcę. - przerwała mu rudowłosa, zakładając ręce na piersiach.
-Wątpię. To mi jesteś przeznaczona. - Garry uśmiechnął się pod nosem. Amy spojrzała prosto w jego oczy. Pełne żądzy mordu, władzy i niej samej. Odwróciła szybko wzrok i bez słowa wyszła z gabinetu nauczyciela Obrony przed Czarną Magią.
"To chyba jednak nie będzie aż takie proste..." - myślała, kierując swoje kroki w stronę dormitorium Slytherinu.
-Co teraz? - w głosie McGonagall dało się słyszeć mocno ukrywane przerażenie.
-Trzeba czekać. - stwierdził Dumbledore.
-Ale na co?! - w oczach nauczycielki transmutacji pojawiły się łzy. Miała już dosyć maskowania własnych emocji na jeden dzień.
-Aż Severus weźmie sprawy w swoje ręce. - dyrektor odpowiedział spokojnie i ruszył ku wyjścia ze Skrzydła Szpitalnego. Wszyscy skierowali wzrok na jego postać ze zdziwieniem - Da sobie radę, na pewno! - dodał, nie odwracając się nawet i pomachał im ręką.
|
|
|
|
Zawsze pozostanie ta sama Amy... dla mnie.
|
Amy podniosła leniwie powieki. Nie potrafiła sama sobie powiedzieć, czy wszystko, czego była właśnie światkiem, było prawdą, czy tylko snem. Leżała z powrotem w Skrzydle Szpitalnym. Przy jej łóżku stał dyrektor, pani Pomfrey i połowa ciała pedagogicznego.
Nagle poczuła ból w plecach, który nasilał się z każdą sekundą.
-Połóż się na brzuchu! - usłyszała głos Londodiam'a i od razu go posłuchała. Złapała poduszkę, wbijając w nią paznokcie. Wyraźnie czuła, że w okolicach łopatek coś jej wyrasta. Do jej uszu dobiegł ściszony okrzyk zdziwienia i przerażenia pielęgniarki.
W końcu ból ustał. Amy nie ruszała się, dysząc ciężko.
-W końcu to musiało nastąpić, Albusie. - Garry stwierdził do, spoglądającego w jego stronę, Dumbledore'a. Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. W drzwiach stanął właśnie Snape, patrząc z wściekłością na profesora OpCM - Nie masz już co się wysilać, kochany. - odezwał się Londodiam z dzikim uśmieszkiem na twarzy - Już się zaczęło. - zakończył, podniósł z dumą głowę do góry i wyszedł.
Mistrz Eliksirów podszedł szybko do łóżka Amy i spojrzał przerażony na dziewczynę. Rudowłosa podniosła się i usiadła na łóżku.
-Wiesz dobrze, że nic się nie da zrobić, Severusie. - zwrócił się do niego Dumbledore. Snape nie zareagował na jego słowa, nadal patrząc na dziewczynę. Z jej pleców wystawały skrzydła wielkości jej samej. W przeciwieństwie do skrzydeł Garry'ego, jej były białe, jak śnieg.
-Aaa! - krzyk Amy rozniósł się po całej sali. Nie tylko w Skrzydle Szpitalnym dało się słyszeć wrzaski i jęki dziewczyny.
-Nie powinno się już skończyć? - zapytał nagle Snape w przerwie między kolejnymi atakami bólu rudowłosej.
-To dopiero początek, Severusie. - odpowiedział mu Dumbledore z typowym dla siebie spokojem.
Skrzydła Amy z każdą chwilą ciemniały coraz bardziej.
Snape odwrócił wzrok i podszedł do otwartego okna po drugiej stronie sali. Wzdrygnął się, słysząc kolejny krzyk bólu.
Nigdy tak do końca nie wierzył w przepowiednie. Dopiero, gdy Amy przyniosła mu świstek papieru wyrwany z, jak to wtedy powiedziała, Pisma Świętego, uświadomił sobie, że nie ma siły, która przezwyciężyłaby moc przyszłości.
Kolejny krzyk wyrwał go z rozmyślań. Położył dłonie na parapecie i zwinął je ciasno w pięści.
Fragment, który przyniosła mu rudowłosa, wcale nie pochodził z Biblii. I ona nie znajdowała się wtedy w żadnym kościele. Nie mógł jej wtedy tego powiedzieć. Nadal miał nadzieję, że przepowiednia to kolejny, nic nie warty śmieć, którego z łatwością może się pozbyć. Teraz to już nie miało jakiegokolwiek znaczenia.
Zgarbił się lekko i zamknął oczy, słysząc kolejny wrzask.
