|
|
|
I'm ok! I'm alright though you have gone from my life!
|
Tutaj kiedyś będzie notka.
Naprawdę ^^
|
|
|
|
You've reach for the secret to soon
|
- On...? - powtórzył jak echo Robert.
Przedśmiertny skowyt niósł się po wszystkich korytarzach, wnikając w najniższe warstwy skóry i wprawiając mięśnie w trwożne drżenie.
Wszyscy stali jak sparaliżowani. Ich umysły nie potrafiły ogarnąć ogromu grozy. I realności zagrożenia.
- Uciekać! - apodyktyczny wrzask Harolda przerwał zbiorowy trans. Ghoule rzuciły się do panicznej ucieczki. Robert nie pozostał im dłużny. Chwilowo wszelkie problemy odeszły na dalszy plan. Przede wszystkim przeżyć. O resztę można się martwić później. W tym maratonie o najwyższą stawkę nie przewidziano nagród za drugie miejsce.
Chłopak zdumiał się jak te napromieniowane istoty o zdeformowanych kończynach potrafią poruszać się tak szybko. Krew szumiała mu w uszach, gdy przemierzali kolejne ciemne korytarze, ścigani lekkimi stąpnięciami skórzanych butów.
Fallout sięgnął do plecaka, nie zwalniając nawet na chwilę. Szybkim ruchem wydobył z niego pistolet. Nie miał pojęcia z czym przyjdzie się im zmierzyć ani czy ich ucieczka ma choćby cień szansy powodzenia. Uczestnicy tego biegu, mimo szaleńczego pulsowania adrenaliny, byli tylko gromadą okaleczonych i rozkładających się ciał.
Odbezpieczył broń z cichym szczęknięciem. To, co stało się wcześniej, utraciło znaczenie. Wierzył, że niechęć do wypuszczenia go z Krypty stanowiła tylko kolosalne nieporozumienie. Jako jedyny nieskażony, czuł się odpowiedzialny za życie tych ludzi i był gotów ich bronić. Karmiony przebrzmiałymi ideałami paladyn XXII wieku. Kawalerowie wszystkich cnót nigdy nie umierają ze starości...
Gardłowy chichot, w którym odbijał się triumfalny pogłos zwycięstwa, sunął za nimi niczym cień. Agresor, kimkolwiek był, zwyczajnie się z nimi bawił. Gdyby chciał mógłby zabić ich wszystkich w przeciągu kilku sekund. Robert nie miał co do tego wątpliwości.
Kto jest na tyle chory, aby czerpać przyjemność z przerażenia bliźnich?
Głuchy łomot wielu stóp o metalową podłogę, obniżył się o kilka decybeli. Robert samym kącikiem oka zdołał pochwycić mignięcie zielonego kształtu. Obejrzał się przez ramię.
Spoglądał na oddalającą się sylwetkę leżącej Tori. Usta miała rozwarte jak do krzyku, lecz jej krtań nie była zdolna do pracy. Tak samo jak nogi.
Ghoule i Fallout zatrzymali się. Ścigający ich potwór również przystanął. W półmroku, podkreślanym mlecznobiałym światłem jarzeniówek, napastnik jawił się tylko jako obnażony garnitur ostrych zębów, metaliczny blask kilkunastu ostrzy oraz plama krwistej czerwieni przybierająca kształt spodni, koszuli i płaszcza. No i te oczy. Jarzące się, drwiące zielone oczy.
Wszyscy czekali na najmniejsze drgnięcie powietrza, zdolne przełamać ten absolutny marazm.
Floyd patrzył bezsilnie na swoją córkę, rozciągniętą pomiędzy pewną śmiercią a wątpliwym ocaleniem.
Robert oblizał nerwowo spierzchnięte wargi. Czuł jak serce tłucze mu się o żebra.
- Dante...?
#####
Jedna notka na miesiąc to nie tak źle, prawda? ^^'
|
|
|
|
Unpleasant Surprise
|
Gdy tylko wystawił głowę ze sterowni Krypty, otoczył go wianuszek przejętych Ghouli.
- Ulatowałeś nass! - pisnął radośnie Floyd.
- Brawo mały! - krzyknął Stephen, klepiąc go po głowie resztką ręki.
- Jednak jesteś całkiem w porządku. Jak na Gładkoskórego, oczywiście - powiedział Caleb, odsłaniając blade dziąsła w pełnym ulgi uśmiechu. Tori biegała podekscytowana po całym korytarzu.
Robert nie mógł wyjść z podziwu dla woli życia tych istot. Wegetowały tutaj brutalnie okaleczone, bez celu i bez żadnych szans na poprawę bytu. Lecz, mimo to, tak rozpaczliwie chciały żyć.
Niesamowite.
Harold stał od nich w pewnej odległości, z uchem przyłożonym na wysokości dwóch
trzecich ściany. Jego zniszczona twarz przypominała granitową maskę skupienia.
Zarządca Krypty nasłuchiwał.
Błona bębenkowa Ghoula drgnęła pod naporem cichego szumu. Był to przytłumiony plusk wody przelewającej się leniwie do wnętrza rur.
To była najpiękniejsza muzyka jaką słyszał w całym swoim życiu.
Muzyka ocalenia.
W jedynym oku Harolda rozbłysło zdumienie. Nie przypuszczał, że ten człowiek naprawdę dokona cudu. Obrócił się oszołomiony, lecz starał się nadać swojemu głosowi naturalne brzmienie.
- Naprawdę to zrobiłeś. Ocaliłeś mieszkańców tego schronu. Nie wiem jak mogę ci się odwdzięczyć. Nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie - powiedział z szacunkiem i uścisnął dłoń Roberta. Dotyk chropowatej i nadpsutej skóry nie należało do szczególnie przyjemnych wrażeń, ale chłopak zdołał opanować odruch wyszarpnięcia ręki.
- Nie musisz. To był mój moralny obowiązek - uśmiechnął się. - Bardzo się cieszę, że was poznałem. Dzięki wam zrozumiałem lepiej wiele rzeczy. Teraz jednak muszę opuścić Kryptę. Powinienem ruszać dalej i odnaleźć Graala. Moja społeczność na mnie liczy.
Beztroskie śmiechy i gwałtowne wybuchy radości urwały się jak ucięte brzytwą. Ghoule zamilkły. Floyd spuścił wzrok na ziemię, Stephen zwiesił ramiona, a Caleb całą uwagę skupił na paskudnej plamie na łokciu. Tori nie rozumiała do końca powodu, ale jej także udzielił się nerwowy nastrój. Tylko Harold patrzył prosto na Roberta, splatając ręce na piersi. Rysy mu stężały.
- Na twoim miejscu zażyłbym kolejną dawkę Rad - X. Klimat w Krypcie jest niezwykle wprost niekorzystny, a wkrótce narkotykowa osłona przestanie cię chronić.
Robert poczuł się skonfundowany. Stanowczo coś było nie tak...
- Ale po co? Przecież zaraz opuszczam to miejsce.
- Niestety, sądzę, że jest to absolutnie wykluczone - rzucił Harold, a każdą wypowiedzianą przez niego sylabą można było przecinać diamenty.
Robert cofnął się o krok.
- Jak to? Przecież wam pomogłem! - krzyknął. Na plecach poczuł igiełki zimnego potu.
- I jesteśmy ci za to wdzięczni. Niestety, nie możemy cię wypuścić. Stanowiłbyś zagrożenie dla Ghouli.
- Zagrożenie? Ja? - Wciąż nie rozumiał.
