|
|
|
Hump de bump
|
Najpierw to przeżyłyśmy szok roku, bo Gej napisała, że właśnie farbuje włosy na czarno, więc może byśmy tak z łaski swojej sobie poszły i nie przeszkadzały jej w pracy (jak ona, do ciężkiej cholery, się zorientowała, że siedzimy u niej pod oknem, to ja nie wiem).
No to niby poszłyśmy, ale tak naprawdę snułyśmy czarne (jak te włosy) scenariusze, że teraz to już w ogóle będzie koniec świata, bo przecież ona płakała pięć dni, jak wyszedł jej ciemny brąz, odrosty i te sprawy, a do tego...
I właśnie wtedy zostałyśmy wezwane na wielką odsłonę.
Odsłonę miodowego blondu.
(Nuda!!!)
(Tak w ogóle to ostatni raz dałam się nabrać na jakiś głupi czarny, co za pomysł w ogóle!)
(Głupi.)
Przed dwudziestą pierwszą wpadłam na chwilę do domu, żeby skonsumować muesli, znaleźć niebieski koc, wziąć okulary, kurtkę i zmienić Conversy i już w sumie miałam lecieć z powrotem w ciemność, kiedy nagle zadzwoniła Gabi z zapytaniem, gdzie jest babcia.
Eee, nie wiem?
Okazało się, że dziadek panikuje, bo babcia wyszła jakiś czas temu z torbą na zakupy i jeszcze nie wróciła, a przecież jest już późno. Stwierdziłam, że pewnie zabrała się z moimi rodzicielami do jakiegoś bliżej nieokreślonego supermarketu, co Gabrysia przyjęła z wyraźną ulgą, zaczęła mi dziękować za prezent (kocham Pocztę Polską) i opowiadać, że nie wie, co spakować do 32-kilogramowej walizki do Londynu, skoro może mieć tylko jeden bagaż podręczny i żadnych napojów w butelkach.
(Nie wiem, jak można się wybierać w podróż bez napojów w butelkach, ale dobra, ja jestem biedna nieoduczona Krakowianka, a nie... E, jak się nazywa mieszkanka Londynu? Londynka? Londynianka? - hahaha)
Później zeszło na angielskie akademiki, moją stancję, neta, Paulinę i nagle zrobiło się pięć po dwudziestej pierwszej i, jako że stałam przy oknie, widziałam Geja wygrażającą mi pięścią, co znajdowało swoje odwzorowanie w morderczych sms-ach.
No kurde, dawno z nią nie gadałam, dajcie mi święty spokój!
W końcu jednak odciągnięto mnie siłą (tzn. domofonem) od telefonu i musiałam złazić na dół z kocem i kurtką pod pachą, bo ani się nie zdążyłam ubrać, ani wziąć jakiejś torby, więc do auta Szymka zapakowałam się totalnie zdezorientowana. (Gej powiedziała, że ostatni raz na mnie czeka i koniec naszej przyjaźni. Umarłam ze śmiechu. Ona też.)
Nad jeziorem byłyśmy dwanaście po, a wszystko było już rozstawione i, co lepsze, film już się dawno zaczął. Zanim jednak obczaiłyśmy, jaki, przyuważyłam przy ławce znajomą sylwetkę w czapce z daszkiem, więc się pochyliłam i zajrzałam temu komuś w twarz, aż się upewniłam, że to Woody i w porządku! Kurde, dawno żeśmy się nie widzieli i chciałam dłużej pogadać, ale dziewczyny mnie ciągnęły za rękaw, więc zdążyłam się tylko przedstawić Kamilowi albo Karolowi, nie wiem, i poszłam dalej.
Film okazał się być jakimś kiczowatym horrorem z kukłami zamiast ludzi, więc polazłyśmy w miasto, gdzie w sumie nie było ciekawiej niż na naszym osiedlu, więc tam w rezultacie wylądowałyśmy. W tak zwanym międzyczasie obmyślałam trzydzieści tysięcy pretekstów na wyjazd w Wielkopolskę, a dziewczyny za wszelką cenę starały się mnie pocieszyć. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
Spod sklepu zgarnęła nas policja twierdząc, że jest super niebezpiecznie i mamy zabierać się do domu. Ja wiem, że zazdrościli nam koców i Beatlesów, ale żeby... A jak się zdziwili, kiedy powiedziałam, że mam dziewiętnaście lat! :-)
Dziś za to znów przeszłam samą siebie, jeśli chodzi o punktualnie wyjścia z domu. Ugotowałam się w kurtce i berecie, później znów zmarzłam, zadyszałam się na śmierć, zanudziłam też, zdołowałam kiepskimi wynikami babci, kupiłam śliwki... I dowiedziałam od Geja, że jakaś laska z III LO kopiuje mój styl. A od Agatki, że TSL był dziś w szkole z cipą.
Najlepsze jest to, że nic mnie to nie obeszło, jestem wyleczona!
To znaczy byłabym, gdyby znów mnie nie pogięło na czyimś punkcie.
B., Kochanie.
Bijou
|
|
|
|
Seeking my love
|
Wczoraj naszło mnie na mega rozkminy, więc przez trzy i pół godziny tłumaczyłam Agatce, jakie to życie jest ciężkie. Siedziałyśmy na ławce przed blokiem Geja (która miała dołączyć do nas, jak tylko skończy sprzątać, jednak w rezultacie obczaiłyśmy przez okno, że zamiast tego siedzi przed kompem, a potem zaczęła się drzeć przez drzwi balkonowe, żebyśmy spieprzały z jej terenu z tym starym kocem), piłyśmy mandarynkowe Sobieskie...
W tym momencie zagadka miesiąca: w jaki sposób próbowałam otworzyć butelkę?
a) kluczami
b) płotem
c) wsuwką
Rozwiązanie zagadki miesiąca: wszystkie odpowiedzi są poprawne. Pozwalam się śmiać tym bardziej, że kapsel był odkręcany.
Tak czy siak, wracając do tematu, zrobiłyśmy furorę z naszym kocem, bowiem zaczepiali nas dosłownie wszyscy ludzie, których mijałyśmy. Nie wiem, czy to było takie dziwne, że szłyśmy okryte wielką połacią w kratkę, która (połać, nie kratka) spadała nam aż do kostek? No chyba nie!
I, świetnie, znów marnuję połowę dnia śpiąc do Bóg wie, której.
Znaczy do jedenastej.
Moją irytację spotęgowała jeszcze mama, która ogłosiła mi, że przed pierwszą mam być u babci, żeby następnie doholować ją do przychodni gdzieś na Wawelskiej czy innej Krakowskiej (nie podnieca mnie ta miła zbieżność nazw, ani trochę). Jadłam więc w pośpiechu śniadanie (jajko na miękko wylało mi się troszkę na klawiaturę), aby później w tym samym pośpiechu się ubierać (koszulkę UJ założyłam początkowo na lewą stronę), szukać słuchawek i biec przez Słoneczną (niech nie zmyli was nazwa, piździło jak...!), gdzie z kolei zadzwonił tata mówiąc, żebym nie zapomniała o babci.
Okej.
Do przychodni szłyśmy godzinę z prędkością 0.1 km/h, robiąc przystanki co 100 metrów i zachodząc po wodę mineralną i śliwki.
Po tym wszystkim mam dość starszych ludzi na najbliższe miliard lat i przerażeniem napawa mnie fakt, że jutro powtórka z rozrywki. Do tego jeszcze spotkałam mamę na przystanku, która powiedziała "cześć, jesteś moją córką?".