Ojciec Amy znał przepowiednie już od jej urodzenia. Chciał, aby ją poznała. Sam nie mógł przekazać jej treści nikomu, a Czarny Pan się niecierpliwił. Jedynie ci, których ona bezpośrednio dotyczyła, byli w stanie wypowiedzieć ją na głos. Łacińskie słowa na kartce, które wyrwała Amy, układały się w pełną treść przepowiedni, a miejsce, w którym wtedy przebywała, było pomieszczeniem, w którym przyszła na świat. Dla mugoli - stary, zaniedbany kościół. Dla czarowników - miejsce nieosiągalne przez niewtajemniczonych podczas obecności kogoś w środku. To dlatego Amy ujrzała budynek sakralny. Jej ojciec musiał być już wewnątrz. Wtedy jedynie on widział prawdziwy wygląd wnętrza.
Snape poczuł, jak ktoś lekko łapie go za ramię.
-Co z nią? - zapytał, nie odrywając oczu od zaciśniętych dłoni.
-Śpi. - odpowiedział krótko dyrektor, puszczając go - Teraz będzie inna niż dawniej. - dodał po chwili ostrożnie.
-Zawsze pozostanie tą samą Amy...
-Severusie! - ostrzegł go Dumbledore
-... dla mnie. - dokończył, nie przerywając i nie zwracając uwagi na niewesołą minę dyrektora.
|
|
|
Przepowiednia.
-Tak, jestem kuzynem Hermiony Granger. - Garry odpowiedział, przyglądając się dokładnie reakcji Amy. Rudowłosa w pierwszej chwili nie uwierzyła, patrząc na nauczyciela z podejrzliwością. Po chwili jednak zrozumiała, że mówi prawdę. Podniosła prawą dłoń i zakryła nią szeroko otwarte usta. Drugą ręką wskazała na profesora i stwierdziła:
-To dlatego on... To dlatego Voldemort się nią interesuje...
-Czarny Pan... - zaczął Londodiam.
-Kim ty właściwie jesteś? - przerwała mężczyźnie. Nigdy nie usłyszała, żeby ktoś poza Śmierciożercami, obecnymi bądź byłymi, w ten sposób nazywał Voldemorta.
-Już ci mówiłem. - odpowiedział krótko i odwrócił wzrok w stronę wejścia do groty. Powoli zaczynało się rozjaśniać. Dzień nadchodził szybciej, niż się tego spodziewał. Właściwie to sądził, że Amy wie znacznie więcej.
-Dużo mi daje to twoje 'I am Lord Dragony', naprawdę! - stwierdziła ironicznie - I te okropne skrzydła... - dodała z niesmakiem.
-Sama masz podobne.
-Ta, na nosie. - zmierzyła mężczyznę wzrokiem i usiadła pod ścianą. Nie obchodziło ją to, że rozmawia z nauczycielem i powinna zwracać się do niego z szacunkiem i per 'pan'.
Garry miał już dosyć tej rozmowy. Chciał ją wreszcie skończyć. Złapał głęboki oddech. Podniósł różdżkę i, wskazując nią na przeciwległą ścianę, poruszał nią tak, jakby coś pisał. Rudowłosa spojrzała w tamtą stronę. Ogniste litery układały się w dwa słowa. Garry Londodiam.
-I? - zapytała zniecierpliwiona dziewczyna. Profesor nie kazał jej długo czekać.
Machnął lekko różdżką, a litery powoli zaczęły zmieniać swoje miejsca i ułożyły się w zdanie I am Lord Dragony. Spojrzał na Amy.
-Sam to sobie wymyśliłeś? - spytała znudzona. Również miała dosyć całej tej sytuacji, w której się znalazła - Kreatywny jesteś, jak cholera. - dodała sarkastycznie.
-Nie. To wszystko jest w przepowiedni...
-No, nareszcie zbliżamy się do sedna wszystkiego!
-Przepraszam cię bardzo, ale sądziłem, że Albus ci o wszystkim powiedział! - warknął wściekły.
-Jak widać, przeliczyłeś się. - Amy odpowiedziała ze spokojem. Nie bardzo obchodziło ją, że denerwuje Londodiam'a. W świetle słońca, wstającego powoli ponad horyzont, nie zauważyła, że skóra nauczyciela przybiera bordowy kolor.
-W cholerę z tym! - wrzasnął i wstał - Wracamy. - dodał i ruszył w stronę wyjścia z groty.
-Co w końcu z tą przepowiednią? - zapytała Amy łagodniejszym już głosem, podbiegając do Garry'ego.
Mężczyzna nie odpowiedział. Na jego plecach znów pojawiły się duże, czarne skrzydła. Podniósł Amy, nie zważając na jej protesty i odbił się nogami od podłoża.
Ten, co z rodziny nieczystych krwią,
urodzi się z mocą równą Ognistym,
zmieni nazwisko, nieświadomie zrzucając na siebie odpowiedzialność.
Ta, co ogniem naznaczona od dziecka,
przeznaczona mu na wieczność,
w dniu przemiany nowe życie zacznie i Lord'owi odda się na wieki.
Gdy jedno ku złu przeniesie swoje czyny,
drugie dobrym pozostać nie może.
