Blog: 401370 blogów  Forum: 162960 postów  Galeria: 92501 zdjęć !  On-line: 340 osób

 COOLTURA

 SPORTY

 GALERIA

 BLOG

 GRY

 GRONET

 KOMÓRKI

 ŚCIĄGNIK

 E-MAIL
  |     |  Twój profil  |  Spis blogów  |  Kontakt  |  FAQ  |  Regulamin  |  Pomoc
BLOG: 5 po dziewiętnastej
    nast >>

Bo nie ma w świecie mienia większe­go niż mieć siebie nawzajem
Czas mija spokojnie.

Od wczoraj na mojej twarzy jawi się przeogromny uśmiech w kształcie gorącego rogalika. Zaraz po godzinie dwudziestej drugiej próg moich drzwi przekroczyli Justyna z Riadhem, którzy przylecieli w odwiedziny do Polski. Moja siostra (na całe szczęście!!) zostaje w domu prawdopodobnie do połowy czerwca, natomiast jej mąż zagości u nas zaledwie kilka dni. Spowodowane jest to pracą nad otwarciem jego własnej kawiarni.

Gdy tylko Riadh z Justynką weszli do domu, w moim sercu rozjarzyło się mnóstwo gorących płomyczków szczęścia. Nie mogłam nacieszyć się ich obecnością. Przytuliłam do siebie, po czym pogratulowałam kwietniowego zamążpójścia. Justynka już na wstępnie pochwaliła się przepiękną obrączką. W żarcie przedstawiła nam swojego męża, którego przecież wszyscy dobrze znamy i kochamy.

Po mimo późnej pory zasiedliśmy rodzinnie do stołu. Rozmawialiśmy o wszystkim, śmialiśmy się i radośnie spoglądaliśmy w swoim kierunku. Wciąż nie mogliśmy nacieszyć się wzajemną obecnością.

Gdy tata z mamą położyli się spać, przeniosłam się z siostrą i szwagrem do pokoju obok. Tematów do rozmów nie brakowało. Opowiadałam Justynie co zmieniło się u mnie przez ten czas, kiedy nie było jej w Polsce, natomiast ona dzieliła się ze mną swoimi wspomnieniami z podróży poślubnej w Grecji oraz chwilami spędzonymi w swoim nowym domu w Tunezji.

Godzina leciała za godziną, a ja wciąż nie mogłam nacieszyć się ich obecnością. Postanowiłam nawet zrezygnować z juwenaliowej parady wydziałowej na rzecz nocnych rozmów z długo niewidzianą mi siostrą.

Riadh z Justynką obdarowali mnie przepięknymi perfumami Dior'a oraz prześlicznym breloczkiem z Aten w kształcie sówki. Tata natomiast otrzymał pluszową sowę do samochodu, a mama mnóstwo tunezyjskich słodkości. Nie zabrakło również upominku dla mojego Mariusza, który otrzymał między innymi kieliszki z napisem "I love Athens".

Około czwartej rano sen zmorzył nas do tego stopnia, że nie byliśmy w stanie powiedzieć sobie nawet "dobranoc". Mimo wszystko każdy z uśmiechem zanurzył się w pachnącej pościeli, by móc z radością powitać kolejny dzień.

Dziś również całe przedpołudnie spędziłam w gronie przybyłych gości. Zjedliśmy wspólnie śniadanie, po czym obejrzeliśmy płytę ze ślubu. Nie mogłam napatrzyć się na siostrę i jej męża. Wyglądali tak ślicznie, że z każdą minutą żałowałam swojego braku obecności w tamtejszym dniu. Mimo wszystko śmieszne sytuacje oraz zachowania niektórych znajomych Riadha sprawiały, że uśmiech nie znikał z mojej twarzy. Zanosiłam się śmiechem na śpiew jednego z zaproszonych gości oraz wzruszałam kiedy nowożeńcy zakładali sobie obrączki.

Gdy nadeszła piętnasta do drzwi zapukał Ukochany. Wspólnie z Justynką przyrządziłyśmy dla naszych mężczyzn obiad i niedługo potem zasiedliśmy w czwórkę do stołu. Mimo bariery językowej jaka występuje pomiędzy mną, Mariuszem i Riadhem miło było posiedzieć razem i kalecząc język angielski dyskutować o bieżących sprawach.

Jutro planujemy ponownie spędzić czas tylko we czwórkę. Nadal nie wiemy jeszcze w jakiej formie uczcimy wspólne spotkanie, ale wszystko jest na najlepszej ku temu drodze. Całokształt zależy wyłącznie od pogody i chęci, bo cała reszta jest tu zupełnie nieistotna.

Uśmiecham się!! Szerzej niż ostatnio!

[komentarze]  (2) [stworz. 20:10 17/05/12 
mod. 23:47 17/05/12]
 

Jedno pragnienie idzie za drugim
Nadszedł upragniony weekend. Ciepły deszcz spływa po poddaszu peronu. Delikatnie wystukuje rytm dzisiejszego przedpołudnie. Kropla za kroplą rozpryskuje się na ciepłych szynach kolejowych. W oddali słychać stukot startujących lokomotyw, gwizdy konduktorów.

Wśród garstki podróżujących oczekuje na pociąg do domu. Dziś wracam wyjątkowo wcześniej. To dzięki braku ćwiczeń z ZZL i odpracowanemu porannemu włefowi.

Ostatnie dni minęły nadzwyczaj szybko i bezboleśnie. Po wtorkowym wolnym byłam rześka i gotowa do pracy.

W środę na zajęciach z zachowań organizacyjnych omawialiśmy metodykę przeprowadzonych ostatnio badań. Na całe szczęście tylko nieliczni zostali wywołani do tablicy.

Wczoraj miałam uczelniane BHP. Na rano umówiłam się na jazdę eLką. Pan Roman jak zwykle przywitał mnie ciepłym uśmiechem. Po niecałych piętnastu minutach na mieście pojechaliśmy na placyk. Instruktor pochwalił mnie za jazdę samochodem na wzniesieniu przy użyciu hamulca ręcznego. Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ od samego początku nie za bardzo wyczuwałam moment ruszenia pojazdu. Po kilkunastu minutach i udanych próbach jazdy po łuku, pojechaliśmy na miasto. Jakie było moje zadowolenie kiedy zobaczyłam odmalowane niemalże wszystkie linie i pasy na drogach. Zaraz po jeździe udałam się na angielski. Zrobiliśmy to co do nas należało i o trzynastej byliśmy już wolni. Po angielskim wybrałam się w odwiedziny do Magdy i Dominiki. Wypiłyśmy po cytrusowym Redd'sie, obejrzałyśmy zdjęcia z urodzin (na których niestety nie mogłam być!) i po piętnastej ruszyliśmy na BHP.

Zajęcia trwały około czterech godziny. Przez ten cały czas oglądałam z Olą i Dominiką "Kac Vegas" oraz rozwiązywałam krzyżówki z Martą.
W domu cudem byłam przed dwudziestą. Zmęczona i głodna szybko poszłam spać.

Na dziś zaraz po powrocie do domu planuje zrobić gyrosa. Już na samą myśl kiszki grają mi marsza.