- Mógłbyś zdradzić komuś położenie Krypty. Dla nas oznaczałoby to zagładę - wyjaśnił twardo.
Robertowi odebrało oddech z tłumionego gniewu.
- Czy naprawdę wierzysz, że byłbym w stanie to zrobić? - zapytał butnie.
- Nie chodzi o to w co wierzę. Moim zadaniem jest ochrona tych istot. Nie będę ich narażać. Nie wyjdziesz stąd. To moje ostatnie słowo - powiedział chłodno.
Robert cały się trząsł od nadmiaru emocji. Nie mógł w to uwierzyć. Uratował ich od śmierci, a oni mają go za jednego z tych pospolitych donosicieli, którzy za parę monet sprzedaliby własną matkę!
- Nie psejmuj się. Tutaj nie jest tak źle... - Floyd starał się załagodzić sytuację. Chłopak nawet go nie słuchał. Zaczerpnął haust powietrza i otworzył usta, by bronić jak lew swojego prawa do wolności.
Przeraźliwy, pełen przerażenia i bólu głos udaremnił mu ten zamiar. Wszystkie głowy zwróciły się do źródła dźwięku, które zdawało się być niepokojąco blisko.
- To On. Przyszedł... - wyszeptał Stephen wargami pobladłymi z przerażenia.
#####
Znowu mi się nie chciało ;)
Z dedykacją dla wszystkich, którzy mnie molestowali o notkę ^^
|
|
|
|
Just a little repair
|
Uklęknął przy urządzeniu. Mlecznobiałe światło żarówek wydobyło z mroku zarys subtelnych kształtów pompy. Omiótł ją uważnym spojrzeniem. Nie różniła się specjalnie od tej, którą znał z rodzinnej Krypty. Ten sam popielaty kolor, identyczne ułożenie przycisków i odchylenie ramienia wypompowującego wodę z najgłębszych i nieskażonych warstw Ziemi i wtłaczającego ją do rur oplatających całą powierzchnię schronu. Bliźniaczy model maszyny z Chicago.
Poza jednym szczegółem. Tutaj pompa była nieruchoma.
- Znalazłem pompę! - krzyknął przez ramię do Harolda czekającego po drugiej stronie metalowej grodzi.
- I jak? Jesteś w stanie ją naprawić? - W głosie Ghoula słychać było niepokój. Od tego zależało ich dalsze istnienie.
Robert przyłożył dłonie do gładkiej powierzchni urządzenia i przymknął oczy. Skoncentrował się mocno, aż czoło pokryła mu mgiełka potu. Szukał w tej umarłej istocie cieniutkiej nici prowadzącej do zapomnianej i skulonej w przestrachu duszy. Wyczuwał jej wątłą obecność równie realnie jak podłogę pod zgiętymi kolanami. Wołał ją po imieniu złożonym z bezkształtnych i zatartych przez czas cyfr.
I wreszcie odpowiedziała.
Robert otworzył oczy. Posłał maszynie delikatny, choć zmęczony uśmiech i poklepał ją po martwych guzikach, dodając tym otuchy. Już wiedział co jej dolegało.
- Sądzę, że powinno mi się udać - odpowiedział zniecierpliwionemu Haroldowi. Pozwolił plecakowi zsunąć się z ramion i uderzyć głucho o szarą posadzkę. Rozsupłał zręcznie troki i wygrzebał ze środka wszystko, co mogło się mu przydać. Nie było tego wiele - kilka mechanicznych części wymontowanych z popsutej konsoli przy wejściu do Krypty, skromny komplet narzędzi zabrany martwemu Holdenowi oraz drobne fragmenty różnego mechanicznego śmiecia. Przy okazji skonstatował, że ostał się mu tylko jeden pistolet i jakieś 40 naboi.
Nie dobrze. Ale tym będzie martwił się później.
Pozbierał wszystkie przydatne rzeczy i przystąpił do naprawy. Dla zwykłego człowieka przywrócenie pompy do stanu używalności stanowiłoby zadanie przekraczające ludzkie siły. Dla osoby z Dotykiem było to piętnaście minut pracy.
Robert westchnął z zachwytem, wsłuchując się w jednostajny szum wody, rozlewającej się leniwie po szerokim rurociągu. Uratował tą małą społeczność przed zatraceniem. Duma ze spełnienia zadania płynęła od serca do każdej komórki ciała chłopca. Dla takich chwil warto cierpieć wszelkie niewygody i upokorzenia. Pomyślał, że gdy przyniesie do domu Graala, będzie czuł się tysiąckroć razy lepiej.
- Już! Skończyłem. Wszystko działa bez zarzutu! - oświadczył podniesionym głosem, by przebić się przez drzwi. Po drugiej stronie najpierw zaległa pełna niedowierzania cisza, którą zaraz przerwał dziki pisk radości.
Robert pozbierał wszystkie rzeczy i udał się do wyjścia.
Było mu lekko na duszy.
Jak jeszcze nigdy w życiu.
#####
Sorki ^^'
Ale leń to siła wyższa ;P
Pardon Z dedykacją dla największej marudy Lex ;P
|
|
|
|
The Creeps
|
***
Ubrany na czerwono mężczyzna szedł niespiesznie korytarzem. Dłubał w zębach nożem o kunsztownie zdobionej rękojeści, przywodzącej na myśl dzieła barokowych rzeźbiarzy. Na ostrzu srebrzył się wygrawerowany zawijasami napis: memento mori.
-Zabiję skurwysyna, wypruję mu flaki... - śpiewał cicho na melodię "Ody do radości".
Uśmiechał się szeroko.
Nigdy nie podpadaj silniejszemu, kochanie. Bo on przyjdzie i coś brzydkiego się stanie.
Coś, co ukróci twe trwanie...
***
Źrenice Roberta rozszerzyły się do granic możliwości. Pobladłe usta rozchyliły się nieznacznie, a wargi zaczęły leciutko drgać. Cała twarz chłopaka rozbłysła blaskiem zachwytu.
Podszedł powoli do najwspanialszego wytworu Przedświatłościowych ludzkich dłoni jakiego widział w całym swoim życiu. Nie był pewny czy godzien jest dostąpić takiego zaszczytu. W błękitnych oczach odbijał się potężny komputer z podłączoną do niego konsolą pełną barwnych migających światełek. W Chicago Robert oglądał główny komputer tylko kilka razy i to zawsze z daleka, gdy udało się mu uprosić mechaników, by mógł przyglądać się rutynowej kontroli mechanizmu. Tutaj był tak blisko, że prawie czuł na swojej skórze oddech maszyny. Maszyny piękniejszej niż ta, która pilnowała jego domu.
Machina była smukła i wysoka. Przy górnej krawędzi olbrzymiego monitora mrugały dwie żarówki, puszczając figlarnie oczko do oglądającego. Kaskady wijących się kabli oplatały zgrabne ciało komputera, opadając miękko na podłogę. Harmonijne buczenie wnętrzności układało się w poruszającą balladę, wyciskającą łzy z oczu Roberta.
-Umarłem i jestem w niebie... - wyszeptał oczarowany. Wyciągnął dłoń i przejechał opuszkami palców po gładkiej powierzchni klawiatury. Klawisze jęknęły cicho pod wpływem nacisku. Światełka sapały przymilnie, tak bardzo spragnione dotyku ludzkiej skóry.