Jedno bez drugiego długo nie przetrwa,
mimo że nie miłość prawdziwa ich złączy.
Porażką obojgu jedynie być może
połączenie ciał Lady nie z Lord'a ciałem.
|
|
|
|
Granger?!
|
Rozchyliła lekko powieki. Już dawno powinna wylądować na śniegu. Tymczasem wydawało się jej, jakby poruszała się do przodu, nie w dół. Zimne podmuchy wiatru targały jej włosy.
-O matko! - wrzasnęła, zdając sobie sprawę, że ktoś ją niesie. Spojrzała w dół i od razu odwróciła wzrok. Znajdowała się wysoko ponad ziemią, a pod sobą widziała tylko gęste chmury.
-I pomyśleć, że chwilę temu było tak cicho... - usłyszała znajomy głos niedaleko twarzy.
-Co ty robisz?! - krzyknęła, nie zdając sobie nawet sprawy, że ból i gorąco z jej ciała całkowicie ustąpiły.
-Ratuje twoje kretyński tyłek. - stwierdził mężczyzna ze spokojem, uśmiechając się lekko pod nosem.
-Ale jak ty...? To znaczy pan... - zaczęła, wskazując palcem na duże, czarne skrzydła na jego plecach.
-Czasem mam ochotę coś zrobić temu Dumbledore'owi. - stwierdził ze złością i powoli zaczął obniżać lot.
Rudowłosa spojrzała na niego pytająco.
-Panie profesorze Londodiam? - nie dawała za wygraną.
-Chwilę! - warknął na nią i wylądował na zboczu jakiejś góry. Wszedł do dużej groty i postawił dziewczynę. Na jego twarzy pojawił się grymas bólu, a skrzydła powoli chowały się z powrotem wgłąb jego ciała.
Amy patrzyła na niego trochę przestraszona. Na ustach Garry'ego pojawił się niewielki uśmiech.
-Wcale się ciebie nie boję. - powiedziała, właściwie tylko po to, aby oszukać samą siebie.
-Nie dziwię się. - mówił, rozglądając się po ścianach groty. Wyciągnął różdżkę, mruknął cicho Lumos i spojrzał znów na rudowłosą - W końcu znasz przepowiednię.
-Jaką przepowiednie?
-Sama o niej mówiłaś, kiedy...
-Nie wiem, o czym wtedy gadałam. - przerwała mu, nie chcąc rozmawiać o tamtej sytuacji - To pewnie przez gorączkę.
-Więc jej nie znasz? - zapytał szczerze zdziwiony Garry - Ja pierdole! Naprawdę mu coś zrobię! - dodał po chwili, mocniej ściskając w ręku różdżkę.
Amy zrobiła kilka kroków do tyłu i oparła się o zimną ścianę groty. Spojrzała na swoje bose stopy. Mimo że była w samych krótkich spodenkach i koszulce na ramiączkach, a oni znajdowali się bardzo wysoko, nie odczuwała zimna. Założyła ręce na piersiach i spojrzała na nauczyciela wyczekująco. Gdyby chciał jej coś zrobić, zrobiłby to już dawno, więc cały strach z niej uleciał.
-I am Lord Dragony. - odezwał się w końcu trochę innym głosem niż na co dzień.
-Że co? - rudowłosa spojrzała na niego dziwnie, marszcząc brwi.
-Nigdy nie zastanawiałaś się, czemu mam takie dziwne nazwisko?
-Dobra, ale jaki to ma związek ze mną? - Garry jednak nie przerywał, nie zważając na pytanie dziewczyny. Usiadł na zimnej powierzchni groty i dodał:
-Moi rodzice nazywali się Granger.
-Granger?! - Amy oderwała się od ściany - Granger?! - powtórzyła niepotrzebnie, bo Londodiam już otwierał usta, aby odpowiedzieć.
|
|
|
|
Życie zbyt często źle nas doświadcza...
|
Amy podniosła się z trudem z łóżka i podeszła powoli do otwartego okna. Każdy najmniejszy ruch powodował u niej ból, a ona widziała tylko jedną możliwość, aby go uśmierzyć. Z dużym wysiłkiem przysunęła krzesło pod okno i z trudem wdrapała się na parapet.
Skrzydło Szpitalne znajdowało się na tyle wysoko, że żaden trzeźwo myślący uczeń nie zdecydowałby się na to, co Amy w tej chwili. Ale rudowłosa nie myślała racjonalnie. Ból i gorąco, ogarniające całe jej ciało, nie pozwalały jej na jakąkolwiek chwilę rozmyślań za i przeciw. A dziwny ucisk w okolicy serca, nie dawał jej zapomnieć o wyjściu Snape ze Skrzydła Szpitalnego bez słowa.
Spojrzała w dół. Gruba warstwa śniegu przykrywała dosłownie całe błonia, a samo jezioro wyglądało z góry imponująco.