Natomiast jutro wspólnie z Mariuszem wybieramy się do Olsztyna. Ja zamierzam zaliczyć kolejną godzinę jazdy eLką, a on planuje kupić sobie buty.

Wielkim krokami zbliżają się upragnione juwenalia. Już w środę odebrałam wydziałowe koszulki. Są pięknie zielone, zupełnie tak samo jak kortowska trawa. Na samą myśl o czterech długich dniach spędzonych w zacnym gronie najbliższych mi osób wybijam się ponad rzeczywistość.

Przestało padać. A słońce wyszło zza gradowych, ciemnych chmur. Złociste promienie oświetlają mi lico, a delikatny powiew wiatru koi moje purpurowe policzki. Moja dusza jest lekka i piękna jak pawie piórko.

[komentarze]  (9) [stworz. 11:08 11/05/12 
mod. 14:51 11/05/12]
 

Idę, a moje serce nie przestaje bić
Nie zdążyłam wrócić porządnie na zajęcia po tygodniowym majówkowym urlopie, a już jutro z powrotem mam wolne. I wcale nie żałuje kolesia od nauk od organizacji, który niefortunnie spadł z roweru. Dzięki jego wypadkowi nie muszę jutro wstać punkt czwarta trzydzieści i tłuc się przepełnionym autobusem do Olsztyna.

Ostatnie dni były cięższe niż kiedykolwiek. Na wczoraj miałam zapowiedziane oddanie pracy zaliczeniowej z zachowań organizacyjnych. Na pierwszy rzut oka zadanie wydawało się banalne. Należało przeprowadzić ankiety (w moim przypadku wśród urzędników z gminy, z której pochodzę), zrobić ich analizę i wysnuć poprawne wnioski. Problemy zaczęły się pojawiać w momencie ukazania się wytycznych od naszego doktora. Punkt po punkcie napisał co każda praca ma zawierać i w jakiej postaci. Forma tej treści była tak niezrozumiała, że aż śmieszna.

Czas płynął, a równo sto osiemdziesiąt osób z roku wciąż nie wiedziało co ma robić. Każdy zaczął działać na własną rękę, w tym ja. W końcu po wielu debatach na forum, doszliśmy do jakiś wniosków i każdy zrobił zbliżoną wersje oczekiwań doktora.

Najgorsze wydało się przeklęte zestawienie tabelaryczne każdego z pytań ankiety. O analizie tabel nie wspomnę. Mimo wszystko udało się. W ciągu trzech dni zrobiłam to co uważałam za poprawne i wysłałam do doktorka.

Dziś natomiast spotkałam się po tygodniowej przerwie ze znajomymi z grupy. Miło było zobaczyć znów te rozśmieszone twarze i serdeczne uśmiechy. Na finansach rozmawialiśmy o rozliczeniach finansowych (Klaudia znowu podrywała prowadzącego ćwiczenia!!), a na statystyce po raz kolejny liczyliśmy jakieś przeklęte kowariancje, współczynniki korelacji liniowej i tym podobne.

Zaraz po zajęciach udałam się do Mariusza. Bez względu na krótki czas, który dzielił nas od ostatniego spotkania, okropnie się za nim stęskniłam. Od razu wskoczyliśmy pod puchaty koc. Czym byłoby popołudnie nie spędzone w ciepłym kokonie w towarzystwie najdroższej mi osoby? Prawdopodobnie kolejnym nieznaczącym dniem w moimi dwudziestoletnim życiu.

Mariusz jak zwykle trzepocąc rzęsami jak motyl skrzydłami, słodkimi niczym miód głosem prosił o masaż, mizianie, buziaka i przytulanie. Nie byłabym sobą, gdybym mu odmówiła. W końcu uwielbiam wędrować dłonią po jego męskim torsie, czochrać go za włosy w trakcie pocałunku i gilgotać w najmniej pożądanym miejscu. Jestem wtedy sobą.

Do magii dzisiejszego popołudnia mogę również zaliczyć szarmanckie spojrzenie Ukochanego, towarzyszące namiętnym pocałunkom.

Na ten entuzjazm czekałam od kilku dni. To nie tylko rozwikłane sprawy na uczelni dały mi takiego kopa. Główną przyczyną dzisiejszego szczęścia i dobroci duszy jest obecność Ukochanego. To dzięki Niemu wierzę w radość, miłość, ekstazę i uniesienie. Oblał mnie niewidzialną powłoczką satysfakcji z życia i miłości.

Tym razem nie poproszę już o nic więcej. Spełniłeś mnie wystarczająco.

Wariacie, kocham Cię!!

Zegar wybija kolejny odmierzony czas. Teraz Ty, ja. Tak rodzi się noc. Z pomiędzy nas wysyłany jest kolejny sygnał w kosmos. Szalone motyle rozlały się po moim sercu.

[komentarze]  (17) [stworz. 21:46 07/05/12 
mod. 15:26 11/05/12]
 

Kiedy człowiek jest zakochany, ukazuje się światu takim, jakim powinien być zawsze (part II)
(...)

Na poniedziałek razem z Mariuszem umówieni byliśmy ze znajomymi z mojej dawnej klasy na małe piwo. Zanim jednak naszedł czas spotkania, wybrałam się w odwiedziny do babci. Posiedziałam około godziny, kiedy nadeszła piętnasta - koniec czasu pracy Lubego.

Na obiad razem z Ukochanym zaszyliśmy po kebaby do miejscowej budki. Po drodze wskoczyliśmy jeszcze do sklepu po piwo (w gratisie otrzymaliśmy szklankę!) na umówione spotkanie ze znajomymi.

Spędziliśmy popołudnie w swoim towarzystwie. Rozkoszowaliśmy się swoim ciałem oraz namiętnymi pocałunkami. W międzyczasie dokuczaliśmy sobie co nie miara. W pamięci utkwiło mi słodkie "Kocham Cię" wypowiedziane w najmniej oczekiwanym momencie.

Około godziny dziewiętnastej zebraliśmy się i ruszyliśmy w stronę Tesco. Na miejscu czekali już Vera z Krzyśkiem. Niebawem doszli do nas Asia z Pawłem. W tak zacnym gronie wybraliśmy się na miejscowe górki. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, sącząc piwo przy zachodzie słońca. Asia jak zwykle powalała nas swoją niewiedzą na tematy czysto społeczne oraz zadziwiała coraz to ciekawszymi pomysłami. Potrafiła powiedzieć coś w najmniej oczekiwanym momencie, po czym zaczynała się śmiać, nie wiedząc zbytnio z jakiego powodu to robi.

Gdy zbliżała się dwudziesta druga odprowadziliśmy Krzysia na dworzec, po czym sami ruszyliśmy w kierunku pobliskiego boiska i siedząc na ławeczkach dokończyliśmy rozpoczęte wcześniej piwa. Ja natomiast rozkoszowałam się już tylko bąbelkową Coca Colą.

Posiedzieliśmy jeszcze z godzinę, kiedy dotknięta podmuchem nocnego wiatru, zmarznięta wróciłam z Mariuszem do domu. Zaszłam jeszcze na chwilkę do niego do mieszkania. Rzuciłam się na rozścielone łóżko i w ciszy oddałam mu się w całości. Całowaliśmy się przy blasku wieczornych lamp i srebrnego księżyca. Gdy w końcu zmęczony położył się koło mnie, zadzwoniłam po tatę i wróciłam do siebie do domu.