Strasznie mi brakuje notek, więc chyba powrócę na dobre, a co mi tam! I w sumie mogę zacząć pisać ckliwe teksty o tym, jak bardzo uwielbiam B. albo jak bardzo tęsknię za B., ale... Dobra, jeszcze się zobaczy, tymczasem uciekam na dwór, bo się duszę!
Biżu, chyba powrócona na łono ojczyzny
|
|
|
|
I wish you all the best
|
Najdroższa Martuś,
myślę, że część swoich życzeń urodzinowych spełniłyśmy w przeciągu tych dwóch tygodni. Bo myślę, że byłyśmy wtedy w pełni szczęśliwe.
Ty wiesz, czego Ci zawsze życzę.
Poznałam Cię uśmiechniętą i uśmiechniętą znam teraz. Uśmiechniętą powitałam Cię na peronie, kiedy ledwo się wytoczyłam z pociągu przez moją głupią granatową walizkę na badziewnych kółeczkach i uśmiechniętą widziałam każdego wspólnego poranka, kiedy stałam przy oknie próbując rozpracować rolety albo wychodziłam w różowych piżamkach na taras, żeby zaczerpnąć słońca. Tak bardzo bym chciała, byś zawsze uśmiechała się tak, jak uśmiechałaś się do zdjęć, które robiłam Ci w naszym miejscu nad jeziorem, na snopkach, w Kaliszu na schodach i...
Nie wiem, już chce mi się płakać, bo przypomina mi się to, jak bardzo Cię kocham.
Życzę Ci satysfakcji z bycia sobą. Zadowolenia z własnego "ja". Żebyś nigdy nie myślała, że mogłabyś być kimś innym. Bo wiesz, jakbyś była, to pewnie byśmy się nie poznały. A ja nie wyobrażam sobie w tej chwili życia bez Ciebie, wiesz? Nie wyobrażam sobie, jakby to było, gdybym nie mogła w każdej chwili do Ciebie napisać, zadzwonić, przyjechać... Pokonać pół tysiąca kilometrów, żeby znów mieć swoją drugą szufladę od góry i połowę łóżka.
Jesteś częścią mojego życia. Bez Ciebie nic nie byłoby takie samo.
Chcę, żeby w Twoim życiu zawsze obecni byli ludzie, którzy nigdy nie zawiodą. Tacy, z którymi... No, sama wiesz, przyjaciele. Jedno słowo, które zawiera w sobie tak dużo.
Życzę Ci pokoju ducha, żebyś jak najrzadziej musiała zmagać się z wewnętrznymi zawiejami. Żeby w Twoim sercu zawsze była ładna pogoda. A jeśli nawet nie, to... wiesz, zadzwoń do mnie. Powiem Ci wtedy, że i tak sobie poradzisz. Że albo się uda, albo nie nazywam się Bijou. Że Cię kocham.
Jesteś otoczona kilogramowymi zwałami miłości (też określenie wymyśliłam - dobra, nie mam pytań!). Kocha Cię mnóstwo ludzi, ze mną na czele. Chciałabym, żebyś umiała dostrzegać tę miłość każdego dnia i umiała się nią dzielić tak, jak to zawsze robisz. Tak, jak to robiłaś w czasie naszych dwóch tygodni, kiedy na przykład łapała mnie jakaś chora zamułka, a Ty się uśmiechałaś i mówiłaś "ej, no już!". Pamiętam każde Twoje słowo... Pamiętam każdy wybuch śmiechu, "idę z Tobą" na peronie we Wrocławiu... Pamiętam zabawny wyraz Twojej twarzy, kiedy mówiłam Ci, że "jesteś jakaś głupia"...
Wszystko pamiętam i mam nadzieję, że Ty też pamiętasz. Życzę Ci dobrej pamięci, bo jeszcze sporo będziesz miała do zapamiętania!
Życzę Ci jeszcze dzikiego farta, żeby już nigdy nie uciekł Ci żaden autobus ani tramwaj. Żebyś to Ty zawsze wykupowała ostatnią paczkę Lay'sów. Żeby nigdy Ci niczego nie zabrakło...
Życzę Ci świetlanej przyszłości. Mądrych wyborów, bo takie Cię niedługo czekają. Jak najmniej dylematów, bo są wkurzające jak nie wiem, co.
Kurczę, co ja Ci jeszcze mogę napisać, przecież i tak się powtarzam. Przecież wiesz to wszystko. Wiesz, że kiedy wracałam z rynku i widziałam Cię z daleka, jak do mnie machasz stojąc z Matem, czułam się najlepiej na świecie. Dobrze jest mieć kogoś, kto na Ciebie czeka.
Albo jak stałam oparta o budynek i mierzyłam czas, kiedy Twoja kuzynka nawijała jak najęta. Albo...
Przypomniało mi się coś.
Pamiętasz, jak w pociągu położyłam się na swoich kolanach i trwałam w bezruchu, a Ty nagle potrząsnęłaś mnie za ramię i zapytałaś, czy wszystko w porządku?
Jak mogłoby nie być w porządku, skoro siedziałaś obok mnie?
Albo jak w drodze z Olsztyna gapiłam się przez okno opierając głowę na ręku, a Ty wtedy położyłaś się na moich plecach i później mi tylko opowiadałaś, jak ten łysy facet się uśmiechał...
Martuś, Boże, płaczę już jak najęta... Tak bardzo bym chciała być teraz z Tobą, uściskać Cię i powiedzieć, że życzę Ci wszystkiego najlepszego.
Uwierz, że tak właśnie jest...
Po raz kolejny dziękuję Ci, że jesteś moją przyjaciółką. Lepszej nie mogłam sobie wymarzyć, moja Osiemnastko.
Twoja Bijou
|
|
|
|
Happy b'day to me
|
Albo mi się wydaje, albo mam dziś dziewiętnaste urodziny.
Do chrzanu!!! :-)
Bijou
|
|
|
|
I cannot express my feelings
|
Chyba już dość uciekałam od pisania tej notki.
Prawda jest taka, że wcale nie chcę, żeby ona się tutaj pojawiła.
No bo jeśli się pojawi, będzie symbolem czegoś pięknego, co się skończyło. Przypieczętowaniem tego, co już minęło. A jak tak bardzo chciałam, by to trwało. Wciąż i od nowa...
Wiesz, Gloria, właśnie tak to sobie wyobrażałam. Że każdy dzień będziemy spędzać dokładnie w taki sposób. Że nie zmarnujemy ani jednej minuty tego czasu, który został nam podarowany.
I w tym momencie dziękuję Ci po raz kolejny za wszystko naraz i każą rzecz oddzielnie. Za każdy kubek herbaty, miskę płatków, paczkę chipsów. Za kanapki z nutellą, orzechowe Alpen Gold, piętnaście tysięcy McFlurry. Za każdy poranek, kiedy budziłaś mnie, a ja pokazywałam Ci środkowy palec i odwracałam się na drugi bok. Za każdy wieczór, który kończył się dobrze po północy. Za Władcę Pierścieni, mimo że bez trzeciej części. Za całą tonę zdjęć, na które w każdej chwili mogę spojrzeć. Za codzienne biegi na autobus. Za PKP, która z nami nigdy nie wygra. Za to, że znosiłaś moje przekleństwa w najmniej oczekiwanych momentach. Za długą drogę powrotną po ścieżce rowerowej, przez największe upały. Za... Za nie wiem, co już. Za każdy uśmiech, wybuch śmiechu, przytulenie... Za "- jesteś głupia. - ja też Cię kocham". Za cholernego Komarka, który mnie wkurza jak nie wiem, co, ale i jednocześnie...