Ciałem Roberta wstrząsnął dreszcz. To było prawie jak orgazm. Jego zmysły szalały. Ręce pieściły czule literowe wypustki, oczy syciły się widokiem cudu, uszy wsłuchiwały się w melodię duszy, a nos wchłaniał zapach układów scalonych. Czuł, słyszał jak komputer przemawia do niego w martwym, enigmatycznym języku. Był samotny, opuszczony, zostawiony sam sobie, bez szans na wdzięczność za wykonywaną pracę. Był...
-Znalazłeś już tą pompę? - Z rozmyślań wyrwał Fallouta ochrypły głos zarządcy Krypty. Dało się w nim wyczuć zniecierpliwienie.
-Nie, wciąż szukam - odpowiedział szybko. Poczuł jak policzki różowieją mu ze wstydu. Dał się ponieść swojej pasji, zapominając zupełnie po co tu przyszedł. Znowu myślał Dotykiem, zamiast umysłem. Spojrzał z żalem na ogromny monitor i przeszedł spiesznie na drugi koniec pokoju, gdzie zamajaczył mu pompo - podobny kształt.
####
Toddziak odnalazł sentyment do Robercika :)
|
|
|
|
Switch on the light
|
Ghoule stękały i kwękały z wysiłku, naprężając na wpół rozłożone ciała. Drzwi, przed nadejściem Światłości, można było otworzyć za pomocą karty dostępu i skanu powierzchni oka. Teraz jednak trzeba było naprawdę ogromnej siły, żeby je odemknąć. Mężczyznom w końcu się to udało; zawiasy puściły, a metalowe wrota uchyliły się wystarczająco, aby szczupły i drobny chłopak mógł dostać się do środka.
Robert popatrzył na twarze mężczyzn, szukając w nich przyzwolenia. Harold kiwnął głową. Robert podszedł powoli do otworu, czując jak jego serce przyspiesza. Nie wiedział czy bardziej ze strachu czy z podniecenia. Sama myśl o kontakcie ze skomplikowaną maszynerią przodków wprawiała jego mięśnie w drżenie.
Przestąpił próg, zatapiając się w absolutnych ciemnościach.
-Tam gdzieś jest włącznik światła. Powinien jeszcze działać. - Głos Harolda był przytłumiony przez warstwy stali, lecz Robert i tak doskonale wyczuwał w nim napięcie. - Szukaj przy framudze.
Chłopak przyłożył dłonie do metalowej powierzchni i błądził nimi delikatnie w jej okolicy.
Nagle natrafił na coś ciepłego i włochatego, co uciekło mu w panice spod palców. Wrzasnął przenikliwie, odskakując pół metra.
-Hej, mały? Wszystko w porządku? - zapytał z niepokojem Harold.
-Tak... - przełknął głośno ślinę. Miał nadzieję, że to był tylko zwykły radpająk. Wzdrygnął się z obrzydzeniem i wytarł rękę o spodnie. Nienawidził tych paskudnych robali. Ale z dwojga złego lepsze one niż jakieś groźne, zmutowane szkaradziejstwo.
Nie wiedział czemu przed oczami stanął mu w tym momencie obraz Caleba.
Skarcił się w myślach.
"Nie czas na dygresje. Muszę się skupić."
Walczył chwilę ze strachem i odrazą, ale przemógł się i wrócił do poszukiwań włącznika.
W końcu skrupulatne badanie otynkowanej ściany przyniosło owocny rezultat. Robert przekręcił kawałek plastiku w kształcie łzy o sto osiemdziesiąt stopni. Pomieszczenie zalało blade, migoczące światło wydobywające się z kilku podłużnych żarówek, tak charakterystycznych dla wystroju Krypty. Robert odwrócił się powoli, wsłuchując się w przyspieszony rytm swojego serca. Przygotowywał się na widok, jaki może za chwilę zobaczyć. Nie spodziewał się jednak, że stanie twarzą w twarz z prawdziwym cudem.
Oniemiał.
#####
Notka krótka i wymęczona, ale jest ^^'
Speszyl fur ju, Scythe ;)
Coraz bliżej Dante <śpiewa na melodię reklamy Pepsi>
|
|
|
|
The Mystery of the Holy Grail
|
"Dobrze, że jednak połknąłem te pigułki..." - pomyślał ze zgrozą. - "Nie miałbym szans przeciwko tysiącu trzystu remom. Tak, co najwyżej, mogę skończyć jako wyniszczony ćpun. Choć w sumie nie jest to zbytnio kusząca perspektywa..." - rozpatrywał swoją obecną sytuację. - "Chyba właśnie takie przypadki nazywa się mniejszym złem. Śmierć niepewna zamiast śmierci pewnej...".
Westchnął. Takie rozważania nigdy nie przynosiły niczego dobrego.
Podbiegł do przodu i zrównał się z Haroldem. Nie zapomniał z jaką misją opuścił dom.
-Haroldzie, chciałbym cię o coś spytać... - zaczął.
-Pytaj.
Robert wiedział, że owijanie w bawełnę tylko niepotrzebnie zirytuje Ghoula. Harold lubił konkrety. Dlatego chłopak spytał wprost:
-Czy wiesz gdzie mogę znaleźć Świętego Graala?
Harold spojrzał na niego jak na wariata, lecz nie zwolnił kroku.
-Graal? - upewnił się, walcząc z kpiącym uśmieszkiem usiłującym opanować jego popękane usta. - A po co ci Graal?- zapytał logicznie.
Robert nie widział sensu w powtarzaniu przygotowanych uprzednio kłamstw.
-Główny komputer w mojej Krypcie odmówił współpracy. Okazało się, że wysiadł procesor. Z tego co mówił Przeor, był on unikatowy. Bez opieki komputera jesteśmy bezbronni i bezsilni, dlatego zostałem wysłany z misją, aby odnaleźć Graala i doprowadzić urządzenie do porządku.
-Naprawdę Graal jest ci potrzebny do naprawienia komputera? - Harold przyglądał mu się z uwagą, szukając na twarzy Fallouta najmniejszych oznak drwiny. Intencje chłopaka były jednak czyste jak łza. Harold poskrobał się po głowie, nie bardzo wiedząc, co począć z tym fantem.
-Ja nic nie wiem. Spytaj Floyda. Mity i baśnie są jego specjalnością.
Robert podziękował i podszedł do wskazanego Ghoula.
-Floyd, gdzie mogę znaleźć Świętego Graala? - zapytał. Czuł się już zmęczony zadawaniem tych samych pytań.
Floyd otworzył szeroko usta, wytrzeszczając z niedowierzaniem oczy.
-Dlaczego szukasz Graala? - sam pomysł wydawał się mu absurdalny. Robert powtórzył wyjaśnienie udzielone Haroldowi.
Floyd potarł w zamyśleniu brodę.
-Rozumiem, że Graal, według dawnych legend, jest obdarzony potężną mistyczną siłą, ale jak, na wszystkie muzy, chcesz za pomocą kielicha naprawić komputer?! Przecież to czysty nonsens!
-Kielicha? - powtórzył autentycznie zaskoczony Robert, przyglądając się Floydowi spode łba. Mierzyli się chwilę wzrokiem.
-Jesteś pewny, że chodzi ci o Świętego Graala? - upewnił się Ghoul.
-Tak, jestem pewien. Tak powiedział mi Przeor - odparł poważnie. Floyd pokręcił głową, nie mając bladego pojęcia co o tym sądzić.