Dziś natomiast Mariusz przyszedł do mnie około godziny dwunastej. W tym właśnie czasie nadrabiałam starty w serialach z ostatnich kilku dni.

Niedługo potem dołączył do mnie Ukochany. Wspólnie oglądaliśmy telewizję. Natrafiliśmy na "Awanturę o kasę", którą oboje doskonale pamiętaliśmy z dzieciństwa. Obejrzeliśmy cały odcinek, po czym zabraliśmy się za wspólne przyrządzanie obiadu.

Zaraz po posiłku oddaliśmy się w ramiona Boga Snu. W beztroskiej krainie spędziliśmy ponad dwie godziny.

Następnie obejrzeliśmy powtórkę "Kuchennych rewolucji" oraz kolejny odcinek "Julii" w internecie.

Popołudniu wyszliśmy do zagrody na kawę i spędziliśmy czas z moim rodzicami.

To były dobre dni; bezwarunkowe piękne i cudowne. Idealnie wkomponowały się w ten zacny czas zwany majówką. Jestem spełniona!!

[komentarze]  (4) [stworz. 23:13 01/05/12 
mod. 20:55 07/05/12]
 

Kiedy człowiek jest zakochany, ukazuje się światu takim, jakim powinien być zawsze (part I)
Te kilka ostatnich dni zleciało jak z bicza strzelił. Wszystko dzieje się tak szybko i spontanicznie, że czasem nie potrafię zdążyć pomyśleć o niektórych rzeczach, a one najzwyczajniej w świecie następują.

Na sobotę razem z Mariuszem, Martą i Przemkiem mieliśmy zaplanowanego majówkowego grilla. Umówiliśmy się na godzinę dziewiętnastą. Z tego powodu, że Marta zorganizowała busa na ten dzień, razem z Mariuszem i Przemkiem pojechali do Ostrołęki pomóc jej w przeprowadzce. Ja natomiast udałam się do Olsztyna. Umówiłam się ze znajomymi w celu rozpoczęcia prac związanych ze stworzeniem projektu na zarządzanie jakością. W międzyczasie zaliczyłam kolejną jazdę eLką oraz kupiłam pudrowy t-shirt.

W planach miałam powrót do domu pociągiem. Na miejscu planowo powinnam być na godzinę siedemnastą, więc spokojnie mogłam zdążyć z przygotowaniem wszystkich najpotrzebniejszych rzeczy na przyjazd Mariusza, Marty i Przemka. Niestety nie zdążyłam przejechać kilometra, kiedy to pociąg staną pomiędzy jedną stacją, a drugą, a konduktor oświadczył o braku możliwości kontynuowania dalszej jazdy, spowodowanej awarią sieci trakcyjnej. Od tamtej chwili znienawidziłam PKP!! Dziękuje za półtorej godziny spędzonej w popsutym pociągu!!! Gratki dla wszystkich, którzy wypuszczają takie badziewie w trasę.

Gdy w końcu dotarłam na miejsce (pociąg został naprawiony, eureka!), na dworcu czekali na mnie Marta z Przemkiem. Szybko wskoczyłam do nich do samochodu i migiem ruszyliśmy po Mariusza. Od niego zawinęliśmy jedzenie, węgiel oraz piwo i udaliśmy się do mnie.

Chłopaki umyli krzesełka i stolik, a my z Martą robiłyśmy się na bóstwo. Ja wskoczyłam szybko do wanny, a ona prostowała swoje blond włosy.

Około godziny dziewiętnastej dołączyłyśmy do Mariusza i Przemka. Czekali na nas z rozpalonym grillem, trzymając w ręku otwartego Carlsberg'a. Na pierwszy rzut poszły kiełbaski. Wszyscy niesamowicie głodni uśmiechali się na widok grillowanych rarytasów. Marta sączyła mrożoną herbatę, a ja z chłopakami delektowaliśmy się zimnym piwem. Chłonęliśmy tamten dzień, niczym gąbka wodę, odpoczywając przy zapachu świeżo upieczonych kiełbasek i radosnego pomruku powietrza.

Mijała godzina za godziną, a my wciąż świergoliliśmy jak młoda ptaszyna. W tle grała muzyka puszczana ze starodawnego radia.

Hitem tego dnia stał się "Jeż Burger" w wykonaniu chłopaków oraz "Hyc o podłogę" ze zmienionym tekstem zaraz po upuszczeniu przez Przemka kurczaków na ziemie.

Około godziny wpół do drugiej zadowolona wróciłam do domu. Zmęczona padłam na łóżko.

Następnego dnia zaraz po przebudzeniu zadzwoniłam do Ukochanego. Początkowo miałam odwiedzić go w domu, po czym wspólnie z Martą i Przemkiem planowaliśmy wyjść na spacer na miasto. Szybko jednak zmieniliśmy nasze plany i w czwórkę wybraliśmy się nad jezioro. Wzięliśmy ze sobą grilla i ruszyliśmy w drogę.

Na miejscu byliśmy po około piętnastu minutach. Rozłożyliśmy koc i wspólnie oddaliśmy się w ręce tamtejszej pogody. Słoneczko przepięknie świeciło, a delikatny wiatr kołysał kosmyk moich włosów.

Marta od razu chwyciła w swoje ręce aparat i zaczęła robić zdjęcia. Po raz kolejny zrobiliśmy mnóstwo szalonych i pięknych fotografii. Z każdym wspólnym dniem mój album zapełnia się o setki kolorowych obrazków, z naszą czwórką na czele.

Mariusza po niecałych dwóch godzinach oślepiony złocistymi promieniami słońca, skoczył po parasolkę do samochodu.

Sącząc piwo, zajadając się panierowanymi kurczaczkami oraz przekąszając pikantne pomidorowe chrupki rozkoszowaliśmy się upragnionym wolnym.

Po powrocie do miasta skoczyliśmy jeszcze na chwilę do Marty. Chłopcy wypili po jeszcze jednym piwie, po czym ułożeni wygodnie na łóżku zaczęliśmy oglądać Must Be The Music.

Około godziny dwudziestej pierwszej byłam już w domu. Posiedziałam jeszcze chwilę w towarzystwie rodziców, po czym zmęczona zagrzebałam się w pachnącej pościeli i poszłam spać.

Ciąg dalszy nastąpi...

[komentarze]  (0) [stworz. 23:10 01/05/12 
mod. 20:52 07/05/12]
 

Tylko Ty, Tylko Ja i Ty
Najdroższy,
Dziękuję za wspólnie spędzone PIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ miesięcy.
Jesteś jak tlen, upajam się Tobą dzień w dzień.

http://youtu.be/cnYKvx4Lmxo

[komentarze]  (8) [19:53 25/04/12]
 

Dokoła widzę rój motyli, stopy mam takie gorące, gorące w ustach słońce
Gdybym mogłam zatrzymać czas, zrobiłabym to właśnie w tym momencie. Czuję się tak, jakby przez moje wnętrze przeleciał rój motyli. Szkoda tylko, że wraz z zachodem dzisiejszego słońca, horyzont zabrał mi moje szczęście, które dopiero niespełna za kilkadziesiąt godzin będę mogła pochwycić w swoje ramiona.