Gloria, jestem szczęśliwa, że jesteś moją przyjaciółką. Kocham Cię.
Bijou
|
|
|
|
Eat your positive emotions (2)
|
Później zaś umarłyśmy z gorąca przy moście obrotowym, wypiłyśmy prawie całego 7-upa, pokazałam Glorii ważniejsze miejsca kojarzące mi się z Lisem, nie znaleźliśmy żadnego garnituru dla taty, kartek urodzinowych dla nas też nie i pojechaliśmy do domu.
W domu zasnęłyśmy na godzinę, weźcie w ogóle, nie ogarnęłam tego!!!
Na obiad były pierożki z jagodami i naleśniki z serem + kompot, do którego chciała wlecieć osa, ale jakoś się udało ją przegonić. Wszystko pyszniutkie, a później pojechaliśmy jeszcze na plażę, żeby wymoczyć nóżki do kolan i zaplanować grilla.
Zanim jednak był grill, to pojechałyśmy z Glorią jeszcze raz na zwalony most, gdzie urządziłyśmy sobie piknik z paprykowymi Lay'sami i Freshem z liczi i zrobiłyśmy trochę śmiechowych zdjęć na ruinach, a później urządziłyśmy sobie genialną sesję na ściernisku przy wielkich snopkach siana (czy jak to tam się zwie!). Sielskość i wiejskość definitywnie rządzi, mmm, kłosiki.
Do grilla przyrządziłyśmy sałatkę z drobnokrojonych pomidorów (Gloria rządzi) i kosteczkowych ogórków, później ja zapomniałam przewrócić kiełbasek, więc troszkę się zjarały, ale generalnie było smacznie, mimo tego, iż ketchup był na wyczerpania, a chleb początkowo został w kuchni.
Wieczór zamierzałyśmy spędzić przy oglądaniu wszystkich naszych zdjęć i pisaniu notek pożegnalnych i nie tylko, jednak skończyło się na panice spowodowanej burzą, gdyż wysiadł prąd, a do tego nie ma jeszcze wody. Nie możemy się wykąpać ani nic, a dziś było miliard stopni w cieniu i aż lepimy się do ścian.
Do tego musimy oszczędzać baterię na laptopie, więc ostatnią notkę próbowałyśmy pisać na kartce przy świecach... No ale sorry, to jednak nie to samo, siara jak nic, napiszemy w poniedziałek albo kiedyśtam!
Dobra, muszę jeszcze odpisać na sms-a Woodyego, który właśnie napisał mi o jakimś zestawie do śpiewania za 400 złotych i oddaję WordPada (Word nie działa, bo to była WERSJA PRÓBNA, enjoy) Glorii, bo jeszcze mi zaśnie i co będzie!
A jutro zbiórka o ósmej trzydzieści pod samochodem i witaj, Poznaniu.
Bijou
|
|
|
|
Eat your positive emotions (1)
|
No dobra, w sumie można powiedzieć, że trochę zapeszyłam sprawę, kiedy w poprzedniej notce napisałam, że dokonałam niemożliwego w postaci połknięcia całej trylogii "Władcy pierścieni", gdyż kiedy już się wygodnie rozłożyłyśmy i miałyśmy rozpocząć seans - okazało się, że tutejszy subedit nie odtwarza formatu rmvb i dzięki.
Wkurzyłyśmy się jak sto pięćdziesiąt i nawet wchłonięcie prawie całej bakaliowej Alpen Gold naraz nie pomogło nam się odstresować.
Najgorsze było jednak to, że reszta filmów, jakie ze sobą wzięłyśmy na pendrivie Agatki, również jest w rmvb. Tylko się zabić!
(Albo pójść spać.)
Chociaż chwila, moment, nie ma tak lekko!
Najpierw bowiem miałyśmy do zabicia dziesięć tysięcy robaków różnej maści i wielkości latających nam nad łóżkami i/lub biegająych po podłodze i ścianach, które widzę na Zielonej Łączce pierwszy raz, więc generalnie what the fuck, ale dobra, mniejsza o szczegóły.
Obudził nas krzyk taty z dołu, że już późno i mamy w tej chwili wstawać, a mi się przypomniało, że o ósmej zgasiłam budzik i poszłam dalej spać. No, to do mnie podobne. Szkoda, że nie spieszyłyśmy się na przykład na jakiś autobus albo pociąg, byłoby śmiesznie!
Ogarnęłyśmy śniadanko i siebie w jakąś godzinkę i po dziesiątej byłyśmy już w drodze do słonecznego Giżycka, gdzie najpierw wstąpiliśmy do wieży ciśnień (kiedyś w końcu trzeba). Schody były wysokie i kręte, eksponaty muzealne ciekawe, a taras widokowy przeuroczy! O widokach już nawet nie ma co wspominać, panorama miasta ze wszystkich stron naprawdę powala na kolana, zwłaszcza jeśli ma się ze sobą tatę z lornetką (wyczailiśmy nawet jakieś małe jeziorko z żaglówkami w odległości około dwóch miliardów kilometrów!).
Następnie znaleźliśmy świetne miejsce parkingowe w cieniu i już mieliśmy podążyć w kierunku portu, kiedy nagle ujrzeliśmy, jak jakaś wychudzona kobieta o kulach i w ogóle z wieloma defektami fizycznymi zbliża się do naszego samochodu. Zaczęła błagać tatę, by ją gdzieśtam podwiózł, bo nie wiem, co, gdyż mówiła tak niewyraźnie, że nie zrozumiałam. Fakt faktem tata przysługę spełnił (hm, później się dowiedziałyśmy, że chciała jeszcze trochę kasy, no tak), dzięki czemu nasze "świetne miejsce parkingowe" zostało w przeciągu sekundy zajęte przez srebrne volvo czy innego forda.
No ale dobra, w sumie nieważne, fajnie, że są jeszcze ludzie nieobojętni na krzywdę innych! (Nawet kosztem miejsca na parkingu w cieniu.)
W porcie kupiliśmy lody (colowiśnia do chrzanu) i za chwilę obczailiśmy, że mamy farta, bowiem właśnie zaczął się tu Projekt Plaża, więc nudy nie będzie. Poszliśmy od razu do miasteczka TVN-u, podziwialiśmy występ żony kowboja (dobry fałszyk nie jest zły) śpiewającej Feel, a zaraz podążyliśmy za tłumem, który utworzył się wokół dwóch osób.
Podeszłam tam z Glorią i głośno zaczęłam zastanawiać się, kto to, do jasnej ciasnej jest, przez co zostałam obdarzona tysiącem spojrzeń w stylu "are you fucking kidding me?" należących do (w większości) czternastolatek. Po kwadransie wpatrywania się w w chłopaka i dziewczynę, którzy z zapałem podpisywali się na swoich karteczkach, wykumałyśmy, że to chyba ludzie z You Can Dance, więc czemu by sobie tak nie zrobić zdjęcia z tym kolesiem z irokezem!
No to zrobiłyśmy (ja nie omieszkałam oczywiście przytulić tego wątłego ciałka), no i nawet mamy autografy! :-)
(Dalej nie wiemy, jak się ten koleś nazywa (dziewczyna to Paulina, ona chyba wygrała ostatnią edycję?), ale nie szkodzi, w sumie ładnie się uśmiechał i w ogóle.)