-Tatusiu, a jeśli chodzi mu o zupełnie innego Graala? - Tori energicznie pociągnęła ojca za spód bluzki. Floyd już otwierał usta, by wyrazić swoje zdanie, gdy z przodu rozległ się ostry głos Harolda:
-To tutaj. Serce Krypty - powiedział wskazując na masywne drzwi zatopione w ścianie. Harold przywołał Ghoule, aby pomogły mu otworzyć wrota. Floyd wymienił przelotne spojrzenie z Robertem i ruszył do zarządcy.
Chłopak myślał intensywnie nad tym, co usłyszał. Zaczęły dopadać go wątpliwości.
"A jeśli w Krypcie podano mi złe informacje? Czy to oznacza zagładę dla nas wszystkich?"
-Spokojnie, wszystko będzie dobrze - powiedziała optymistycznie Tori, wyrywając go z zamyślenia. Robert spojrzał na nią z pobłażaniem.
-Mam nadzieję... - mruknął ponuro, splatając ręce na piersi...
#####
Pomyślę nad tymi nowymi opowiadaniami ^^
Tylko niech mnie ktoś nauczy jak się robi ładne szablony -_-'
|
|
|
|
Deadly Radiaton
|
Zdążył w samą porę. W momencie gdy jego łopatki dotknęły powierzchni legowiska, drzwi do pomieszczenia otwarły się z hukiem.
-Już idą! - oznajmiła donośnie Tori. Faktycznie; nie minęły nawet dwie minuty, kiedy do środka weszła znajoma grupka Ghouli.
-Tak szybko? - zapytał Harold. Cała jego sylwetka, nawet drzewko rosnące na głowie, wyrażała zaskoczenie.
Robert skinął głową.
-Obawiam się, że będę musiał niedługo ruszać w dalszą drogę. Dlatego chciałbym zobaczyć, co mogę zrobić w sprawie pompy, a potem opuścić Kryptę.
Mężczyźni wymienili między sobą znaczące spojrzenia. Robert zdołał pochwycić smutny wzrok Tori. Dziewczyna zawstydziła się i nachyliła nad tacą, poświęcając jej całą swoją uwagę.
-Dobrze. Chodź! - kiwnął na niego Harold. Chłopak spuścił nogi na podłogę. Zakręciło mu się w głowie. Przygryzł wargi i zwalczył atak słabości. Nie jest już dzieckiem. Ma zadanie do wykonania. Nie może sobie pozwolić na niewiadomo jak długą rekonwalescencję.
Nagle przypomniało mu się coś. Rozejrzał się po pomieszczeniu.
-Gdzie jest mój plecak? - spojrzał na nich pytająco. - Tam trzymam narzędzia, które mogą się przydać przy naprawie - dodał tonem wyjaśnienia. Harold przyglądał mu się chwilę w milczeniu. Skinął Stephenowi, który opuścił pokój, by powrócić za chwilę z własnością Roberta. Chłopak ucieszył się. Rozsupłał troki i przejrzał pobieżnie zawartość torby. Zdawało się, że niczego nie brakuje.
Harold chrząknął, przypominając o swojej obecności. Robert speszył się i zarzucił plecak na ramię.
-Prowadźcie - oświadczył, deklarując swoją gotowość.
***
Wysokie czarne buty uderzały rytmicznie o metalową kratkę. Męska sylwetka, odcinająca się czerwienią na tle nieregularnej dziury stanowiącej wejście do Krypty, przywodziła na myśl łowcę wampirów z Przedświatłościowych horrorów klasy C.
Liczne sztylety, przymocowane do nóg w połowie uda, błyszczały złowieszczo.
-It's showtime - powiedział, przeciągając nienaturalnie samogłoski i szczerząc radośnie kły.
***
Robert, idąc za Haroldem, zastanawiał się jak Ghoule odnajdują drogę w tych korytarzach. Wszystkie odnogi wyglądały identycznie, a ewentualne różnice skrywał zazdrośnie wszechobecny półmrok. Przywódca Krypty zdawał się jednak wiedzieć doskonale dokąd zmierza. Szedł pewnym krokiem, prowadząc ich małą grupkę do celu.
Uwagę chłopca przykuł wielki znak ostrzegający przed promieniowaniem wyrysowany na ścianie. Nigdy jeszcze nie spotkał zielono - srebrnej fantazji na jego temat, przystrojonej koślawym liściem akantu.
-Intrygujące, no nie? - zaśmiał się chrapliwie Stephen. Robert przytaknął kulturalnie. - To dzieło mojego brata, Maynarda. Odkąd zostały mu tylko palce serdeczne, jego możliwości zostały dość ograniczone, ale w dawnych czasach był znanym i uznanym malarzem. Słyszałeś o nim?
-Niestety, nie... - przyznał. Mimo że sztuka absolutnie nie stanowiła przedmiotu zainteresowań Fallouta, gdyż miał beznadziejnie analityczny umysł, to i tak wątpił by ktokolwiek w obecnych czasach kojarzył to imię. Upadek obyczajów, ot co.
Stephen wyraźnie się strapił.
-A tak właściwie jakie panuje tutaj promieniowanie? - spytał Ghouli. Ta kwestia nurtowała go znacznie bardziej niż bazgroł upadłego artysty.
Stephen szturchnął Caleba w bok.
-Hm... z tego, co pamiętam to coś około tysiąca trzystu remów - odparł. Robert zatrzymał się gwałtownie. Otworzył usta i gapił się na niego tępo, oczami rozszerzonymi w przerażeniu. Caleb położył mu dłoń na ramieniu w uspokajającym geście.
-Spokojnie. Rad - X wciąż cię chroni, a na nas taka dawka nie robi już wrażenia. Nie ma się czego bać - powiedział pogodnie. Od czasu gdy dowiedział się o pochodzeniu chłopaka, stał się dla niego znacznie milszy.
-To niemożliwe - wyszeptał drżącym głosem Robert.
-Życie jest absurdem, przyzwyczaj się - poradził Caleb, sprzedając mu lekkiego kopa na rozpęd...
#####
Mam pomysł na kolejne opowiadanie, ale poczekam aż skończę to ^^
|
|
|
|
Unhappy Meal
|
Leżał bezwładnie na plecach, wpatrując się w sterylnie biały sufit. Światło lamp było raczej symboliczne, więc mógł lustrować uważnie podłużną powierzchnię żarówek, bez obawy o swoje oczy.
"Mają tu również pewne problemy z elektrycznością" - zauważył beznamiętnie. Słabość ciała skutecznie ostudzała wszelkie heroiczne zapędy. Chciało mu się spać.
Przymknął powieki.
Zabawne, od opuszczenia domu nie minęły nawet dwa miesiące, a już zdążył zabić człowieka, o mały włos nie sprzedano go do niewoli, prawie został zgwałcony przez nieprzewidywalnego psychopatę oraz odnalazł grupkę ludzi, która przeżyła Światłość, mutując w przerażający sposób.
Pomysłowość losu chyba nigdy nie przestanie go zaskakiwać. I to raczej negatywnie.
-Już jestem! - z zamyślenia wyrwał go dźwięczny głos i trzask zamykanych drzwi. Chłopak patrzył uważnie jak Tori kładzie metalową tacę na krześle obok jego prowizorycznego posłania i krząta się chwilę, nalewając do kubka wody z obtłuczonego dzbanka.
-Proszę, pij - wyciągnęła w jego stronę rękę z naczyniem. Robert dźwignął się z wysiłkiem do pozycji siedzącej. Odebrał od niej kubek i upił kilka łyków. Woda miała dziwny, ziemisty posmak, ale miała jedną niezaprzeczalną zaletę: była mokra.