Wzięła głęboki oddech, usiadła, wysuwając nagie nogi za okno. zamknęła oczy i zsunęła się z parapetu.
Do gabinetu Dumbledore'a wpadła zdyszana Pomfrey. Nie była pewna, czy dyrektor nadal nie śpi, w końcu było już sporo po północy. Miała szczęście. Staruszek siedział na fotelu za biurkiem i wpatrywał się z uwagą w okno.
-Albusie... - kobieta zaczęła, przerywając myśli Dumbledore'a - Amy... - dyrektor zwrócił twarz w stronę pielęgniarki i wstał.
-Coś się stało? - zapytał, starając się zachować spokój. Widział, że nie wydarzyło się nic dobrego.
-Uciekła... Nie wiem, co się stało... Wyszłam na chwilę, a jak wróciłam, to jej już nie było... - mówiła, łapiąc powietrze po każdym zdaniu.
-To nie twoja wina, Poppy. Trzeba powiadomić resztę nauczycieli. Nie mogła zajść daleko. W końcu jej stan... - mówił, odchodząc od biurka i kierując się w stronę drzwi. W połowie drogi zawrócił i sięgnął po różdżkę ze stolika.
-Albusie... - Pomfrey stała nadal w tym samym miejscu. Dłos jej zadrżał, a w oczach pojawiły się łzy.
-Tak? - mężczyzna nawet na nią nie spojrzał. Szedł już spowrotem do wyjścia.
-Krzesło stało pod oknem... - dyrektor stanął w miejscu z wyciągniętą prawą nogą lekko do przodu.
-Jesteś pewna, że sama go tam nie postawiłaś, Poppy? Przecież była za słaba. - starał się zachować spokój, myśleć pozytywnie. Tak naprawdę okłamywał samego siebie, sam nie wierzył w to co mówił.
-Poprawiało jej się. W zadziwiająco szybkim tempie. Gdyby wytrzymała jeszcze kilka godzin... Albusie, myślisz, że ona...? - Pomfrey urwała i spojrzała w oczy dyrektora.
-Chciała uśmierzyć ból. Tak, Poppy, właśnie tak myślę. - dyrektor zakończył i wyszedł szybkim krokiem z gabinetu. Pomfrey pobiegła za nim.
|
|
|
|
Najgorszym cierpieniem jest ból najbliższej osoby.
|
Obudziła się w Skrzydle Szpitalnym. Usiadła ostrożnie na łóżku i rozejrzała się po pomieszczeniu. Przy drzwiach stał Dumbledore, rozmawiając ze Snape'm. Amy próbowała wstać z łóżka. Chciała rzucić się opiekunowi na szyję. Przytulić. Porozmawiać. Jednak samo siedzenie powodowało u niej zawroty głowy i rozdzierający ból całego ciała.
W pewnej chwili oczy bruneta zatrzymały się na rudowłosej. Uśmiechnęła się do niego szczerze i opadła powoli na poduszkę.
-Przepraszam. - szepnęła. Nie miała siły odezwać się głośniej. Severus odwrócił się nagle i wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego. Dyrektor podszedł do niej i usiadł na krześle.
-To nie jego wina... - zaczął, ale, widząc łzy w oczach dziewczyny, nie potrafił powiedzieć nic więcej. Najgorszym cierpieniem jest ból najbliższej osoby. Nie potrafił dokładać Amy kolejnych zmartwień. Już i tak wystarczająco przeszli. I ona. I Snape.
Portret Grubej Damy odsłonił leniwie przejście do dormitorium Gryffindoru.
Kradzież nie jest niczym pochwalnym, ale Ron potrzebował peleryny "niewidki" Harry'ego w dobrym celu. Przez cały dzień nie dopuszczano do Amy nikogo. A przecież Mistrz Eliksirów wrócił. Nikt nie wie, co się z nim działo, ale Amy powinna wiedzieć, że jest cały i zdrowy. Nie chciał oceniać przyjaciółki po jednym incydencie. Zaklęcia niewybaczalne... Czarna Magia... Ona to zrobiła dla Snape'a. Nie jest taka jak jej ojciec.
Szedł korytarzami, stąpając jak najciszej. Ku jego zdziwieniu nie natknął się ani na Filtcha, ani jego kotkę - panią Norris.
-Chyba źle się zrozumieliśmy ostatnio, panie Londodiam. - skręcając, usłyszał przyciszony głos profesora eliksirów. Przy jednym z filarów stał Snape z wyciągniętą różdżką, skierowaną prosto w szyję profesora Obrony przed Czarną Magią. Mimo wściekłej miny opiekuna Slytherinu i stanowczego tonu jego głosu, Garry stał spokojnie, oparty plecami o filar i uśmiechał się zwycięsko.
-Tak myślisz, Severusie? Cóż takiego nie zrozumiałem? - zaczął Londodiam, odsuwając lekko od siebie rękę Snape'a.