Bijou
|
|
|
|
I don't wanna see your going (2)
|
Na miejscu nie zdążyłyśmy się za bardzo rozgościć, bo zaraz jechałyśmy już na pierwszą naszą wspólną wycieczkę rowerową w kierunku jeziora i zwalonego mostu, czyli w moje ulubione miejsce, z którym wiążę tyle wspomnień. Gloria była zauroczona widokami Zielonej Łączki w całej swej okazałości, wielkimi ruinami mostu, czubkami drzew, misą jeziora w dole, snopkami siana, rzeką i generalnie ogromną przestrzenią mazurskiego krajobrazu - w sumie się nie zdziwiłam, bo ja sama, choć widziałam to wszystko już miliard razy, wciąż z podziwem patrzę na te wszystkie naturalne cuda.
Zrobiłyśmy trochę zdjęć siedząc na moście, później przeszłyśmy przez rzekę w dole na druga jego stronę, gdzie jacyś ludzie urządzili sobie piknik o dwudziestej (fajnie), a następnie skończyłyśmy na górze z bunktami, w punkcie widokowym, gdzie spotkać można orliki i inne takie.
Postanowiłyśmy wrócić tu jutro i wybrałyśmy się w drogę powrotną u której końca spotkałyśmy mojego tatę, który zatrudnił sąsiada do leśnych poszukiwań - wtf?! Nie było nas raptem półtorej godziny, a ten już się denerwuje, no ja nie wiem!
Później przyrządziłam jajecznicę (paćka musi być, mmm), tata zepsuł otwierak do oleju, pogadaliśmy o snopkach siana, Macieju i filmie, aż w końcu zmyłyśmy się na górę
na wojnę z robakami, które ciągle skądś wyłażą, masakra normalnie.
Teraz jeszcze "Powrót Króla" i trylogię "Włady Pierścieni" będę miała obejrzaną, o rany, nie wierzę, że to zrobiłam!!!
Bijou
|
|
|
|
I don't wanna see your going (1)
|
Hm, nie wiem, Gloria podobno budziła mnie w okolicach dziewiątej, ale ja w to nie wierzę, bo gdyby tak było, to bym coś zarejestrowała, a tymczasem nie pamiętam nic! No, oprócz faktu, że po siódmej musiałam wstawać i zamykać otwarte na oścież okno, bo jakiśtam PolNet czy inny badziew montuje swoje kable na środku placu zabaw stosując do tego głupie ryczace urządzenia.
O pieprzonej siódmej rano!!!
Tak więc do kupy zebrałyśmy się po dziesiątej, zjadłyśmy na śniadanie czekoladowe kuleczki, ogarnęłyśmy dzisiejszy image i wyrobiłyśmy się na pierwszy autobus, jaki planowałyśmy (12.01, o mały włos by nam uciekł, ale to się wytnie w sumie), co uważam za zwycięstwo roku.
(Co prawda potem przez trzy przystanki liczyłyśmy drobniaki, co by starczyło na ulgowy dla Glorii, ale... to też się wytnie!)
Do Rossmanna człapałyśmy pełne obaw, a w momencie mijania zakładu fotograficznego naszej ulubionej pani obsługującej zatkałyśmy nosy i zerknęłyśmy do środka z myślami przeciwwymiotnymi. Była tam!
Na miejscu przeszukałysmy dokładnie pierwszą szufladę, w dalszym ciągu całkowicie zdominowaną prezez jakąś Karwowską, która swoje zdjęcia powinna odebrac już sto lat temu (w ogóle niektóre koperty były z maja, wtf?) przeklinając w duchu laboratorium w Grudziądzu, które pewnie znów poleciało sobie w kulki.
No i dobra, w pierwszej szufladzie nic.
Kiedy jednak zajrzałyśmy do drugiej, prawie od razu rzuciło mi się w oczy moje pismo, ha, jest! Z wyrazem triumfu w oczach stałyśmy kwadrans w kolejce, żeby później dopchać się do ekspedientki o wyrazie twarzy i głosie umarlaka przybywającego z zaświatów. Oczywiście miała jakieś wąty co do tego, czy to aby na pewno nasze zdjęcia, więc postanowiłam pokazać swój dowód, żeby mogła porównać nazwiska. No, chyba mi uwierzyła, bo chcąc nie chcąc kopertę policzyła.
Koniec świata, nawet w Rossmannie nie mogę zrobić zakupów bez pokazana dokumentu tożsamości stwierdzającego pełnoletność, co za chała w ogóle.
Po wyjściu wytrzymałyśmy jakieś 50 kroków bez otwierania koperty. Naprzeciwko supermarketu w końcu nie wyrobiłyśmy, rozlakowałyśmy paczuszkę i wstrzymując oddech zerknęłyśmy na plik zdjęć.
Okazało się jednak, że nerwy były bezpodstawne, bo zdjęcia wyszły naprawdę bardzo ładne! Żywe kolorki, kontrast, nawet bez przeróbki - miodzio! Co prawda ucięli trochę tu i tam, ale zdjęcia nie straciły na wartości, a to najważniejsze. Rossmann będzie żył! :-)
Zaopatrzone w Snickersy Crunchery i Princessę zrobiłyśmy sobie sjestę na górce przy placu JPII, gdzie jeszcze raz oglądałyśmy dokładnie każde zdjęcie w poszukiwaniu szczegółów, słuchałyśmy, jak jakiś facet wydziera się w centrum miasta na swojego syna (?) i próbowałyśmy chyba robić jakieś zdjęcia, ale w sumie nie pamiętam.
Kolejnym naszym celem stała się standardowa promenada z naszymi ulubionymi schodkami, gdzie mogłyśmy znów moczyć nóżki w przybrzeżnej mętnej wodzie. Rozmawiałyśmy na różne poważne tematy (no serio!) i robiłyśmy zdjęcia, które teraz przeszły już do wieczności, bo przez jakieś durne zamienne pliki się skasowały i cześć. Do chrzanu.
W domu zdążyłyśmy zdjeść obiad, zapakowałyśmy nasze prezenty urodzinowe, przycięłyśmy zdjęcia do portfeli, ja wycięłam jeszcze Glorii małe mięciutkie serduszko, dokończyłyśmy się pakować... i zaraz już żegnałyśmy się z moją mamą (tj. Gloria się żegnała, a nawet książkę dostała, wow!) i schodziłyśmy na dół obładowane tobołami.
Tata miał dobry humor, więc opowiedziałam mu wszystkie nasze dotychczasowe przygody i nie tylko, posłuchaliśmy Agi Zaryan, ja pisałam 5 razy tego samego sms-a do Woodyego (viva la Nokia), aż w końcu zajechaliśmy do ABC po prowiant na film i lody (viva la Nestle).
Bijou
|
|
|
|
I wanna be here forever
|
Kilka newsów i spadamy!
1) Jest 34 stopni w cieniu.
2) Kochamy Rossmann, zdjęcia są śliczne i nawet nam za bardzo nie poucinali!
3) Snickersy Crunchery trzymają fason.
4) Schodki nad jeziorkiem są fajne. (A nawet bardzo.)
5) Krótkie Miasto generalnie dało radę, ogarnęłyśmy!
6) Przed szóstą przeprowadzka na Zieloną Łączkę, gdzie do zaliczenia:
- rowery
- zawalony most, rzeczka w dole, mostek
- plaaaaaża
- Giżycko oczywiście
- "Powrót Króla"
- pakowanie prezentów
- zdjęcia part 638393037353739
7) Notki pożegnalne i nie tylko będą z Worda, pojawią się na dniach, szykujcie chusteczki.
No, to spadamy!