-Poczekaj, połknij jeszcze to! - powiedziała dziewczyna i otworzyła zaciśniętą dłoń, na której leżało kilka żółto - czerwonych pigułek.
-Co to jest? - zapytał nieufnie. Tonem głosu musiał urazić swoją opiekunkę, gdyż ta wydęła groteskowo wargi i spojrzała na niego z naganą.
-Coś, co ratuje ci życie - fuknęła, tupiąc nogą. Zaraz jednak dodała łagodniej. - To są pigułki Rad - X, które podnoszą twoją odporność na promieniowanie. Bez tego twój organizm by nie wytrzymał i mógłbyś umrzeć.
Dalsze wyjaśnienia były Robertowi zbędne. Posłusznie połknął przygotowane tabletki. Intrygowała go teraz jedna kwestia.
-Skoro byliście w posiadaniu takich lekarstw, to dlaczego Światłość tak bardzo was zniszczyła?
-To proste. Po prostu było już za późno - odparła prawie wesoło.
-A nie mogliście ich łykać profilaktycznie?
Dziewczyna dotknęła palcami podbródka, mrużąc lekko oczy.
-Mogliśmy. A raczej mogliby, bo ja urodziłam się już przecież po fakcie, gdyby nie jeden szkopuł.
-Jaki? - Robert miał przeczucie, że odpowiedź mu się nie spodoba.
-Po prostu Rad - X, bardzo silnie wyniszcza organizm. A jakby tego było mało, uchodzi za potwornie uzależniający narkotyk - powiedziała z żalem, unikając jego spojrzenia.
Robert spojrzał na swój żołądek, w którym właśnie trawiły się i wnikały do krwi wszystkie złowieszcze substancje. Wzdrygnął się.
"Nie mam wyboru. Muszę odejść stąd jak najszybciej, inaczej, wcześniej czy później, zginę. Ale najpierw powinienem jeszcze coś zrobić..."
-Tori?
-Tak? - uśmiechnęła się do niego.
-Słyszałaś kiedyś o Świętym Graalu? - spytał, pozornie bez emocji. Liczył na jej dziecięcą prawdomówność.
-Święty Graal? Chodzi ci o ten puchar, którego poszukiwał król Artur? Tata mi o nim opowiadał!
Robert zmarszczył czoło. Nie słyszał o żadnym królu Arturze. Ale wiadomość, że ktoś jeszcze poszukuje Graala, bardzo go zmartwiła.
"Dobrze, spytam się jeszcze zarządcy tej Krypty. Ale to już później".
-Zawołaj resztę Ghouli. Czuję się już dobrze i chciałbym obejrzeć tą uszkodzoną pompę.
Dziewczyna klasnęła w dłonie.
-Świetnie! Ja po nich pobiegnę, a ty w tym czasie zjesz coś. Sama gotowałam! - pochwaliła się, wręczając mu łyżkę oraz miskę z podejrzaną szarą breją. Zatrzasnęła za sobą drzwi.
Robert powąchał sceptycznie egzotyczną potrawę. Nie pachniała zachęcająco. Zmarszczył nos, ale przemógł się w końcu i spróbował.
Oczy stanęły mu w słup, a z oczu pociekły łzy.
-Fuj! - wypluł porcję z powrotem do miski. - Obrzydliwe...
Jeszcze nigdy w życiu nie jadł czegoś równie niedobrego. Stanęło na tym, że zawartość miski skończyła na dnie kubła na śmieci, odkrytego pomiędzy porzuconymi sprzętami.
"Nic dziwnego, że Ghoule są takie chude..." - pomyślał niewesoło, kładąc się na swoim posłaniu...
|
|
|
|
Child of the Damned
|
Harold posłał mu przyjazny uśmiech.
-Robercie Fallout, jesteś naszym gościem. Krypta nie jest może pięciogwiazdkowym hotelem, ale nie powinieneś czuć się rozczarowany. Będziesz miał najlepszą opiekę w promieniu kilku mil - kiwnął na Floyda. - Zawołaj Tori - polecił ze zdecydowaniem.
Floyd przyczłapał do drzwi i wychylił się przez próg.
-Toli, kochanie! Chodź tutaj! - krzyknął w głąb korytarza. W ciemnościach zapanowało jakieś poruszenie, połączone z chrzęstem odkładanych naczyń.
-Idę! - rozległ się śpiewny okrzyk i do uszu Roberta dotarło ciche szuranie. Po chwili w krąg światła, rzucanego przez blade jarzeniówki, weszła najdziwniejsza istota jaką chłopak widział w całym swoim krótkim życiu.
-Tak? - odezwała się grzecznie piskliwym głosikiem. Z pewnością należała do osobników płci żeńskiej. I właściwie tylko tego faktu był pewien.
Dziewczynka miała wzrost przeciętnego przedszkolaka. Ale jej twarz... jej twarz, choć potwornie poparzona i zniekształcona jak u reszty Ghouli, była obliczem dorosłej kobiety. Obrazu groteski dopełniała samotna, stercząca w okolicach mostka, wydatna pierś zarysowana pod bawełnianym materiałem dziecięcej sukienki w kwiatki.
Dziewczyna czekała spokojnie, splatając powykrzywiane ręce na podołku.
Harold zauważył szok odmalowany w oczach Roberta. Zerknął na Floyda i machnął ręką, zachęcając go do mówienia. Ghoul westchnął, przetarł czoło jak po ciężkim wysiłku, i opornie przystąpił do wyjaśnień.
-Gdy nastała Śświatłośść, matka Toli była w piątym miessiącu ciązzy. Pzzez kolejne cztely miessiące cielpiała potwolne męki. Ostatkiem sił, zanim umalła, ulodziła Toli. Niestety, noworodek był już skazzony... Ciało dziewczynki lozwijało się, lecz umysł i psychika lobiły to baldzo opolnie. Toli stanowi więc hyblydę dolosłego i małego dziecka. Ona jest... - zawiesił głos i opuścił głowę.
-Czym? - dopytywał się Robert.
-... moją cólką - dokończył smutno. Przywołał do siebie dziewczynkę i pogładził ją po włosach.
Chłopak przełknął ślinę. Zrobiło mu się strasznie głupio.
-Przepraszam. Przykro mi...
Harold pokręcił stanowczo głową.
-Nie potrzebujemy współczucia. Stało się i kropka - powiedział twardo. Fallout w tym momencie nie miał wątpliwości dlaczego właśnie ten Ghoul przewodził pozostałym. Był trzeźwo myślącym realistą, nie pozwalającym sobie ani innym na chwile słabości. Właśnie kogoś takiego potrzebowali ludzie z Krypty, aby przeżyć. - Tori, zajmiesz się tym chłopakiem. Przynieś mu jedzenie, wodę i leki - polecił.
-Już pędzę! - pożegnała ojca przelotnym pocałunkiem w policzek i wybiegła z pokoju tanecznym krokiem. Floyd patrzył za nią z czułością.
-Dobra, to my cię tu już zostawiamy. Jakbyś czegoś chciał, wołaj. Wpadniemy za jakiś czas, by zobaczyć czy już się zaaklimatyzowałeś. Tym czasem, żegnaj - powiedział Harold.
-Cześć, mały - pomachał mu połową ręki Stephen.
-Do zobaczenia - dodał Floyd.
Caleb nie powiedział nic, ale spojrzał na niego prawie przyjaźnie.
-Do widzenia... - odparł, odprowadzając wzrokiem Ghouli. Został sam...