W sobotę byłam umówiona z Mariuszem na godzinę siedemnastą. Jego dodatkowa praca nie pozwoliła nam na cotygodniowe dwunastogodzinne przebywanie w swoim towarzystwie. Tego dnia wstałam niespełna po godzinie dziesiątej. Długo błąkałam się pomiędzy jednym a drugim pokojem. W końcu jednak zajęłam się sobą, po czym zrobiłam prezentację na środowe wystąpienie na zajęcia. To był mój czas. Pierwszy od X wieków, kiedy poświęciłam się tylko i wyłącznie sobie.

Gdy w końcu nadszedł czas spotkania z Ukochanym, szybko wskoczyłam w samochód i ruszyłam w kierunku osiedla Mariusza. Posiedzieliśmy chwilę sami, po czym umówieni na godzinę dwudziestą z Martą i Przemkiem, ruszyliśmy w stronę Spichlerza. Po drodze spotkał nas wiatr połączony z głośnymi błyskawicami. Pędem pobiegliśmy w kierunku pubu, pod którymi czekali już nasi przyjaciele.

Kiedy weszliśmy do Spichlerza naszym oczom ukazała się idealna atmosfera do spędzenia tego wieczoru w lokalu. Delikatnie oświetlone pomieszczenie zapachowymi świecami idealnie uzupełniało się z burzowymi błyskawicami zza oknem pubu.

Szybko udaliśmy się w stronę (jeszcze!!) wolnych stolików, po czym razem z Mariuszem i Przemkiem zakosztowaliśmy zimnego piwa z pianą. Marta pokusiła się jedynie o jabłkowo wiśniowy sok. Po kilku chwilach chłopcy ruszyli w stronę miejscowego bilarda, rozegrali jedną partię, a my w tym czasie zajęłyśmy się cotygodniową sobotnią pogadanką. Niedługo potem dołączyłyśmy do Mariusza i Przemka. Nie obeszło się bez tony śmiechu i żartu, kiedy zaczęłyśmy komentować "perfekcyjną" grę naszych chłopaków. Marta z Mariuszem, zaraz po drugiej partii bilarda pokusili się o grę w Cymbergaja.

Tak mijała nam jedna, potem druga i w końcu trzecia godzina. Marcie przybywało butelek po soku i Pepsi, a nam kufli po piwie.

Około północy wyszliśmy z lokalu i spacerkiem udaliśmy się na stację benzynową po Orlenowskie hot dogi.

Tego wieczora razem z Mariuszem wpadliśmy na pomysł, abym tą noc spędziła u niego. I tak też się stało. Około pierwszej zanurzona w koszulce Ukochanego, leżałam pod pościelą pełną jego obecności.

Dzisiejszego dnia wstaliśmy około godziny ósmej. Przez morelową roletę pieściły mnie złociste promienia słońca. Pogoda przybrała postać najpiękniejszej bieżącego roku.

Spędziliśmy uroczy poranek w uśmiechu i radości, po czym około godziny wpół do jedenastej wybraliśmy się do mnie do domu. Słoneczko raziło nas po oczach, a temperatura rozpieszczała jak nigdy dotąd. Po drodze spotkaliśmy moich rodziców, z którymi zaszliśmy jeszcze do jednego z supermarketów.

Gdy dotarliśmy do domu zrobiłam domowe hot dogi i zjedliśmy drugie śniadanie. Potem odwiedziła nas w pokoju mama, z którą wypiliśmy kawę i porozmawialiśmy na tematy bardziej lub mniej znaczące. Popołudniu wspólnie postanowiliśmy zrobić pizzę na obiad. Mariusz wziął się za ugniatanie ciasta, a ja walczyłam z pieczarkami, kurczakiem i szynką. Wpatrzeni w szybkę od kuchenki czekaliśmy na obiad. Rodzinie zasiedliśmy do stołu.

Zaraz po obwitym posiłku udałam się razem z Mariuszem do pokoju obok. Zaczarowani atmosferą kilku ostatnich dni, leżeliśmy wpatrzeni siebie. Do tej pory mam ciarki na ciele, kiedy przypomnę sobie słodki oddech Mariusza na mojej szyi. Dotykając jego torsu nie brakowało mi niczego. Na odległości kilkudziesięciu metrów słychać było bicie naszych serc. Temperatura ciał rosła z minuty na minutę. Jego cichy szept docierał do mojego ucha jak najgłośniejszy komunikat dzisiejszego dnia. W takiej postaci padliśmy sobie w ramiona i podążyliśmy w kierunku krainy wiecznego snu.

Ja płonę, a moje serce gra. Szczęście wylewa mi się uszami.

[komentarze]  (16) [stworz. 20:38 22/04/12 
mod. 22:58 22/04/12]
 

Rzeczywistość to coś, co nie znika, kiedy przestaje się w to wierzyć
Blokuje racjonalne myślenie. Znowu uznałam swoje pragnienia za nadrzędne, zupełnie pomijając wartości zbudowane na wspólnym damsko-męskim gruncie. Czasem budzi się we mnie typowa feministka. A najgorsze jest to, że za każdym razem zagłusza ona moje prawdziwe kobiece wnętrze, które wbrew pozorom akceptuje i rozumie męskie zachowania. Nie chce tłumaczyć swojego narcystycznego postępowania. Teraz już wiem zrobiłam źle.

Na przestrzeni kilku dni dotarło do mnie kilka znaczących prawd, zasad, którymi muszę się kierować, aby związek, który tworze niespełna pięć lat, był w stu procentach partnerskim.

Relacje pomiędzy dwojgiem kochających się ludzi to nie tylko bezgraniczna miłość. To uczucie wraz z walizką pełną pieniędzy. Nie, nie jestem materialistką. Tylko ekonomiczną kobietą. Miłość nie nakarmi, nie zapłaci rachunków. Jeden musi kochać, by ten drugi kontrolował rodzinny budżet, był swoistym kreatorem związku, inicjatorem wspólnej przyszłości.

Chcą pozbyć się złudzeń, wgłębiając się bardziej w teorie związane formalną legalizacją damsko-męskich relacji, pragnę dostrzec w miłości codzienność, o której większość z nas wciąż zapomina. W związku podział obowiązków, cech charakteru, umiejętności, wiedzy i pasji jest rzeczą najważniejszą. Wrażliwość nie pójdzie w parze tylko z czułością. W którymś z nas musi tkwić odrobina realizmu.

Mariuszu,
Cieszę się, że jesteś moim obronnym murem. Idziesz w zaparte kiedy dążysz do rzeczy niezbędnych i potrzebnych. Wtedy uświadamiasz mi, za co Cię tak naprawdę pokochałam. Nie jestem z Tobą po to by zmieniać Twoje prawdziwe oblicze, bowiem nie byłbyś wtedy tym człowiekiem, w którym się zakochałam.