Bijou & Gloria corporation
|
|
|
|
Imerfect harmonies
|
Rany, przebiłyśmy wszystko i wszystkich, bo spóźniłyśmy się chyba na osiem autobusów z rzędu!!!
W końcu jednak wzięłyśmy się jakimś cudem w garść i pojechałyśmy tym o trzynastej dwadzieścia sześć (pod koniec trasy natknęłyśmy się na grupkę młodych Niemców, którzy gadali o dużym kościele, a później zbezcześcili klomb na środku czteropasmówki, co za siara), aby spod Domu Kultury udać się prosto do Rossmanna, gdzie miały już na nas czekać nasze zdjęcia.
Na miejscu przez dobry kwadrans czekałyśmy, aż jakaś kobieta z synem połapie się w opisywaniu koperty i wrzuceniu jej we właściwe miejsce (i tak wrzucili w złe), więc poszłyśmy powdychać zapach Lisa, czyli pomarańczowego Adidasa, mrrr (Gloria napsikała sobie na nadgarstek i ja ciągle myślałam, że Lis stoi obok, omg), a później przeczesałyśmy dwie szuflady w poszukiwaniu naszej paczuszki.
I co, i co?!
I jajko, bo nie było!
W końcu zdecydowałam się podejść do kobiety ustawiającej akurat towary na półce i zapytać, co się, do jasnej ciasnej, stało, że nie możemy odebrać naszego zamówienia. Ta wtedy wyskoczyła z jakimś kwitkiem, którego nie wzięłyśmy, więc nici z telefonu do laboratorium i mamy przyjść jutro. Super, kurde.
Wyszłyśmy z lokalu delikatnie wkurzone i w myślach przygotowałyśmy już dla pracowników Rossmanna szereg tortur, ale nie poddając się, zmierzyłyśmy w kierunku fotografa obczaić inne zdjęcia.
Tu z kolei natrafiłyśmy na najbardziej cyniczną i wywyższającą się kobietę ever. Ten dialog wyglądał mniej więcej tak:
Ona: Masz robaka. (Nie przypominam sobie, żebyśmy wcześniej przeszły na "Ty", ale dobra.)
Ja: O.O
Gloria: Jakiśtam win coś.
Ja: O.O
Ona (uśmiech na całą twarz, ton głosu nieznoszący sprzeciwu): Tak to jest jak się nie ma antywirusa! :-)))
Ja: Mam antywirusa.
Ona (coraz szerszy uśmiech): To chyba nie zaktualizowanego! :-))))))
Ja: Zaktualizowanego.
Ona (apogeum uśmiechu, prawie jej gębę rozwala): WIDOCZNIE NIE! :-)))))))))
Ja: Eeee, tak.
Ona (szczytuje): Robaki biorą się z komputera, nie z powietrza! :-))))))))))))))))))
Ja: O.O
Później jeszcze piętnaście razy powtórzyła "do zobaczenia!" z tym swoim badziewnym uśmieszkiem, od którego prawie się porzygałyśmy. Dziękowałyśmy Bogu, że wreszcie stamtąd wyszłyśmy rozpaczając tym samym, że trzeba jeszcze tam wrócić około 15:30...
Na pocieszenie odwiedziłyśmy znów kawiarnię K., gdzie podano nam hamburgera z kurczakiem bez kurczaka, tylko z kotletem mielonym i cheeseburgera prawie bez sera. Fajnie!
Na drugie pocieszenie raczyłyśmy się lodami wiśniowymi i wygrzałyśmy na słonecznej ławce, decydując się za chwilę zejść jeszcze nad jezioro.
Tu z kolei miałyśmy wielką radochę siedząc na schodkach i na murku, chłodząc sobie nogi w wodzie, robiąc zdjęcia i na końcu chlapiąc jedna na drugą (Gloria na końcu zwiała, phi!!!). A jaki cieplutki jest chodnik, kiedy się biega po nim boso próbując utrzymać choć trochę wody w miseczce z dłoni.
Zaraz nadeszła straszna 15:25, musiałyśmy więc zawinąć tyłki do naszej ulubionej pani z fotograficznego. Po drodze aż dostałam czkawki z nerwów, więc Gloria zdecydowała wejść sama do jaskini lwa wynosząc za chwilę stamtąd zamówienie. No, przynajmniej zrobione na czas, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Do domu pojechałyśmy szybciutko, bo autobus podjechał jakby na nasze zawołanie! (Zapomniałam wcześniej napisać, że spotkałam Alkę i P., miło!)
Później z Agatką obmyślałyśmy prezent urodzinowy dla Geja (wreszcie mamy jakąś koncepcję, rany) dostając po drodze zawału na widok pleców robotnika w studzience (Jezu, zwłoki), aby w rezultacie skończyć u niej (u Geja) w przedsionku i obgadując wszystko, co się da, super!
No a dziś Rossmann podejście drugie, bierzemy pochodnie, grabie i siekiery i palimy tę budę, jeśli coś będzie nie tak!
Biżu
|
|
|
|
They're so happy to be
|
Spóźniłyśmy się na trzy autobusy z kolei, bo najpierw pokazywałam Glorii moje stare zeszyty, gdzie rysowałam z Lisem nasze chomicze historyjki, później jeszcze listy, a na koniec przypomniałam sobie, że miałam wypróbować jej nową mascarą waterproof false lashes effect.
W końcu pojechałyśmy ósemką o 12:01 wbiegając do niej dosłownie w ostatniej chwili i spontanicznie zdecydowałyśmy, że jedziemy do końca, żeby zacząć promenadę od osiedlowego deptaku.
No i okej!
Na pierwszy odcinku trasy napotkałyśmy wiele atrakcji, m.in. brzydkie kaczątka, czyli młodziutkie puszkowe łabądki z rodzicami (Gloria pocykała im nawet zdjęcia!), czas kąpieli w jeziorze ludzi niepełnosprawnych umysłowo (jeden z nich zdejmował slipki pod drzewem akurat, jak przechodziłyśmy, no masakra...) i skoki na jakiejś linie z drzewa odstawiane przez grupę chłopaków (aaa, bungee!!!).
Promenada początkowo zachwycała nas ładnym słońcem, jednak po pewnym czasie został tylko smutny cień, więc nawet nie chciało nam się wyciągać aparatu. Postanowiłyśmy, że zajrzymy do kawiarni K., co by naładować swoje akumulatory i coś przegryźć.
Kiedy wchodziłyśmy pod górę prowadzącą do głównej ulicy, ja na chwilę usiadłam na murku, bo nóżki mi się zmęczyły, a jakiś przechodzień powiedział "no, ciężko pod taką górę wejść". Ciężko, ciężko!
W kawiarni K. skonsumowałyśmy frytki i deser (ja standardowy naleśniczek z bitą śmietaną, Gloria drożdżówka z serem) zapijając wszystko resztką wody mineralnej i zaraz już wracałyśmy nad jezioro, przechodząc tym razem obok klatki Lisa. I tu wielka giga hiper mega niespodzianka, bowiem Gloria mogła obczaić jego słynnego srebrnego Nissana, he-he! Stał sobie grzecznie na pierwszym miejscu parkingowym pod żółtym balkonem, jak słodko!
Potem jeszcze jakiś facet powiedział do nas "cześć", wtf w ogóle!
Zdjęcia na cyplu nie wypaliły, bo za dużo ludzi się tam kręciło. Zrobiłyśmy jednak kilka ujęć na słonecznej ławce przy trzcinach i kiedy złapałam lekką zamułkę, Gloria stwierdziła, że coś się chyba chmurzy... więc postanowiłyśmy wracać!