#####
Do wszystkich, którzy czekają na Dantego:
Jeszcze trochę, a na pewno się pojawi ;)
Przydałoby się coś na Wolfhearta napisać ^^
|
|
|
|
Sweet Home Chicago
|
-Właściwie jestem czymś w rodzaju mechanika. Mógłbym rzucić okiem na tę pompę i spróbować ją naprawić - zaoferował się. - Jak tylko trochę lepiej się poczuję, oczywiście... - jęknął boleśnie, przykładając dłonie do brzucha.
Zapadła osobliwa cisza. Caleb łypnął na niego spode łba.
-Dlaczego Gładkoskóry miałby chcieć pomóc Ghoulom? - mruknął podejrzliwie.
-Przecież jesteście takimi samymi ludźmi jak ja. Mieliście po prostu pecha, to wszystko - odparł prostodusznie. Ghoule wymieniły znaczące spojrzenia.
-Czego oczekujesz w zamian? - zapytał chłodno Harold. - Nie mamy pieniędzy...
Robert zamrugał kilkakrotnie powiekami. Nie pojmował do czego on zmierza.
-Niczego. Przecież obowiązkiem każdego człowieka jest pomoc bliźnim w miarę swoich możliwości.
Mężczyźni patrzyli na niego z mieszaniną zaskoczenia i niedowierzania.
-Ty tak serio? - upewnił się Stephen.
-No, tak... - powiedział niepewnie. Nie rozumiał o co im chodzi. Ghoule cofnęły się kilka kroków i zbiły w ciasną grupkę, rozmawiając o czymś przyciszonymi głosami. Caleb gestykulował żywo, zerkając niechętnie na chłopaka, Floyd starał się go uspokoić, a Stephen drapał się bezmyślnie po nosie, strącając na ziemię płaty obumarłej skóry. Harold przysłuchiwał się im w milczeniu, przymykając zielone oko. Podniósł dłoń. Wszystkie usta momentalnie się zamknęły. Zarządca Krypty westchnął gardłowo i zwrócił się do Roberta.
-Nie wyczuwam w tobie fałszu. Nie sądziłem, że wśród Gładkoskórych wciąż honoruje się najwyższe wartości. Nie wiem skąd przybywasz, lecz zaiste musiało to być szczęśliwe miejsce...
Robert uśmiechnął się z nostalgią.
-Było. Pochodzę z miasta zwanego Chicago.
-Co?! - wrzasnął niespodziewanie Caleb. Z twarzy odpłynęła mu cała krew, upodabniając ją do oblicza śmierci ze średniowiecznych moralitetów. Jego wyschnięte wargi drżały w zdumieniu.
-Caleb przed Światłością był burmistrzem Chicago - wyjaśnił spokojnie Harold.
-Naprawdę? - zdziwił się Robert. Wyobrażenie sobie tego, mówiąc brutalnie, ochłapu mięsa jako eleganckiego mężczyznę, którego kochają kamery i wyborcy, przerastało umiejętności jego fantazji. - Ile to było lat temu?
-A któly mamy lok?
-Dwutysięczny sto pięćdziesiąty siódmy - odparł bez wahania.
Floyd zaczął liczyć na palcach.
-Zanim ty coś policzysz... - rzucił sarkastycznie Stephen.
-Jesstem humanisstą a nie matematykiem! - żachnął się.
-A ja botanikiem i...
-Cicho! - przerwał mu ostro Harold. - To było osiemdziesiąt lat temu...
-Osiemdziesiąt... - powtórzył Robert słabym głosem. Minęło już tyle czasu od kiedy świat zalała Światłość, a Ziemia i ludzie wciąż cierpieli z tego powodu. Ciekawe ile lat musi minąć, by wszystko było jak dawniej. Czy to jest w ogóle możliwe?
Caleb patrzył na niego zwilgotniałymi oczami. Nie mógł wyjąkać ani słowa. Wzruszenie odbierało mu oddech. Przełknął w końcu ślinę i zaczął tonem pełnym szczęścia.
-Więc Chicago jeszcze istnieje? Jakie ono teraz jest? - dopytywał się niecierpliwie jak rodzic, który odnalazł swoje ukochane dziecko.
Robert wyjaśnił, że Chicago jakie on znał już nie istnieje. Ludzie nazwali tak Kryptę w przypływie tęsknoty za domem, wiedząc, że już nigdy nie będą tam mogli powrócić.
Caleb nie wydawał się zaskoczony. Kiwał tylko smutno głową.
-Nic nie trwa wiecznie... - powiedział melancholijnie. Jego wzrok był zamglony wspomnieniami tych ulotnych chwil radości, które spędził w dawnym życiu. - Tak czy siak, dziękuję za wiadomości. - Po raz pierwszy jego uśmiech nie raził ironią. Odwrócił się i usiadł w kącie pokoju, przypominając sobie neony dawnej chwały.
-Niewiarygodne - pokręcił głową Stephen. - Zmiękczyłeś największego cynika w tym kraju...
-Ale ja przecież nic nie zrobiłem - zmieszał się młody Fallout.
#####
Znowu się opierdzielam zamiast się uczyć...
Będę musiała poprawić ten sprawdzian...
Albo lepiej pójdę się jeszcze pouczyć...
|
|
|
|
Isn't it ironic, don't you think?
|
Robert skupił się maksymalnie i zmusił do działania wszystkie swoje obolałe szare komórki. Jego mózg pracował na pełnych obrotach.
"Jestem w Krypcie, czyli schronie przeciwatomowym. Mechanizm otwierający drzwi był poważnie uszkodzony. Istnieje możliwość, że od samego początku... Światłość niosła ze sobą promieniowanie. Promieniowanie powoduje zmiany zarówno skórne jak i wewnętrzne. Być może także genetyczne. Ludzie uciekali do Krypt, aby ustrzec się szkodliwego promieniowania. Krypta następnie pieczętowała się przynajmniej na kilkanaście lat, po których ziemia mogłaby być ponownie zasiedlana..."
Robert wydał zduszony okrzyk.
-Jesteście mieszkańcami Krypty, która się nie zamknęła!
-Hehe, bingo, mały... - uśmiechnął się melancholijnie Harold.
-Boże, jak to się mogło stać? - chłopak był tak wstrząśnięty, że zapomniał całkowicie o bólu. Jego wiara w potęgę technologii przodków została wystawiona na ciężką próbę.
Harold wzruszył ramionami.
-Któż to może wiedzieć. Po prostu tak się zrobiło.
-Diess atel, diess infausstuss - wyseplenił Floyd z rezygnacją. Robert, mimo prawdopodobnego stanu podgorączkowego, przetłumaczył to sobie szybko.
Dzień czarny, dzień nieszczęśliwy.
Zrobiło mu się potwornie żal tych istot. Ich obecna postać nie był ich winą. To ślepy los naznaczył tych ludzi piętnem cierpienia i skazał na życie w ukryciu. Niczym nie zawinili...
-Ilu jest was tutaj, w tej Krypcie? - zapytał.
-W dniu Światłości schroniło się tu około dwóch tysięcy pięćset osób. W wyniku pierwszego uderzenia, gdy okazało się, że wrota nie działają, zginęła połowa. Kolejne sześćset umarło w wyniku poparzeń i choroby popromiennej. A więc nas, znanych od tej pory jako Ghoule, zostało jakieś sześćset pięćdziesiąt. - Harold zawiesił na chwilę głos. Widać mówienie o tych sprawach wciąż było zbyt bolesne. - Nie wiem dlaczego akurat my przeżyliśmy. Może to rzecz genów czy odporności... Po prostu nie wiem. W każdym razie, po okresie potwornej męki, zaczęło się nam polepszać. Choć ciut nam się zmutowało - uśmiechnął się krzywo.