Chociaż czasem jestem nieznośna, próbuje wpoić Ci sprzeczne teorie, wiem, że bez względu na wszystko, zawsze staniesz za mną murem.

Dopełnienie nie polega tylko na wzajemnym kochaniu się. Zrozumienie, bezpieczeństwo, idea rzeczywistości, kreatywność, ekonomiczność - bez tego bylibyśmy nikim.

W czwartek miałam dziesiątą z kolei jazdę eLką. Nigdy nie spodziewałam się, że można tak bardzo polubić śmigać po ulicach miasta. Fascynuje mnie każdy kurs po rondach i skrzyżowaniach.

W dodatku mam najcudowniejszego instruktora pod słońcem. Jest niesamowity w tym co robi. Nie czuję najmniejszego oporu, kiedy wsiadając do samochodu słyszę jego wyluzowane głos. Potrafi rozśmieszyć mnie w najmniej spodziewanym momencie, a przy okazji zwrócić uwagę na błędy jakie jeszcze popełniam.

Jestem zadowolona ze swojej jazdy. Tym bardziej, że z godziny na godzinę robię postępy. Pan Roman pochwalił mnie (w końcu!!) za płynne ruszanie. Nareszcie wszystko zaczyna mi wychodzić. Już nawet nie patrzę na drążek przy zmianie biegu.

Jest wyśmienicie!!

[komentarze]  (8) [stworz. 20:06 20/04/12 
mod. 20:51 01/05/12]
 

Jedynie krótki czas młodości uzmysławia nam, jak mogłaby wyglądać szczęśliwa wieczność
To był dobry weekend.

W sobotę około godziny dziewiątej spotkałam się z Mariuszem niedaleko jednego z miejscowych banków. Planowaliśmy już od dłuższego czasu wybrać się z Martą i Przemkiem na zakupy, dlatego też, zaraz po wybraniu pieniędzy z bankomatu ruszyliśmy w kierunku osiedla naszych przyjaciół. Po niecałych piętnastu minutach dotarliśmy na miejsce. Za oknem widać było malującą się przed lustrem Martę i szalejącego Przemka.

Około godziny wpół do dziesiątej, zapakowaliśmy się w auto i ruszyliśmy w kierunku Olsztyna. Po drodze dyskutowaliśmy o wszystkim i o niczym, wygłupiając się przy ulubionych przebojach muzycznych.

Gdy dotarliśmy na miejsce za pierwszy punkt naszej wyprawy wybraliśmy jedno z głównych centr handlowych. Migiem wybiegliśmy z samochodu i ruszyliśmy w kierunku Deichmann'a. Nie musiałam długo szukać, od razu znalazłam to co chciałam, wystarczyło tylko zaczerpnąć opinii Ukochanego i dobrać odpowiedni rozmiar buta. Po niecałych trzydziestu minutach stałam się właścicielką prześliczny koturn i wygodnych czarnych tenisówek, idealnych do jazdy samochodem.

Następnie ruszyliśmy w pogrom za wiosennym odzieniem. Marta została w jednym ze sklepów, a my w trójkę ruszyliśmy w kierunku pozostałych. W końcu i tak pozostawiłam chłopaków samych sobie i poszłam poszukać spodni. I tak jak chciałam udało mi się znaleźć takie, które podkreślają korzystnie moje kształty oraz idealnie przylegają do pośladków. Do tego chwyciłam w dłonie różową koszulę i ruszyłam do kasy.

Zaraz po wyjściu ze sklepu poszłam poszukać Mariusza, Marty i Przemka. Gdy w końcu ich znalazłam, pomogłam Ukochanemu podjąć decyzję w kupnie jednej z koszul i wszyscy razem wyszliśmy z centrum handlowego. Chłopaki w międzyczasie stracili totalnie orientację i zgubili się w tłumie zabieganych ludzi. W końcu jakoś znaleźli wyjście na parking i wszyscy udaliśmy się w kierunku Manhattanu, po garnitur dla Przemka.

Następnie pojechaliśmy do Tesco. W drodze Przemek założył znalezione ubiegłego poniedziałku dziecięce okulary i ponownie bezwzględnie udawał Panasewicza, spoglądając na ludzi stojących obok w korach. Gdy dotarliśmy do supermarketu chłopcy zaopatrzyliśmy się w piwo, a ja razem z Martą po raz kolejny w bąbelkową Hoop Colę.

Następnie wybraliśmy się na zapiekanki i kebaby.

Około godziny piętnastej obładowani torbami ruszaliśmy w kierunku domu. Marta z Przemkiem odwieźli mnie i Mariusza, po czym sami pojechali zostawić zakupy u siebie. Po niecałych czterdziestu minutach z powrotem wrócili do nas.

Wspólnie wybraliśmy się po słodycze do supermarketu i ruszyliśmy w kierunku miejscowego parkingu. Chłopcy sączyli piwo, a my z Martą zajadałyśmy się słodkimi Maoam. Spokój zakłóciły nam nieznośne skutery nieodpowiedzialnych małolatów. Jednak po kilku glebach jednego z nich, dzieciaki zmyły się z powierzchni naszego wzroku.

Wieczorem udaliśmy się w czwórkę do Mariusza. Podłączyliśmy laptopa pod telewizor i daliśmy się porwać w wir wspomnień, grając w od dawna zapomniane pegasusowe gry. Około godziny dwudziestej drugiej wróciłam do domu. Padnięta, ale w pełni spełniona położyłam się spać.

Dziś natomiast przyszedł do mnie Ukochany. Wspólnie przejrzeliśmy chyba wszystkie telewizyjne dokumenty poświęcone rocznicy zatonięcia Titanica. Podyskutowaliśmy troszkę, po czym zasiedliśmy z rodzicami do obiadu. Zaraz po posiłku Mariusz zasnął w moich ramionach, a ja cierpiąca na bezsenność spowodowaną dzienną porą pouczyłam się do jutrzejszego koła z finansów. Nie minęła godzina kiedy Ukochany otworzył oczy i razem spędziliśmy resztę popołudnia. Porozmawialiśmy z mamą i Justyną przez Skype, powygłupialiśmy się, pośmialiśmy, po czym Mariusz czmychnął do siebie do domu.

Zajadając się czekoladowymi lodami, zachwycam się dzisiejszym wieczorem i rozmyślam nad jutrzejszym porankiem. Po prostu. Jest mi dobrze.

A na jutro jestem umówiona na dziewiątą jazdę samochodem. Rajcuje mnie to.

[komentarze]  (10) [stworz. 21:26 15/04/12 
mod. 20:52 01/05/12]
 

Raj, którego nocą pragniesz tak jak ja, to niebo, to raj
Moje ciało przesycone jest Tobą. Magicznie opływa kształt człowieczeństwa. Adoruje zapach jaki wokół mnie krąży, zostawiłeś go po sobie, zupełnie inaczej niż zwykle. Zamknąłeś miłosny aromat we wnętrzu mojego serca, pozostawiając smak namiętności na moich ustach.

Czuję się nadzwyczaj dobrze i pięknie. Dziś nie muszę grzebać palcem pomiędzy pościelą, przerzucać ręki z prawej strony łóżka na lewą. Nie potrzebuje nic, co pozwoli mi ze spokojem zasnąć. Sprawiłeś, że dzisiejszego wieczora nie będę się martwiła jutrzejszym dniem, porankiem i drogą do szkoły.