Szłyśmy przez podwórka, gdzie kolejni ludzie zaczęli nas zaczepiać (robotnicy, o zgrozo), a do tego pojawiły się pierwsze grzmoty i spadły pierwsze krople.
Kiedy przechodziłyśmy obok wejścia na basen, zaczęło konkretnie lać, więc przekonane o swoim farcie, schowałyśmy się szybko za drzwiami. Po kilkunastu minutach stwierdziłyśmy, że najgorsze za nami, więc wyszłyśmy na zewnątrz i uśmiechnięte pokonałyśmy kilkadziesiąt metrów, kiedy znów zaczęło lać! Biegiem wróciłyśmy się pod drzwi basenu, gdzie... przestało.
Pogoda robi sobie z nas jaja, ja to wiem!!!
W rezultacie na autobus nie kupiłyśmy biletu, bo to tylko trzy przystanki, a poza tym kanary nie łapią na osiedlu! (Niby nie łapią, ale przez całą drogę żołądek podchodził nam do gardła ze stresu.)
Kiedy wyszłyśmy z autobusu, lało nadal, więc po kilkunastu minutach spędzonych pod wiatą przystanku, zdecydowałyśmy się na bieg boso do domu! Zdjęłyśmy buciki i z wodą chlapiącą spod stóp pobiegłyśmy w kierunku mojego bloku zanosząc się od śmiechu.
Na koniec jeszcze pamiątkowe zdjęcie i gra! (gif)
W domu standardowo obiad i herbatka z moją mamą (omfg).
W tzw. międzyczasie narodził się spontaniczny pomysł wyjścia na Kino Pod Gwiazdami nad jezioro. O dwudziestej pierwszej więc stałyśmy już z Gejem na skrzyżowaniu zaopatrzone w reklamówki z Kauflandu do siedzenia i ciepłe ciuchy, a ja krzyczałam przez telefon na Agatkę, która się nie zmobilizowała i została w domu przez jakieś durne sprzątanie!
Na film troszkę się spóźniłyśmy, więc nie poznałyśmy nawet tytułu (bo Gej nie chciała zapytać o niego gościa z wielkim nosem!), ale i tak było świetnie, bo przed nami dodatkowo odgrywał się drugi film z 15-tkami i ciasteczkami w roli głównej, niebo normalnie! (U Glorii szczegóły, ja się nie mieszczę.)
A dziś zdjęcia próba druga, hm.
B.
|
|
|
|
Let's go craddle the sun
|
Znalazłam kolejny feler mojego telefonu, a mianowicie budzik poleciał sobie w kulki i zwyczajnie nie zadzwonił, a zamiast tego obudził mnie głos Glorii. Nie ma to jednak jak sprawdzone "Otherside" z Samsunga!
Ogarnęłyśmy pierwsze śniadanie w Krótkim Mieście, ogarnęłyśmy siebie, ogarnęłyśmy moją mamę... No dobra, tego akurat nie ogarnęłyśmy.
Znów się z nią pokłóciłam o UJ wysłuchując po raz miliardowy tej samej śpiewki o stypendiach i telefonie do dziekanatu. Po licznych krzykach (biedna Gloria, że musiała stać się świadkiem z pierwszej ręki) w końcu zadzwoniłam do tego pieprzonego dziekanatu, by udowodnić, że mam rację.
Urlop się kończy za tydzień, miałam. :-)
Mama trochę poluzowała, ja wróciłam się jeszcze po klucze i zaraz szybkim krokiem podążałyśmy już w kierunku przystanku. Przy kiosku spotkałyśmy Geja z psem (ubrała się na czarno w trzydziestostopniowy upał, matko i córko!), a później obczaiłyśmy, że nie ma jednak naszego autobusu, no wtf, pomyliłam siedemnastą z jedenastą!!!
Znalazłam jednak zastępczą szesnastkę i po dziesięciominutowym parzeniu się na przystanku (hot), w końcu opuściłyśmy osiedle i wyruszyłyśmy na meeting z Krótkim Miastem.
Po drodze pokazałam Glorii ważniejsze miejsca i instytucje, kiedy wysiadłyśmy - siedzibę Lisa, mój szkolny przystanek, ulicę Mickiewicza, głupie światła, przez które zawsze spóźniałam się do szkoły, moje czerwone liceum, szkołę muzyczną przekształconą w straż miejską, punkt ksero, skąd wynieśliśmy z trzecią E tony gotowców na sprawdziany, park miejski, Rossmann (znikające zdjęcia, he-he), nową szkołę muzyczną, mój dyplom na ścianie przy drugim piętrze (Agatki też, jakiś ruski), szkołę Woodyego, Dom Kultury, centrum, a nawet kawałeczek jeziora, gdzie zrobiłam Glorii sesję (ona mi troszkę też, szczególnie jedno zdjęcie wyszło takie ładne, że aż się cieszę, że wyglądam jak wyglądam, kiedy na nie patrzę, serio!) i Pepco, gdzie znalazłyśmy to i owo.
W trakcie wycieczki krajoznawczej zaszłyśmy też na lody poziomkowe, do salonu Orange, gdzie pożegnałam się tymczasowo z moim soniaczkiem (oh, nein) i do Reserved, gdzie Gloria wynalazła sobie wreszcie prezent na osiemnastkę - śliczny łańcuszek ze srebrnym aparatem fotograficznym na końcu. Zgodziłam się to kupić od razu, w końcu aparat jak nic będzie się jej kojarzył ze mną! :-)
Wróciłyśmy po trzeciej zmachane, zgrzane i głodne, skonsumowałyśmy obiad (mamie przeszło) i obejrzałyśmy nowo zrobione zdjęcia. Kilka jest naprawdę udanych, więc zgodnie orzekłyśmy, że Krótkie Miasto to raj na ziemi z jeziorem w centrum i że następnego dnia też idziemy tam na sesję. No ba, że raj, w końcu tu żyję i egzystuję, ha!
Przed dziewiętnastą Gloria nieco zamuliła, bo znów bolał ją brzuch, więc położyła się na łóżku obok biurka i zasnęła (tak, zasnęłaś, choć i tak nie chcesz mi uwierzyć!), a ja w tym czasie zaniosłam pranie do suszarni, przyniosłam górę nowego i dostałam wiadomość od Geja, że o 19:30 widzimy się na naszym skrzyżowaniu.
Generalnie to nadrobiłam mniej więcej wszystko, co działo się w Krótkim Mieście pod moją nieobecność (Agatka pracuje w jakiejś stołówce i wyrzuca całe Warki do śmietnika, a do tego marnuje Krupniki i resztki żarcia po chrzcinach, więc miała nam bardzo dużo do opowiedzenia), Gej i Agatka zostały doinformowane co do naszych przygód z pociągami (sic!), a Gloria dowiedziała się masy nowych rzeczy o nowych ludziach, którzy stanowią numer jeden na naszej liście "the greatest". Śmiałyśmy się praktycznie cały czas, obeszłyśmy pół miasta (pokazałyśmy Glorię nocne życie Krótkiego Miasta nad jeziorem, kilka sklepów jubilerskich z beznadziejnymi koliami na szyję), a na końcu spotkałyśmy NARZECZONEGO E., który zmienił image!
No a teraz jesteśmy już po pożywnym śniadanku (chlebek razowy rox) i za niedługo planujemy obejść wzdłuż moją ulubioną promenadę, enjoy!
(A piorunochron to patyk, który zbiera pioruny.)