-Miałeś dać jej spokój! - głos Mistrza Eliksirów rozniósł się echem po całym korytarzu. Ron podskoczył lekko, przestraszony. Przybliżył się do ściany i zrobił kilka kroków do przodu, by lepiej słyszeć, bo mężczyźni ściszyli głosy do szeptu.
-Nie przypominam sobie. - stwierdził ze spokojem Garry, robiąc niewinną minę. Twarz Snape'a zbliżyła się do twarzy Garry'ego. Ron dojrzał w świetle pochodni, wiszącej tuż nad nim, dziwne pręgi na szyi nauczyciela eliksirów - To wygląda na robotę węża. - dodał Londodiam, kierując swój wzrok w kierunku śladów na ciele Snape'a - Mogę obejrzeć? - uniósł rękę, aby dotknąć, jednak Severus w porę go odepchnął.
-Sam sobie poradzę. - mruknął. Najwyraźniej rozmowa z Garry'm zmęczyła go. Gdy tylko nauczyciel OpCM zniknął za zakrętem, Snape przysunął prawą rękę do serca i zaczął oddychać ciężko. Oparł się o filar, ześlizgnął się z niego i usiadł na podłodze. Łokcie oparł na kolanach, a czoło - na dłoniach. Włosy zakryły jego całą twarz.
Ron, korzystając z okazji, cofnął się o kilka kroków, a za zakrętem puścił się biegiem. Wpadł do dormitorium, zdyszany, i opadł ciężko na jeden z foteli.
"Co się stało Snape'owi? - myślał, wpatrując się w płomienie w kominku - Gdzie był i co mu się stało?".
|
|
|
|
Człowiek w imię miłości jest zdolny do wszystkiego.
|
Ostatni tydzień przed świętami Amy zaczynała eliksirami ze Snape'm. Stanęła przed salą w oczekiwaniu na profesora. Uśmiechnęła się do siebie, przywołując wspomnienia sobotniego balu. Mimo że poza tym jednym tańcem, nie zbliżyła się już na tyle do nauczyciela, ale jego spojrzenia i delikatne uśmiechy napawały ją dobrymi emocjami.
-Amy! - usłyszała krzyk Hermiony, biegnącej w jej stronę Tuż za nią Ron próbował dotrzymać jej kroku, a całkiem z tyłu Harry szurał powoli nogami po posadzce.
-Co wy tu... - zaczęła rudowłosa, ale przerwał jej profesor Londodiam, który otwierał właśnie salę od eliksirów.
-Zapraszam do środka. - zwrócił się nie tylko do Gryfonów, z którymi miał mieć właśnie Obronę przed Czarną Magią, ale również do zdezorientowanych Ślizgonów, czekających na Snape'a.
-Gdzie jest pro... - chciała zapytać Amy, przechodząc koło Garry'ego, on jednak uciszył ją krótkim ruchem ręki i kazał usiąść na miejsce.
-Jeśli tak bardzo was to ciekawi, profesor Severus Snape nie mógł dziś stawić się w szkole na zajęciach z... dosyć osobistych powodów. - mówił, kierując się w stronę biurka. Na jego twarzy pojawił się cień tryumfalnego uśmiechu - Schowajcie podręczniki.
Ręka Amy powędrowała w górę. Nie słuchała ostrzegawczych szeptów Zack'a. Lepiej nie!
-Już mówiłem, że podręcznik jest pani niepotrzebny, panno Riddle, więc proszę opuścić tą rękę. - stwierdził nauczyciel, odwracając się i, machnąwszy kilka razy różdżką, napisał na tablicy temat. Sposoby odwracania skutków niektórych zaklęć niewybaczalnych. Hermiona jęknęła cicho, a Harry spojrzał pytająco na Garry'ego. Ręka Amy nadal wisiała w powietrzu. Profesor zignorował ją jednak i zaczął prowadzić zajęcia.
-Kto z was może mi wymienić wszystkie zaklęcia niewybaczalne, uwzględniając ich skutki na ciało i duszę ofiary?
W całej sali zapadła cisza. Jedynie Amy machała ręką ze zniecierpliwieniem. Londodiam uśmiechnął się i zwrócił do rudowłosej:
-No, proszę, panno Riddle. - dziewczyna opuściła w końcu rękę i odetchnęła.
-Gdzie jest profesor Snape? - jej pytanie odbił się echem po sali. Nauczyciel stał, patrząc na nią w bezruchu.
-Nie o to pytałem. - odpowiedział spokojnie, odwrócił się do reszty uczniów - Może ktoś inny?
Amy wstała nagle. Krzesło, na którym siedziała, spadło na podłogę z głośnym hukiem. Garry próbował to zignorować, ale rudowłosa nie dała za wygraną. Podeszła do dużego słoika, stojącego na biurku. Odkręciła go i skierowała różdżkę w stronę środka. Na dnie naczynia znajdował się mały kotek.