-I zbzzzydło - westchnął Floyd.
-I zgniło - dodał cynicznie Caleb.
-I odpadło - Stephen pomachał kikutem ręki.
Falloutowi zjeżyły się włoski na karku. Nie oswoił się jeszcze z faktem, że czarny humor jest jedyną obroną przed gorzkim płaczem i dławiącym żalem.
-Mieszkaliśmy tu sobie spokojnie przez wiele lat. Nawet sam dobrze nie wiem ile. Tu na dole czas biegnie inaczej. Właściwie, było nam całkiem dobrze. Nie potrzebowaliśmy niczego - komputer kontrolował przydział żywności, a specjalna pompa z licznymi filtrami dostarczała nam wody. Niestety, pewnego dnia sielanka się skończyła. Pojawił się On. Istny diabeł. Urządził sobie krwawe polowanie, wyżynając kogo popadnie. Od tej pory, przychodzi co jakiś czas, mordując nas dla czystej rozrywki. Teraz zostało nas nie więcej niż dwie setki. Wszyscy jesteśmy już starzy. Światłość zniszczyła nasze ciała, ale w zamian dała nam długie życie. Ale odkąd zepsuła się pompa, przyszłość wszystkich Ghouli widzę w ciemnych barwach...
-Po prostu umarł w butach - Stephen rozłożył swoje półtorej ręki w geście bezradności.
-To juzzz niesstety nasszze osstatnie podlygi - Floyd podrapał się po resztkach rudych włosów.
-Ale ty nigdy nie umiałeś tańczyć - dogryzł mu Caleb.
-Ja chociazzz mam jesszzczze całe nogi - fuknął.
Robert puszczał ich kłótnię mimo uszu. Oceniał swoje szanse...
#####
Czemu ja jestem takim nieukiem (z przedmiotów ścisłych)?
Ja wcale nie chciałam się uczyć fizyki! Ja... ja zawsze... ja zawsze chciałam być drwalem! XD
Monty Python RLZ
|
|
|
|
My Generation
|
Nie wiedział dokładnie ile czasu spędził w krainie snu. Pośród chorych, sztucznych wizji minuty pędziły jak TGV lub ciągnęły się jak plastelina. Wszystko zależało od koloru łusek latającego dziobaka, unoszącego się leniwie nad polaną szaleństwa.
Pod czaszką miał istny kamieniołom - co chwilę wybuchał dynamit, kalecząc odłamkami kości wrażliwe bębenki. Jeszcze chyba nigdy w życiu nie było mu tak niedobrze. Uchylił z trudem zapuchnięte oczy. Znajdował się w tym samym pomieszczeniu, co wcześniej. Znowu pochylał się nad nim wianuszek groteskowych twarzy.
-Ty, minęły już ze dwie godziny a on jeszcze nie rzygał! - gwizdnął z podziwem Stephen.
-Na pewno zaraz zacznie - oświadczył apodyktycznie Caleb.
-Po takiej dafffce kazzzdy by zfffymiotofffał - wtrącił swoje trzy zęby Floyd.
Robert słyszał te głosy jakby dochodziły spod grubego, wełnianego koca. Koncentrował się na fali bólu, podnoszącej się powoli z żołądka. Jego ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Jęknął gardłowo i przechylił się na bok, opróżniając raz po raz zawartość jamy brzusznej. Od smaku żółci w ustach mdliło go jeszcze mocniej. Opadł bez sił na plecy. Chciał tylko umrzeć.
-Brawo, mały! Idealnie w sam środek miednicy! Jestem z ciebie dumny! - pogratulował radośnie Stephen. - Caleb, wygrałem. Wisisz mi mycie pleców!
Caleb zaklął szpetnie pod nosem, patrząc na Roberta z wyraźną niechęcią. Chłopak był jednak zbyt zamroczony by się tym przejąć. Wydawało mu się, że jego cera ma teraz głębszy odcień zieleni niż skóra Ghouli.
-Ty, weź zerzygaj się jeszcze raz! Chcę rewanżu! No dalej, rzyg rzyg za mamusię... - zachęcał Caleb.
-Daj mu sspokój! Chłopak źle zznossi nalkotyki. Nie widzisszz, zze cielpi?
-Siostra miłosierdzia, mięso flak... - burknął pogardliwie.
-Cicho, pajacu - nakazał Harold, niosąc w zdeformowanej dłoni brudną szklankę wypełnioną jeszcze brudniejszą wodą. - Masz, napij się - uniósł głowę chłopaka i przyłożył do jego ust brzeg naczynia. Robert chciwie wysączył płyn. Cienka strużka pociekła mu po brodzie.
-Jak możesz marnować nasze zapasy na Gładkoskórego? - skrzywił się Caleb. Harold zupełnie go zignorował.
-Lepiej ci? - zapytał pacjenta. Floyd otarł jego rozpalone czoło własnym rękawem.
-Trochę... - wymamrotał, prawie nie poruszając wargami.
-To dobrze - powiedział Harold, siadając na krześle u wezgłowia posłania Roberta - Więc teraz wyjaśnij nam, co cię do nas sprowadziło. Nie wyglądasz na nawiedzonego sekciarza ani łowcę dziwadeł, skór czy organów.
-Zabłądziłem... - odpowiedział słabym głosem. - Chciałem dostać się do Kerplunk.
Ghoule popatrzyły po sobie niepewnie.
-Kerplunk, ha? Miasto wielkich możliwości, kurde gnat - splunął ponuro Caleb. Harold zgromił go spojrzeniem i zwrócił się do Roberta. - Nigdy tam nie byłem, ale wiem jedno: to nie jest dobre miejsce...
-Hm... Ale dlaczego trafiłeś akurat tutaj? Przecież przed wejściem ustawiliśmy wyraźne ostrzeżenia, że wkroczenie do Krypty nie jest dobrym pomysłem - szkielety, szczątki ubrań, znak, przestrzegający przed promieniowaniem, złowieszczy cytat...
Robert zastanowił się głębiej, walcząc z pulsującym bólem głowy.
-Właściwie, nie zwróciłem na nie większej uwagi. I nie widziałem żadnego cytatu...
-Naplawdę? - zmartwił się Floyd.
-Ha, mówiłem, że ten pomysł jest beznadziejny? - uśmiechnął się triumfująco Caleb.
-Floyd był... jest - poprawił się natychmiast Stephen - profesorem literatury. Dlatego ma huzia na punkcie słowa pisanego - wyjaśnił, zataczając niewielkie kółeczka przy skroni.
Robert trawił przez chwilę to, co usłyszał.
-Kim wy właściwie jesteście? - zapytał poważnie.
Harold westchnął ciężko.
-A jak ci się wydaje? - łypnął smutno swoim jedynym okiem...
#####
Padam na klawiaturę...
I jeszcze mi się kasa na komie skończyła :/
|
|
|
|
I Don't Like The Drugs (But The Drugs Like Me)
|
Powrót do świadomości okazał się znacznie mniej bolesny niż Robert przypuszczał. Poza wibrującą migreną i dokuczliwym rwaniem w żyłach, nie odczuwał innych przykrych dolegliwości. Ucieszył się nawet z tych impulsów nerwowych. Udowadniały one niezbicie, że chłopak jeszcze żyje. Przeciągnął się niezgrabnie. Łopatki, kręgosłup i chude pośladki mówiły mu, że leży na czymś twardym. Słyszał nad sobą dziwne szumy i przytłumione głosy pełne napięcia. Zamarł. Było już jednak za późno. Ujawnił swój powrót do przytomności, więc nie miał innego wyjścia jak tylko rozlepić ciężkie powieki.