Bijou
|
|
|
|
It is not so easy
|
Może to zabrzmi dziwnie, ale my serio zwlokłyśmy się z łóżka króciutko po piątej i zaczęłyśmy w sposób jak najbardziej trzeźwy wykonywać nasze codzienne poranne czynności pokroju ogarniania włosów, Nesquicków na mleku i ciuchów w bagażach.
Dziesięć tysięcy razy sprawdzałyśmy, czy wszystko spakowałyśmy, wracałyśmy się po bluzę, parasolkę i masę innych rzeczy, aż w końcu podjechała taksówka z panem Stasiem Władcą Śródmieścia i pojechałyśmy na dworzec. (Najważniejszy wniosek: "Chlebuś przyjechał, bo go nie było. Bo go nie było, to przyjechał. Terenówką.")
Tam też zaopatrzyłyśmy się w bilety, przy których zakupie kasjerka zabiła nam klina, bowiem zażądała niebotycznej kwoty prawie dwóch dych, kiedy w poprzednią stronę płaciłam 11.97 PLN. Wkurzyłyśmy się nieco, ale dobra, wzięłyśmy jeszcze wodę mineralną i polazłyśmy na zimny i deszczowy peron pierwszy, gdzie po chwili pojawił się jakiś towarowy pociąg z węglem czy czymś takim.
Nie wniknęłyśmy za bardzo, a jeszcze sobie żartowałyśmy, że to pewnie nasz, więc wsiadajmy, o, tu są schodki, szybko!
Jednak kiedy było już dziesięć minut po czasie odjazdu naszego potencjalnego środka transportu, a tego nie było widać na horyzoncie, nie było nam już do śmiechu. Ja w końcu nie wyrobiłam i poszłam do kasy zasięgnąć informacji u najwredniejszej kasjerki na świecie.
I czego się dowiedziałam? Że nasz pociąg już odjechał. Z pieprzonego peronu trzeciego, o czym była rzekomo mowa w rzekomym komunikacie z rzekomego głośnika.
Fajnie, tylko że odkąd stałyśmy przy kasie, nie było ani jednej wiadomości w sprawie zmiany jakiegokolwiek peronu. Poza tym - miło ze strony małpy przy kasie, że powiedziała nam, że pierwszy dziś jest trzecim.
Powiedziałam tej kobiecie, że to jakaś komedia i wściekła pobiegłam do Glorii z hiobowymi wieściami. Od tej sekundy wyrzucałam z siebie trzy tysiące przekleństw na minutę, wykorzystując wszystkie możliwe ohydztwa, jakie przyszły mi do głowy. (W tej chwili współczuję kobietom, które stały nieopodal, wszystko słyszały, a później jeszcze, mimo wszystko, mnie pocieszały.) Wysłałam felerną kasjerkę do Auschwitz, przyrównałam ją do bułgarskiej dziwki... Do wszystkiego, serio! :-)
Ochłonęłam dopiero po kilku minutach i kiedy jako tako wróciło mi myślenie, poszłam za radą Glorii, która nie zdołała obudzić Teo, dzwoniąc do Geja i Agatki, które były naszą ostatnią deską ratunku. Po odrobinie stresu (odrobinie...) przy zawieszeniu serwera u Geja i dziwnych okienkach u Agatki, w końcu się wszystkiego dowiedziałyśmy i pozostało nam tylko czekać jeszcze trochę na następny pociąg.
Dobrze też, że wpadłyśmy na to, by zwrócić bilety, bo mimo straty 10% od ceny, i tak wyszłyśmy na plus, bo następny pociąg był w ludzkiej cenie.
Zapisać trzeba:
1) "aj lof Bili Dżi"
2) bilet normalny zamiast ulgowego w Poznaniu (Gloria czuwa)
3) McFlurry & Croissanty z Nutellą dobre są
4) burak i PKS w Toruniu
5) sposoby na otarcia intymne i lista dłużników
6) kobieta śpiąca z otwartymi ustami, jej namolna córeczka wpatrująca się w nas, wieśniacki tatuś i jego "tu jest wolne"
7) cudowna niebieskie bluza
8) telefon od mamy i "pozdrów Glorię" stricte w takiej formule, bez jej prawdziwego imienia - WTF roku :-)
9) 24 minuty w Olsztynie, bieg do McDonald'sa, kolejki do wyjścia, żarcie na wynos, w trzecim pociągu w ostatniej chwili
10) "przepraszam, jeśli kogoś potrącę!" - "a nie ma sprawy!"
11) bardzo udane małżeństwo i ich ciężki wzrok (szczególnie, kiedy Gloria położyła się na moich plecach podczas gdy ja gapiłam się przez okno)
12) w ogóle ciężki wzrok wszystkich, stanowimy widocznie bardzo ciekawy obiekt do obczajania
13) drzwi do toalety i "jesteś ładna"
14) zimne hamburgery, ostatnie pasażerki, czekolada (ha)
Jak czegoś zapomniałam, to trudno, najważniejsze jest.
I tak oto zaczyna się nasza przygoda w Krótkim Mieście. Z lekkim stresikiem i goframi z powidłami brzoskwiniowymi.
Bijou
|
|
|
|
The train to nowhere
|
Po pożegnaniu z dziewczynami poszłyśmy z Glorią obczaić, czy na tablicy pojawiła się już nasza 18:59, a kiedy z zadowoleniem stwierdziłyśmy, że a i owszem, wróciłyśmy na nasz zdjęciowy murek, troszkę rozkminiłyśmy, jak to było świetnie i że jak najszybciej powtórka, a zaraz potem ruszyłyśmy tyki w poszukiwaniu McDonald'sa (nie było żadnego w promieniu 20 metrów), żeby za chwilę zatoczyć się na ławkę przy przystanku, gdzie nie wiem, czemu i po co, zaczęłam opowiadać o starych dziejach z Lisem i takie tam.
Dwadzieścia minut przed planowanym odjazdem pociągu, poszłyśmy spokojnie na peron, gdzie, jak wspaniałomyślnie odkryłyśmy, stał już nasz pociąg. (Zanim jednak wsiadłyśmy, czytałyśmy wszystkie tabliczki i napisy na wyświetlaczach - wszędzie niezmiennie Łódź Kaliska. Kiedy skończyłyśmy, okazało się, że praktycznie wszystkie fajne miejsca się już zapełniły, co za chała.)
Z braku laku usiadłyśmy naprzeciwko jakiejś wysuszonej kobiety w koszuli w zieloną kratkę, która czytała Newsweeka i inne pożyteczne pisma i zaczęłyśmy rozprawiać w najlepsze o relacjach w mojej rodzinie i innych nudnych rzeczach.
Kiedy było już dziesięć po siódmej, a pociąg nie odjeżdżał, zaczęłyśmy się lekko niepokoić, no bo sorry, nie mówili nic o żadnych poślizgach czasowych! No i właśnie wtedy do przedziału wszedł konduktor, powiedział coś w stylu "no proszę państwa, na razie stoimy", na co my zrobiłyśmy jedno wielkie WTF i starałyśmy się dowiedzieć, o co chodzi.
Przez jakiś czas siedziałyśmy w miejscu, aż w końcu nie wyrobiłyśmy i podeszłyśmy do okna próbując cokolwiek zobaczyć. No i jedyne, co zobaczyłyśmy to patrol policyjny z psem tropicielem.
Zaraz, zaraz... PATROL?!