Działasz na mnie kojąco. Delikatnie zacierasz we mnie społeczną gorycz rzeczywistości. Twój dotyk, pocałunek wypełnia mnie całą. Krąży w żyłach i tętnicach, dociera do wszystkich zakamarków serca, rozlewając się po ściankach umiłowania.

Uwielbiam kiedy głaszczesz mnie po włosach i szepczesz, że kochasz. Unosisz mnie ponad wyżyny rzeczywistości i koronujesz najdroższą z możliwych koroną miłości.

Nie jestem samotna. Dzięki Tobie.

Cóż mogę więcej powiedzieć, chyba tylko to, że bardzo mocno Cię kocham, Maluszku... Tak jest, kocham Cię!

[komentarze]  (10) [stworz. 20:58 11/04/12 
mod. 21:29 15/04/12]
 

Prawdziwe szaleństwo zdolne jest przebić pięścią mur
Zapach tegorocznych świąt wciąż unosi się kilka centymetrów nad moją głową. O nieobecności Wielkanocnego Zajączka świadczy tylko i wyłącznie dzisiejsza data oraz brak czerwonej kartki w kalendarzu. W ręku mam jeszcze dwa dni wolnego, więc ze spokojem spoglądam w kierunku okna i wypatruje blasku dzisiejszego słońca.

W sobotę zaraz po przygotowaniu wielkanocnego koszyczka, ruszyłam do Ukochanego. Na dworze wiało niemiłosiernie. Kilka chwil później zaczęło lać i mój humor spowodowany obecnością Kudłatego Baranka, Kolorowych Pisanek i Wielkanocnego Zajączka szlag trawił. Mimo wszystko należało wystawić nos po za framugi osiedlowych drzwi i podążyć za tłumem w kierunku Kościoła, w celu poświęcenia święconki. Posiedzieliśmy chwilę, poobserwowaliśmy niesfornego malucha zaglądającego wszystkim w koszyki i jakoś po piętnastu minutach wróciliśmy do domu. Pozostawiłam święconkę w pokoju Ukochanego i udałam się do kuchni pomóc Mariuszowi przy robieniu gyrosa. Resztę dnia spędziliśmy obtuleni puchatym kocem, przed ekranem szklanego telewizora, objadając się Wielkanocnymi smakołykami.

W niedzielę zaraz po przebudzeniu, udałam się do kuchni na świąteczne śniadanie. Wspólnie z rodzicami posiedzieliśmy długi czas zajadając się wcześniej przygotowanymi rarytasami. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Było rodzinnie.

Popołudnie spędziłam przy boku Ukochanego. Zaraz po świątecznym obiedzie udaliśmy się w odwiedziny do siostry Mariusza. Ewelina przywitała nas cieplej niż kiedykolwiek. Zrobiła herbatę z cytryną i poczęstowała ciastem. Po domu hasały Julia z Hubertem. Dzieciaki z początku nieśmiałe potem nabrały kolorów i radości. Poznosiły wszystkie zabawki ze swojego pokoju, tworząc w okół nas swoisty mur obronny. Spędziliśmy miło czas wygłupiając się z Maluchami oraz rozmawiając z Eweliną i Łukaszem.

Drugi Dzień Świąt przybrał postać leniwca. Około godziny jedenastej przyszedł do mnie Ukochany. Niespełna pół dnia wałkowaliśmy się z jednego końca łóżka na drugie, szukając coraz to ciekawszych zajęć. W chwilach słabości wygłupialiśmy się do granic ludzkich możliwości, dokuczając sobie niemiłosiernie. Będąc już na skraju wytrzymałości, postanowiliśmy napisać do Marty i Przemka. I takim o to sposobem, oboje wydostaliśmy się z flegmatycznego kokonu wczorajszego dnia.

Pogoda zaczęła w końcu dopieszczać. Słoneczko przepięknie świeciło, a my ruszyliśmy w kierunku jednego z ulubionych miejscowych parkingów. Chłopcy rozkoszowali się piwem, a ja razem z Martą pokusiłyśmy się o waniliowe lody i bąbelkową Hoop Colę. Z każdą sekundą, robiło się gwarniej i radośniej.

Przed oczami ciągle mam:
a) chłopaków bawiących się zeszłorocznym liściem w kształcie wiewiórki;
b) samochodową apteczkę z pękającymi, gumowymi rękawiczkami;
c) porzucone błękitno-różowe, przeciwsłoneczne, dziecięce okulary;
d) Przemka w roli Panasewicza;
e) "Doroświnie" lub jak kto woli "Doropierdol";
f) Mariusza i jego "dyskretne" obsmarowanie kolegi ze szkolnych lat;
g) fizjologiczne rysunki na chodnikach parkingu;
h) oblane Hoop Colą spodnie;
i) głośne jak nigdy dotąd "I'm sexy and I know it";
j) "-Ej szkiełko Ci wypadło! *Ale jakie szkiełko?";

Pięć godzin minęło nim spojrzeliśmy na zegarek. Z powodu porannej pobudki Ukochanego czas było wracać do domów. I tak też się stało.

Tego dnia szaleństwo przeszło mnie na wylot.

Od kilku dni moja siostra jest już mężatką. Z tego miejsca chciałabym życzyć jej wszystkiego co najlepsze i najpiękniejsze. Aby nowa droga, którą kroczy niespełna od kilkudziesięciu godzin, była dla niej najcudowniejszą w jej życiu. Justynko, spełniaj się w roli żony i dbaj o swojego męża. Z czasem bądź dobrą matką i wciąż najwspanialszą siostrą pod słońcem. Piękniej w oczach i więcej uśmiechaj się. Krocz ramię w ramię ze swoim mężem, pokonując wciąż nowe i dłuższe odcinki wspólnej drogi życia.

A jutro mam kolejną jazdę, która z godziny na godzinę robi się coraz lepsza i płynniejsza. Uwielbiam jeździć!!

[komentarze]  (13) [stworz. 11:48 10/04/12 
mod. 20:55 01/05/12]
 

Żur, kiełbasa, jajec górka, śmigam dygam kurka rurka
Misiaki,
Z okazji Zmartwychwstania Pańskiego chciałabym Wam życzyć zdrowych, pogodnych Świąt Wielkanocnych, pełnych wiary, nadziei i miłości. Radosnego, wiosennego nastroju, serdecznych spotkań w gronie rodziny i wśród przyjaciół. Bogatego, uchatego Zajączka, mokrego i niespodziewanego Śmigusa Dyngusa, ogromnego koszyka z mnóstwem kolorowych pisanek, kudłatego baranka oraz żółtych jak wiosenne słońce żonkili.

WESOŁYCH ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY!!

[komentarze]  (5) [10:57 07/04/12]
 

Uprzejme spojrzenie i uśmiech znaczą często więcej, niż udana rozmowa
Dzień minął naprawdę spokojnie.

Z powodu mojego delikatnego przeziębienie postanowiłam dziś nie wybierać się na uczelnie. Zapchany nos jest naprawdę uciążliwy, zwłaszcza na wykładach ze statystki czy też z makroekonomii.