Pochylało się nad nim kilkanaście brutalnie okaleczonych twarzy, chuchając na niego powietrzem cuchnącym rozkładem. Robert wrzasnął, wpatrując się z przerażeniem w pożółkłe gałki oczne zaintrygowanych Ghouli. Drżał jak listek na wietrze.
Caleb uśmiechnął się wszystkimi zębami, które mu jeszcze pozostały. Wyciągnął gwałtownie ręce i krzyknął:
-Wyssam ci mózg przez oczodoły!
Robert kwiknął przejmująco i zakrył rękami, przygotowując się na nadejście śmiertelnego ciosu. Czuł się jak małe dziecko, zagubione w nieznanym i nieprzyjaznym miejscu. Chciał po prostu wrócić do domu.
Caleb wybuchnął suchym rechotem. Jego śmiech przypominał grzechot szkieletu wypatroszonej ryby. Ghoule posłały mu pełne dezaprobaty spojrzenie.
-To fffcale nie było śmieszne! - wytknął mu Floyd. Skrzywione poczucie humoru okazywało się na dłuższą metę drażniące dla otoczenia.
Harold westchnął ciężko.
-Nie bój się tego idioty. Nie chcemy cię skrzywdzić - zwrócił się do Roberta tak łagodnie, na ile tylko pozwalało przeżarte czasem i licznymi chorobami gardło.
Chłopiec zabrał dłonie od twarzy i spojrzał na niego lękliwie.
-Czym ty jesteś? - spytał. Może nie zabrzmiało to zbyt kulturalnie, lecz wciąż znajdował się w stanie szoku, więc można mu było wybaczyć brak taktu.
-Jestem Harold. A to drzewko na mojej głowie nazywa się John. Rozmawiam z nim kiedy czuję się samotny - zawiesił głos, podziwiając czystą konsternację Roberta. - Hehe, żartowałem! Naprawdę nazywa się Bob!
-Eem... miło mi... - zaczął niepewnie, strzelając oczami na boki.
-A tobie dano jakoś na imię?
-Robert Fallout - odparł z wysiłkiem, usiłując podnieść się do pozycji siedzącej. Świat zawirował. Ściany tańczyły dziko a z podłogi wyłaniały się karminowe stalagmity, trącając się chaotycznie czubkami. Chłopakowi zrobiło się niedobrze i opadł z rezygnacją na plecy.
-A właśnie, możesz czuć się odrobinę oszołomiony. Musieliśmy wstrzyknąć ci kilka Anty - Radów, żeby oczyścić cię z napromieniowania oraz podać pigułki Rad - X, które dodały ci trochę odporności. Spadek po dawnych czasach, wiesz.... - Harold wybałuszył przyjaźnie zielone oko.
Robert spojrzał na swoje przedramię. Rękaw kurtki został podwinięty i chłopak mógł podziwiać czerwone punkciki odcinające się od bladej skóry, poprzecinanej siatką błękitnych linii, transportujących chwilowo krew z chemiczną wkładką.
-Cudownie... - mruknął, zapadając w krótki, narkotyczny sen...
#####
Trochę weny się znalazło ^^
|
|
|
|
Anxiety of Mine
|
Robert osunął się bezwładnie na ziemię. Gnijący ludzie zatrzymali się, spoglądając to na siebie to na chłopca. Ich postawa wyrażała niepewność i skonfundowanie.
-Ale ci Gładkoskórzy są wrażliwi... - przewrócił zbielałym okiem jeden z nich, drapiąc się pulsującym kikutem prawej ręki po wystających żebrach.
-Co z nim lobimy? - wyseplenił drugi przez pokryte aftami dziąsła.
-Zabić! - odezwał się bezimienny głos z tłumu.
-Tobie już chyba nawet płyn mózgowy zapleśniał! Tylko byś mordował, łachudro! - krzyknął, łypiąc groźnie po wszystkich. - Caleb, przecież to jeszcze larwa człowieka - wskazał resztką ramienia na nieprzytomnego Fallouta.
-Tak, ale to nie ciebie trzasnął karabinem po zębach. Pewnie byłbyś wtedy mniej pobłażliwy, co Stephen? - mruknął zrzędliwie.
-Dobrze ci tak, stary popaprańcu!
-Coś ty powiedział, niewyprawiona skóro?!
Skoczyli sobie do oczu, obrzucając się najwymyślniejszymi obelgami. Ich chude ciała obciągnięte obwisłą i łuszczącą się powłoką drżały we wzburzeniu.
-Spokój! Zachowujecie się jak podstarzałe pryki, które nie potrafią już nawet podetrzeć własnego tyłka - powiedział metalicznie człowiek odziany w jadowicie czerwoną koszulę. Nie musiał nawet podnosić głosu. Sama jego obecność sprawiła, że awanturnicy zamilkli z respektem.
Harold, jeśli dawać wiarę dawnym plotkom, był najstarszy w Krypcie. Pełnił funkcję zarządcy i opiekuna Ghouli. Dzięki niemu to miejsce jeszcze w ogóle istniało. On jeden nie stracił głowy gdy dotknęła ich Światłość. Cieszył się wśród mieszkańców niezwykłym poważeniem i szacunkiem. Nie zmieniała tego nawet szczepka dębu, którą posadził sobie na głowie.
-Co tu się dzieje, do wszystkich radiowozów? - zapytał, przenosząc wzrok z jednej zdeformowanej twarzy na drugą.
-Do naszej Krypty wtargnął Gładkoskóry - zaczął ponuro Stephen.
-Ale chyba nie On... - zielone oko Harolda rozszerzyło się w przerażeniu. Ghoule skuliły się w cierpieniu, zatykając czym się dało pozostałości po małżowinach usznych. On wzbudzał we wszystkich paniczny strach. Przychodził tu czasami, urządzając sobie krwawe łowy. Harold był bezsilny wobec tego procederu.
-Nie, nie. Nie On - szybko zaprzeczył. Skóra na twarz Harolda rozluźniła się z ulgą.
-To tylko jakaś larwa - wtrącił się Caleb.
-Gdzie on jest? - spytał Harold. Tłumek Ghouli rozstąpił się posłusznie, otaczając półokręgiem nieruchome ciało Roberta.
-Nie żyje? - łypnął zielonym okiem po zgromadzonych.
-Żyje, tylko zemdlał jak po niego przyszliśmy- zdał relację Stephen.
-Nadmiar emocji i promieniowania. Jego cera jest zbyt jedwabista jak na nasze warunki - prychnął pogardliwie Caleb. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.
-Co z nim lobimy? - powtórzył pytanie Floyd. Harold zastanawiał się chwilę, pocierając w zadumie jedną z gałązek drzewka.
-Zabierzcie go do Neon Ballroomu - polecił lakonicznie. Bez zbędnych dyskusji Caleb i Floyd podnieśli Roberta i powlekli się za resztą Ghouli.
Caleb zupełnie przypadkowo uderzał głową chłopaka w każdą mijaną framugę. I całkiem szczerze wyrażał skruchę przed sceptycznym Floydem...
#####
Ha! Zmyła! Tutaj wcale nie było Dantego ;P
Notka krótka i kiepska, bo nie mam nastroju...
|
|
|
|
|
|
|