Zaczęłyśmy się domyślać, że pewnie był jakiś wypadek albo co, ale wciąż nie miałyśmy żadnych informacji. Z biegiem czasu coraz więcej ludzi zaczęło rezygnować z podróży taszcząc swoje ciężkie walizki w kierunku schodów i narzekając głośno na PKP. W końcu i my nie wytrzymałyśmy i iedy była już godzina opóźnienia, wyszłyśmy na peron, gdzie z rozmów wywnioskowałyśmy, że żadnego wypadku nie było, tylko szyna pękła na głównym torze, więc sobie jeszcze trochę poczekamy.
Najgorsze było to, że nie miałyśmy przy sobie nic do jedzenia, a nie mogłyśmy za bardzo opuścić peronu, bo jeśli pociąg odjedzie bez nas? To znaczy miałyśmy: 3 kostki mlecznej Goplany, które zjadłyśmy w 15 sekund. I tutaj w sumie nastąpił moment zwrotny, bo gdy wychyliłam się, aby wyrzucić papierek, nadepnęłam na mój biedny telefon, który i tak jest niedorozwinięty, bo nie działają przyciski i ładowanie się psuje, przeklnęłam głośno parę rany, aż w końcu powiedziałam: "mam to w dupie, czy ten pociąg odjedzie czy nie, idziemy kupić coś do żarcia!", Gloryjka mnie szybko poparła i kiedy zrobiłyśmy z pięć kroków w kierunku schodów... usłyszałyśmy gwizd!!!
Rzuciłyśmy się w kierunku drzwi wagonu zanosząc się śmiechem i kiedy w końcu gdzieś usiadłyśmy, dotarło do nas, że może to nie był "nasz" gwizdek! Wtedy zaczęłyśmy się śmiać jeszcze bardziej i ruszyłyśmy znów w kierunku wyjścia, gdy nagle drzwi nam się zamknęły przed nosem i ruszyliśmy!
Mamy więcej szczęścia niż rozumu, bez kitu!
Później był jeszcze jeden długi postój, kiedy myślałyśmy, że już po nas, ale w końcu ruszyliśmy. Było jednak ciemno jak w... piwnicy, nic nie było widać, a my wciąż nerwowo wyłączałyśmy muzykę na każdym przystanku.
Do tego obok siedziała opryskliwa kobieta w blond, która ciągle narzekała, a sama się nie ruszyła, żeby zobaczyć, się dzieje!
W rezultacie mieliśmy 3 godziny opóźnienia, w domu byłyśmy krótko przed północą.
Ale jak sobie pomyślę, co by było, gdyby naprawa potrwała dłużej albo w ogóle by nie potrwała i musiałyśmy kombinować autobus albo ciocię we Wrocku... Rany julek, nie ogarnęłam!
Gloria (rozmawiając przez telefon): Czekaj, mamo, no... Ej, Biżu, gdzie my jesteśmy?
Ja: A skąd ja mam wiedzieć? Na zadupiu!
Gloria: No, jesteśmy gdzieś w polu...
Chyba se kupię koszulkę z napisem I <3 PKP.
Bijou
|
|
|
|
|
|
| archiwum 2008
|
maj
|
czerwiec
|
lipiec
|
sierpień
|
wrzesień
|
październik
|
listopad
|
grudzień
|
archiwum 2009
|
styczeń
|
luty
|
marzec
|
kwiecień
|
maj
|
czerwiec
|
lipiec
|
sierpień
|
wrzesień
|
październik
|
listopad
|
grudzień
|
archiwum 2010
|
styczeń
|
luty
|
marzec
|
kwiecień
|
maj
|
czerwiec
|
lipiec
|
sierpień
|
wrzesień
|
| |
| Zdrowa fascynacja |
Kociaki - niezastąpione szczęście
|
Jej punkt widzenia - Monika Szwaja
|
IDZIEMY na ZAKUPY!
|
Fenomen kobiety niepowtarzalnej - Coco Chanel
|
Przeterminowana z lekka Ulica Biżuterii
|
sandaless.pl
|
Ryszard Kapuściński - Mistrz reportażu
|
9 facetów, 222 lata życia, 133 lata śpiewu
|
FLO - Fight for Love
|
Czekolada czekoladą pogania - cóż więcej?
|
| Monopol na szaleństwo |
Czyste uzależnienie!
|
Zdjęciomania, gdziekolwiek się udam
|
Zatem inne buty racji bytu nie mają
|
Pośród ogrodów siedzi ta królewska para
|
Obowiązek z wyboru - korale do koloru
|
Najwygodniejsze fotele na świecie
|
Moi sprzymierzeńcy: Moc, Yoda, Skywalkerzy i ewoki
|
I jutro i dziś - i ja i mój puchaty miś...
|
Gitarrra grrra!
|
Bijou is the Ham-Ham sweetheart
|
| Warto za nimi tęsknić |
Dziennik Adriana Mole'a
|
Popiół i diament
|
Buszujący w zbożu
|
Bez śladu
|
Autoportret reportera
|
Anioły i Demony
|
Dziewczyna z pomarańczami
|
Franky Furbo
|
Lot nad kukułczym gniazdem
|
Los powtórzony
|
Żona podróżnika w czasie
|
W krainie Kota
|
Traktat o łuskaniu fasoli
|
Przypadek Adolfa H.
|
Prawiek i inne czasy
|
Czarownica z Portobello
|
| Nigdy cię nie kochałam, o muzyko! |
Fools Garden, For Sale
|
Amy Winehouse, Back to Black
|
Lou Reed, Coney Island Baby
|
Louis Armstrong, The Louis Armstrong Show
|
MCR, The Black Parade is dead
|
Neil Young, Hawks & Doves
|
PJ Harvey, Is this desire?
|
Red Hot Chili Peppers, By the way
|
SoB, Scars on Broadway
|
Yeah Yeah Yeahs, Show your bones
|
| Z innego punktu widzenia |
Uwaga, inspekcja
|
Jasne, że się skuszę
|
Zjadacz blogów
|
| Człowiek człowiekowi bliźnim |
One też mają marzenia
|
Szerzymy Greenpeace
|
Wystarczy chcieć
|
Okaż serce
|
Dość przemocy
|
Bądź dobry jak chleb
|
Spraw gorący posiłek
|
| Mistrzowie klasyki |
Wolfgang Amadeusz Mozart
|
JOSEPH HAYDN
|
Antonio Vivaldi
|
Franz Schubert
|
Fryderyk Chopin
|
Jan Sebastian Bach
|
Jerzy Fryderyk Händel
|
Johann Strauss
|
Piotr Czajkowski
|
Ludwig van Beethoven
|
| Oni się odważyli |
Wiesław Myśliwski
|
Paulo Coelho
|
Olga Tokarczuk
|
Nikos Kazantzakis
|
Ken Kesey
|
Jostein Gaarder
|
Jerome David Salinger
|
Dorota Terakowska
|
Dan Brown
|
William Wharton
|
| Odważ się być mądrym |
Platońskie dwa odrębne, a zarazem złączone światy
|
Mądrym jest ten, kto mądrości wciąż poszukuje
|
Mądrość z punktu widzenia prostej formułki
|
Immanuel Kant o własnym niebie gwiaździstym
|
Trudność w wyrażaniu mądrości słowami
|
Gdzie jest ów Kartezjusz - matematyka górą!
|
Filozofia najbardziej tajemniczą nauką o mądrości
|
Diogenes - symbol pogardy dla życiowych rozkoszy
|
Arystoteles nie bał się wyrażać swoich poglądów
|
Horacy jako największy przeciwnik ludzkich wad
|
|