Londodiam założył ręce na piersiach i uśmiechnął się wyzywająco.
-Gdzie jest profesor Snape? - Amy powtórzyła pytanie, jednak nikt jej nie odpowiedział - Imperius! - krzyknęła. Kotek uniósł się w powietrze i wylądował na posadzce. Napuszył się i zaczął wściekle prychać w stronę szóstoklasistów. Kilka dziewczyn z pierwszych ławek wstało i pobiegło na drugi koniec sali. Nikt nie potrafił wydusić z siebie ani słowa, a Garry stał nadal w tym samym miejscu, wyraźnie z siebie zadowolony. Na czole Amy zaczęły pojawiać się kropelki potu.
-Gdzie on jest?! - zapytała głośniej. Znów cisza - Cruciatus! - wrzasnęła, a kot zaczął się wić z bólu na podłodze, miaucząc.
Hermiona szeptała cicho Amy, nie rób tego... Proszę cię, Amy... Nie...
Na twarzy nauczyciela pojawił się jeszcze większy uśmiech. Najwyraźniej czekał na właśnie taki przebieg zdarzeń.
Amy stała, cała się trzęsąc. Różdżkę nadal kierowała w stronę cierpiącego zwierzaka. Dyszała ciężko. Jej twarz zaczęła robić się coraz bardziej czerwona.
-Gdzie jest Severus? - zapytała jeszcze raz, ledwo trzymając się na nogach. Tym razem nie czekała na odpowiedź - Avada...
CD w komentarzu...
|
|
|
|
Czarny Pan nie lubi, gdy lekceważy się jego słowa, Severusie.
|
Pomieszczenie, w którym się znajdował, mimo że wiele osób stwierdziłoby, że do niego pasuje, nie napawało go jakimikolwiek pozytywnymi emocjami. Kolory: czarny i zielony wypełniały każdy skrawek pokoju, nie pozostawiając miejsca na inne barwy. Palący się w kominku ogień wcale nie dawał ciepła, a zbita szyba w oknie pozwalała zimnym podmuchom wiatru przelatywać przez nią, nie natykając się na przeszkody.
-Czarny Pan nie lubi, gdy lekceważy się jego słowa, Severusie. - brunet usłyszał za swoimi plecami zimny, naszpikowany tryumfem i wyższością głos. Odwrócił się i zobaczył przed sobą sylwetkę mężczyzny. Twarz miał zniszczoną, nie tylko przez upływający czas, a jego rude, w niektórych miejscach posiwiałe, włosy wypadły mu już prawie całkowicie. Snape spojrzał na niego krzywo.
-Za to lubi, gdy ktoś działa za jego plecami. - stwierdził z ironią i zaśmiał się cicho pod nosem.
-Czarny Pan już mi wybaczył! - mężczyzna podniósł głos i uniósł prawą rękę zwiniętą w pięść, z której zsunął się rękaw szaty. Snape zauważył, że była czarna, bardziej pomarszczona niż powinna i, w niektórych miejscach, owinięta delikatnie bandażami. Rudowłosy schował ją szybko do kieszeni, a z jego twarzy zniknął chytry uśmieszek.
-I ukarał, jak widzę. - stwierdził po chwili Mistrz Eliksirów i usiadł na jednym ze starych, podziurawionych foteli.
-Co z Amy? - zapytał mężczyzna, nie ruszając się z miejsca. Mimo że się starał, nie potrafił ukryć cienia zmartwienia, kryjącym się za lekko drżącym głosem.
-Lepiej zostaw ją w spokoju. - odpowiedział Snape ze spokojem.
-To moja córka! - oburzył się rudowłosy, podchodząc do bruneta i stając naprzeciwko niego.
-Ostrzegam cię, Martin! - zagroził Severus stanowczo i wstał - Tylko ją tkniesz, a... - urwał w środku zdania i odwrócił wzrok - Gdzie jest Czarny Pan? - zapytał po chwili, chcąc zmienić temat.
-Cóż cię tu sprowadza, Severusie? - odezwał się lodowaty głos, dobiegający z części pokoju nie oświetlanej przez ogień w kominku.
-Panie... - zaczął Snape robiąc krok w stronę tamtej części pomieszczenia. Z ciemności wyłoniła się powoli męska postać odziana w czarną, długą szatę. Jego twarz okryta była kapturem, a białe, podłużne dłonie podtrzymywały węża, wijącego się wokół jego rąk.
Mistrz Eliksirów ukłonił się przed nim, a następnie spojrzał kątem oka na milczącego Martin'a.
-Riddle, wyjdź. - Voldemort stwierdził krótko, pozwalając Nagini spełznąć z niego na podłogę.
-Ale Panie... - zaczął rudowłosy, jednak wystarczył mu widok czarnoksiężnika, sięgającego do kieszeni szaty, zapewne po różdżkę, aby w porę zamilknąć i wyjść.