Wstałam jakoś przed dziesiątą. Generalnie nie zrobiłam nic co by pozytywnie wpłynęło na moje zdrowie. Pospacerowałam troszkę w pidżamach, po czym zrobiłam z mamą listę zakupów na święta i ustaliłam harmonogram na najbliższe trzy dni. Porządki mamy już za sobą, zostało tylko przyrządzić kilka świątecznych potraw z gyrosem i 3-bitem na czele. Oprócz tego na wielkanocnym stole pojawi się nowość żywieniowa. Rodzice wpadli na pomysł zrobienia nadziewanych kurczakiem pieczarek posypanych na wierzchu serem. Brzmi smacznie i ciekawie.

Mama oprócz typowo świątecznych zakupów kupiła Mariuszowi upragnioną firanę. Biedaczysko, strasznie ubolewało, kiedy w ubiegłą niedziele rodzice przywieźli do domu nowe atłasowe firanki. Stąd też ten pomysł.

Około godziny czternastej wzięłam się za przyrządzanie obiadu. Wczorajsza pomidorowa niezbyt mnie satysfakcjonowała, więc postanowiłam zrobić frytki. Wrzucają pierwszą porcję do garnka z rozgrzanym olejem u progu drzwi stanął Ukochany. Czas tak szybko zleciał, że nie zdążyłam się nawet spostrzec, kiedy zegar wybił piętnastą. Zjedliśmy wspólnie obiad i przeszliśmy do pokoju obok. Obejrzeliśmy może połowę "Rozmów w toku", kiedy oboje znudzeni dzisiejszym odcinkiem zajęliśmy się sobą. W międzyczasie przerzuciliśmy się na laptopa. Oglądając niewyemitowane telewizyjne odcinki "Julii" co rusz zerkaliśmy na siebie. Obtulona jego ramionami wzdychałam głęboko sama do siebie.

Od kilku dni miałam ogromny problem ze stypendialnym przelewem, który powinien pojawić się na moim koncie (według umowy) ostatniego dnia marca. Panicznie co rusz sprawdzałam stan internetowego rachunku. Dzięki Bogu, dziś około godziny osiemnastej pieniążki wpłynęły na moje konto i spokojnie mogę zapłacić za juwenaliowe koszulki wydziałowe.

Dostrzegam Kortowiadę Milordzie!!

Jeszcze dzisiejszego wieczora muszę przygotować się na jutrzejsze zajęcia z ZZL. Trudno mi się do tego zabrać, no ale jak mus to mus. Czekają mnie "przesympatyczne" opisy stanowisk zawarte w dwóch różnych książkach. Na szczęście nie ma tego dużo, więc spokojnie przyswoję zadane treści.

Dziś po raz pierwszy tak naprawdę poczułam świeżość tegorocznych świąt. Szkoda tylko, że w tym roku jedząc wielkanocne jajko, myślami będę gdzieś daleko stąd, przy welonem opasanej rodzonej siostrze. Moje serce rozrywa się na tryliony kawałków, kiedy dociera do mnie świadomość mojej nieobecności w tym ważnym dla niej dniu. Mimo to trzymam się dzielnie. Jej uśmiech rekompensuje mi wszystko. Ważne, że jest szczęśliwa. Jak nigdy dotąd.

A w piątek jazdy. I to dwie po rząd. Jak miło!

[komentarze]  (9) [stworz. 19:25 03/04/12 
mod. 20:56 01/05/12]
 

Uśmiechnij się, podziękuj i pomyśl, jakie to szczęście mieć wokół siebie dobrych ludzi
Ogłaszam oficjalnie, że mój pięciodniowy remont piątkowego wieczora wreszcie dobiegł do końca. Na tą chwilę mój pokój błyszczy czystością i razi po oczach tropikalną pomarańczą. A to wszystko dzięki sprawnym rączkom mojego faceta, który doprowadził to wszystko do stanu wiecznej świetności. Oddycham pełną piersią. Jest pięknie.

Już w środę pojawił się pierwszy kolor na moich bladych ścianach. Pierwsza noc przy tak wybujałych kolorach była dla mnie totalnym zniewoleniem. Dopiero następna przysporzyła mi wielu pozytywnych emocji. Przyzwyczaiłam oko do rażącej barwy pomarańczy i w czwartek razem z Mariuszem dokończyliśmy malowanie. Zanim jednak Ukochany zdążył wrócić z pracy, pojechałam z tatą do miasta i dokupiłam ozdobny pasek oraz dwadzieścia sztuk zapinek do kabli.

Tego dnia nie pojechałam na zajęcia z języka angielskiego, ponieważ w planach miałam naukę na piątkowe kolokwium z zarządzania zasobami ludzkimi. Pouczyłam się mniej więcej do godziny piętnastej i razem z Mariuszem dokończyliśmy malowanie. Domyłam podłogę wraz z przypodłogowymi listewkami, a tata z Ukochanym umocowali nowo zakupiony karnisz oraz jasnozieloną roletę. Potem przynieśli większość mebli z piwnicy i pokój w końcu zaczął przypominać wcześniej przeze mnie zamieszkiwane miejsce. Nie minęła godzina dwudziesta pierwsza kiedy leżeliśmy z Mariuszem pod kołdrą w świeżo wymalowanym pokoju.

Następnego dnia, półprzytomna pojechałam na zajęcia. Zanim jednak wsiadłam w autobus, "wyprawiłam" Mariusza do pracy, wkładając mu do plecaka kanapki z pomidorem, zupkę chińską i dwa banany. Sama zaś okropnie zestresowana ruszyłam w bój z kolokwium z ZZL. Na miejscu spotkała mnie miła niespodzianka. Kiedy pani od ćwiczeń rozdała testy, wszystko stało się dla mnie jasne jak słońce. Nagle znalazłam odpowiedzi na wszystkie pytania i z czystym sumieniem w końcu mogłam zrzucić kamień z serca.

Tego dnia postanowiłam wrócić wcześniej do domu, ponieważ wiedziałam, że po powrocie czekają na mnie zakurzony regał, pomazane okno i niewdzięcznie ubrudzona podłoga. Jakie było moje zdziwienie, kiedy myjąc jedną z okiennych szyb, na horyzoncie mojego wzroku pojawił się śnieg. W tamtym czasie należałoby przytoczyć staropolskie przysłowie "W marcu jak w garncu".

Szybko umyłam okno oraz parapet, potem wzięłam się za szafę z ciuchami. Następnie uporządkowałam wszystkie pokojowe kable, łącznie z tym od internetu. Kiedy Mariusz wrócił z pracy zabrał się za malowanie grzejnika i drzwi. Ja natomiast posegregowałam książki i umyłam wszystkie zakurzone figurki. Pozbyłam się kilku nieznaczących przedmiotów oraz powiesiłam na ścianie na wcześniej zamontowanych kołkach zdjęcie i komunijny obrazek. Na środku pokoju postawiłam stoliczek z przemiłym srebrnym aniołkiem i wazonem z bambusem.