-Panie... - zaczął Snape, ale Voldemort uciszył go krótkim machnięciem ręki. Podszedł do fotela przy kominku i opadł na niego ciężko. Zdjął kaptur. Jego blada twarz, skierowana na płomienie, kontrastowała z czernią obić fotela.
-Jak się ma nasza kochana Amy? - zapytał ironicznie, nie odwracając oczu od ognia - Poparzyła kogoś jeszcze?
Snape podniósł odruchowo lewą dłoń do ust i dotknął własnych warg. Mógł się spodziewać, że Czarny Pan w końcu się dowie.
-Zawiodłem się na tobie, Severusie. - Voldemort mówił dalej, nie czekając na odpowiedź - Ty! Najbardziej nieuczuciowy czarodziej, poza mną, jakiego znam! - odwrócił się nagle głowę, patrząc z wściekłością na Snape'a.
-Panie, ja...
-Milcz! - przerwał znowu brunetowi. Nagini oplatała powoli nogi opiekuna Slytherinu, przez co nie mógł się nawet ruszyć.
P.S. Dzisiaj kończę 19 lat i pomyślałam, że należy mi się nowa notka ;) Nie no... Dosyć długo czekałam, aż w końcu przyjdzie na nią czas :) Mam nadzieję, że nie tylko mi się podoba ;*
Ah, świat taki mały, prawda Pansy? ;* <3
|
|
|
|
6...
|
Rudowłosy chłopak siedzi na fotelu w dormitorium Gryffindoru. Jest dziwnie niespokojny i co chwilę zerka w stronę damskiej części sypialnianej.
Tak. Dobrze, już dobrze. Opowiem wam, jak to było.
Rok szkolny dobiegał końca, a Vol... Sami-Wiecie-Kto nadal nie próbował zaatakować. Nie tylko mnie to dziwiło, ale Harry powtarzał ciągle, że dał mu popalić na dobre w poprzednim roku. Nie wierzyłem mu. Był jakiś dziwny, a tamtego dnia to już w ogóle. Zaszyli się gdzieś z Hermioną, więc im nie przeszkadzałem. Ale gdy nie pojawili się wieczorem w dormitorium, stwierdziłem, że coś musi być nie tak.
Poszedłem do McGonagall, bo co innego mogłem zrobić? Nawet nie wiedziałem, gdzie oni się podziewali! Kiedy zebrała się reszta nauczycieli, ruszyliśmy do Zakazanego Lasu. Nie wiem czemu akurat tam od razu poszliśmy, ale widać, że ktoś miał dobrze przeczucie.
Nie zaszliśmy daleko, gdy pojawił się przed nami ogień. Chmara ognia! Nie wyobrażacie sobie, jak tam było gorąco!
McGonagall szła z przodu, próbując torować nam drogę, ale niezbyt wychodziło jej gaszenie kolejnych drzew i krzewów.
Zobaczyłem Hermionę, biegnącą w naszą stronę. Wrzeszczała jak opętana, że już zbierali się Śmierciożercy, ale zniknęli, gdy ogień zaczął się rozprzestrzeniać z taką prędkością, a oni nie potrafili go opanować. Wrzeszczała dalej, a ja rozejrzałem się w poszukiwaniu Harry'ego. Stał nad ciałem jakiejś dziewczyny. Leżała bezwładnie i dyszała ciężko.
-To ona wywołała ten ogień! - krzyczał Harry. Celował w nią różdżką.
-Uratowała was! - wrzasnąłem, odpychając go na bok. Nie chciałem, by zrobił coś głupiego.
-Jej ojciec jest Śmierciożercą! - Harry krzyczał dalej, nadal próbując celować dziewczynę. Dłonie trzęsły mu się gorzej niż Neville'owi.
Wziąłem ją na ręce i, nie zważając na wrzaski przyjaciela, zaniosłem do Skrzydła Szpitalnego.
Później dowiedziałem się od McGonagall, że to Amy Riddle. Że ma problemy z opanowaniem własnych mocy. I jeszcze kilku rzeczy.
Siedziałem przy jej łóżku codziennie, czekając aż się obudzi. Chciałem jej podziękować. Bo Harry nawet nie chciał słyszeć o rozmawianiu z nią. A Hermiona... chyba była zazdrosna.
Czyn Amy rozniósł się po całej szkole z prędkością plotki. Kiedy obudziła się, zaprowadziłem ją do Wielkiej Sali. Uczta Pożegnalna już trwała, a ona powinna na niej być.
Przywitała ją burza oklasków. Wszyscy byli jej wdzięczni. Naprawdę... To przykre, że ona nie pamięta tego, co zrobiła...
Rudzielec uśmiecha się, patrząc na tańczące płomienie w kominku. Ziewa ostentacyjnie i, machając lekko ręką, idzie w kierunku sypialni.
P.S. To jeszcze nie ta notka, z której jestem zadowolona, ale już nie długo :)
Poza tym zmieniłam wygląd bloga... Mam nadzieję, że się podoba, a jeśli nie, to napiszcie proszę co jest nie tak :)
|
|
|
|
"Miłość o wiek nie pyta się, przychodzi nieproszona".
|
W drzwiach stała rudowłosa dziewczyna w zielonej, prostej sukience na ramiączkach. Uśmiechała się nieśmiało. Jej oczy, podkreślone czarną kredką, tuszem do rzęs i kilkoma odcieniami zielonych cieni do powiek, omiatały salę radosnym spojrzeniem. Włosy, starannie ułożone i lekko pofalowane, opadały na jej gładkie, nagie ramiona.
Wszyscy skierowali wzrok na Amy, nie potrafiąc uwierzyć temu, co widzą.
-Dzięki. - szepnęła dziewczyna, przechodząc koło Kate. Blondynka uśmiechnęła się tylko i kiwnęła znacząco w kierunku nauczyciela eliksirów. Rudowłosa podeszła do Snape'a. Opiekun ukłonił się lekko przed nią, podając jej rękę i pomagając wejść na scenę.
Podeszła w ciszy, panującej w całej Wielkiej Sali, do mikrofonu i dała znak Gregory'owi i Zack'owi, że mogą zaczynać grać.
Żałuję że przyznałam się
Do tego zakochania
Bo chyba nikt nie wierzy mi
Że to ma jakiś sens
Miłość o wiek nie pyta się
Przychodzi nieproszona
Przykro mi gdy ktoś mówi mi
Że to dziecinne zbyt
To moja jest niedorosła miłość
Uparcie więc będę bronić jej
To moja jest niedorosła miłość
Nie mówcie że nieprawdziwa jest
Każdy ją znał lepiej niż ja
Każdy wie dużo więcej
Próbując mnie przekonać że
Zauroczyłam się
To moja jest niedorosła miłość
Uparcie więc będę bronić jej
To moja jest niedorosła miłość
Nie mówcie że nieprawdziwa jest
Niedorosła lecz tylko moja jest
Taka miłość co spotkała właśnie mnie
Ona o wiek nie pyta się
Przychodzi nieproszona
Zaufam jej bo dobrze wiem
Że nie zawiedzie mnie
To moja jest niedorosła miłość
Uparcie więc będę bronić jej
To moja jest niedorosła miłość
Nie mówcie że nieprawdziwa jest
Zeszła ze sceny, słysząc nadal w uszach oklaski i gwizdy, mimo że chłopacy zaczęli grać już kolejny utwór.
Podeszła do Snape'a, stojącego przy jednej ze ścian niedaleko drzwi.
-Może się przejdziemy? - zapytał, wskazując na błonia za oknem. Amy kiwnęła tylko głową i ruszyli razem do wyjścia.
Usiedli na jednej z ławek. Na tyle blisko, aby wyraźnie, lecz niezbyt głośno, słyszeć muzykę dochodzącą z Wielkiej Sali.
-Ten twój sen, to... - zaczął nauczyciel, jednak rudowłosa przerwała mu machając dziwnie rękami i mówiąc:
-Ciii... Nie mówimy dziś o tym! - uśmiechnęła się i zwróciła twarz w stronę nieba. Snape przyglądał się jej w ciszy.
Nigdy nie wyglądała tak pięknie. Westchnął cicho. Spojrzał na Zakazany Las. Dziewczyna szturchnęła go lekko łokciem w ramię. Spojrzeli sobie w oczy i szybko odwrócili wzrok.
Z Wielkiej Sali dobiegły do ich uszu pierwsze dźwięki piosenki Lamb'a "Gabriel".
Severus wstał nagle i stanął przed Amy. Ukłonił się się i, podając jej rękę, zapytał cicho:
-Zatańczymy?
Rudowłosa uśmiechnęła się i pozwoliła zaprowadzić się trochę bliżej okien Wielkiej Sali.
Snape zawahał się przez chwilę, jednak dziewczyna oplotła już ręce wokół jego szyi, wtuliła w niego i zaczęła bujać się lekko w rytm muzyki. Mistrz Eliksirów pogładził delikatnie jej włosy, plecy i ostrożnie złapał w pasie,
-Pięknie wyglądasz... - szepnął, gdy piosenka zaczęła dobiegać końca.
-Słucham? - Amy podniosła głowę i spojrzała na niego.
-Nie... Nic... - odpowiedział, nie patrząc jej w oczy - Wracajmy już.
-Dobrze.
Snape schował ręce do kieszeni czarnego płaszcza, który miał na sobie i ruszył w stronę wejścia do zamku. Amy złapała go pod ramię. Weszli do Wielkiej Sali, nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenia niektórych uczniów w nich wpatrzonych.
Jednak w zeszycie pozostały mi jeszcze dwie kolejne notki. Z których właściwie jestem troszkę dumna :) Ah, ale na nie przyjdzie pora.
|
|
|
|
|
|
|
|