Kiedy w końcu przyszedł czas pożegnać się z Mariuszem i odwieźć go do domu, poczułam się tak jakby coś strzeliło we mnie jak grom z jasnego nieba. Zrozumiałam, że te kilka dni (a raczej niecodziennych nocy) właśnie dobiegły ku końcowi. Dotarło do mnie, że nadchodzącej nocy nie będę trzymać Lubego za dłoń i nie pocałuje go w czółko na dobranoc. Nie splotę jego nóg ze swoimi i nie przywitam go namiętnym pocałunkiem o poranku. Mimo wszystko zebrałam się w sobie i pożegnałam Ukochanego najcieplejszym uściskiem pod słońcem. Sama natomiast wzięłam się za wieszanie nowo zakupionej firanki i precyzyjniejsze (jak dotąd!) mycie podłogi.

Czas leciał, a ja wciąż zachwycałam się swoimi nowo odmienionym azylem. Z uśmiechem około godziny dwudziestej trzeciej wskoczyłam pod kołdrę pełną męskiego zapachu i wtulona w poduszkę zapadłam w sen.

Moje serce wyje z radości. Mam najcudowniejszego faceta pod słońcem. To dzięki niemu, dziś lubię spędzać czas w swoim pokoju i nie boję się w nim oddychać.

Pracusiu,
kocham Cię i to nie jest prima aprilis.

A jutro punkt ósma zero zero, czwarta z kolei jazda eLką, już nie mogę się doczekać!!

[komentarze]  (5) [stworz. 20:38 01/04/12 
mod. 20:56 01/05/12]
 

Każda radość, którą niesiemy innym zawsze do nas powróci
Słoneczko przygrzewa mi czuprynę. To nic, że wiatr wieje z prędkością światła, a ja nie nadążam odgarniać grzywki z oczu. Jest pięknie, na tyle by obdarowywać uśmiechem cały świat.

Dziś miałam trzecią jazdę. Pan Roman po kilku manewrach na mieście zabrał mnie na placyk. Tam pokazał wszystkie dozwolone chwyty przy wykonywaniu łuku. Na pierwszy rzut oka "Łagodny skręt w prawo, potem jazda w tył, nic strasznego" pomyślałam i zrobiłam (teoretycznie!) to co do mnie należało. Już na samym początku musnęłam się z Panem Pachołkiem. Na szczęście wszystko spokojnie sobie przeanalizowałam i każdy następny raz wyglądał o niebo lepiej.

Jazdy dają mi dużo energii. Wpływają na mnie pozytywnie. Z każdym następnym dniem kursu wychodzi mi to coraz lepiej. Staję się rzeczywistym uczestnikiem ruchu.

Lubię to, nawet bardzo!!

Od wczoraj w moim pokoju panuje totalny chaos. W oknach nie ma ani firanki, ani jasnozielonej rolety. Puste ściany wołają o pomstę do nieba. Mimo wszystko z każdą godziną mój Ukochany stara się, aby pokój, w którym przebywam większość swojego czasu, zaraz po remoncie wyglądał jak te z bajki. Dzięki niemu ramy okienne nabrały pożądanego kształtu, ściany przesiąknięte do tej pory brudem i syfem odpoczywają przy świetle porannego słońca, by już za kilka dni ukołysać mnie do snu barwą tropikalnej pomarańczy.

Korzystam z remontu. Od wczoraj każdy kolejny dzień spędzam w ramionach Ukochanego. Mimo, że nie możemy skoncentrować się na sobie na tyle na ile byśmy chcieli i tak uśmiecham się na myśl przespanych nocy tylko we dwoje.

Świergolę jak wiosenny skowronek, kiedy robiąc mu kanapki do pracy, całuję w czółko i życzę miłego dnia. Wariuję przy świetle księżyca, gdy dotykając jego stóp swoimi, zasypiam z nim twarzą w twarz. Zastępuje mi wszystkie dotychczasowe miśki, jest swoistą poduszką pod moją głowę. Uroczo jest witać dzień z widokiem na jego twarz, pudrowe policzki, lagunowe spojrzenie i malinowe usta.

Jednak w głębi duszy noszę w sobie jakąś kropelkę wyrzutów sumienia. Gubię uśmiech, tracę radość, widząc Mariusza zmęczonego remontem pokoju i fizycznym wysiłkiem zawodowej pracy.

Wpadam w podziw za każdym razem kiedy obserwuje go smarującego ściany gęstymi maziami. Jest w tym taki dokładny i wytrwały. Uwielbiam go za tą jego pracowitość. Choć nie powiem, że bardziej widziałabym go u swojego boku, masującego moje ciało.

To miłe, że Mariusz robi to wszystko dla mnie i nie oczekuje niczego w zamian, co mogłoby materialnie mną wstrząsnąć. Kocham go, za te urocze "nie ma za co" i wieczorne "dobranoc".

Na te kilka dni jest tylko mój. Taaaaaaaak jest!!

[komentarze]  (6) [stworz. 15:55 27/03/12 
mod. 20:57 01/05/12]
 
    nast >>
archiwum 2009
marzec
kwiecień
maj
czerwiec
lipiec
sierpień
wrzesień
październik
listopad
grudzień
archiwum 2010
styczeń
luty
marzec
kwiecień
maj
czerwiec
lipiec
sierpień
wrzesień
październik
listopad
grudzień
archiwum 2011
styczeń
luty
marzec
kwiecień
maj
czerwiec
lipiec
sierpień
wrzesień
październik
listopad
grudzień
archiwum 2012
styczeń
luty
marzec
kwiecień
maj
 
Muzyka we mnie - w muzyce ja
Maryla Rodowicz, Ech Mała
Maryla Rodowicz, Kasa-sex
Maria Peszek, Miś
Dżem, Tylko Ty i ja
Dżem, List do M
Dżem, Do kołyski
Maryla Rodowicz, Szparka Sekretarka
Maria Peszek, Marznę bez Ciebie
Maria Peszek, Kobiety pistolety
Maanam, Cykady na Cykladach
Happysad, Taka historia
Happysad, Nie ma nieba
Happysad, Ludzie chcą usłyszeć wieści złe
Dżem, Autsajder
Cieszący się pośmiertną sławą
Dziwny jest ten świat
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ostatecznie jestem kobietą i bardzo mnie to cieszy
Nie poświęca się życia dla symboli
Niczego nie żałuje!
Dusza nie wychodzi na fotografii
W życiu piękne są tylko chwile!
Nie bój się, nie lękaj!
Miej serce i patrzaj w serce
Inwestuj sercem, spełniaj marzenia
Szczęśliwy jest dom, który gości przyjaciela
Serca nie lubią cierpieć
Ofiaruj dzieciom ciepły posiłek
Bądź dobry jak chleb
Szmery w sercu
Happysad, tak czy siak nieważne
I ♥ Paris
Kobieta seksualizuje świat
Marysieńka
Fusiaste serce Afryki
Rodzina jest wieczna, tak jak Bóg
Rutynowo fotografuję w myśli wszystko, co widzę
Wszechwidzące oko mitycznego cyklopa
Mariusz, miły mój!
Był jednym z niewielu, skazanych na bluesa
kontakt | firma | regulamin | polityka prywatności | pomoc