|
archiwum 2004
archiwum 2005
|
|
|
|
Mam nowy adres, bo nie mogłam tu nic wpisywać...
http://glaukoma.blog.onet.pl
Tutaj też będę zaglądać... ale coraz rzadziej.
Pozdrawiam
|
|
|
|
|
|
jest iść rano przez park,
gdy mój oddech widać w powietrzu...
gdy obcaski stukają miarowo i rytmicznie po chodniku...
gdy niebo przygotowało ucztę dla oczu...
gdy kaczki budzą w mijanym stawie...
gdy wrony kłócą się na drzewach...
gdy pieski biegają za patykami...
gdy w głowie wiele myśli...
Ach... jak przyjemnie...
że nie tańczę na lodzie chodnika...
że nie odmarzają mi uszy...
że włosów nie szasta wicher...
że mam dwie nogi... w miarę sprawne...
że dobrze widzę cuda nieba... różowo... grafitowo... granatowego...
że rozróżniam kolory świata...
że słyszę dźwięki natury...
że musiałam wstać... i iść... z uśmiechem
|
|
|
|
|
|
Z wiatrów tym byłbym, co zawsze w twarz wieje,
Z dróg, co mozolnie wznosi się pod górę,
Z gór najzdradliwszą, skąd nie ma powrotu,
Z powrotów nie spełnionym wśród czekań i szlochów,
Z wyczekiwań najdłuższym i najbardziej złudnym,
Z bukietów najbiedniejszym,
Z cudów najmniej cudnym,
Z drzew najsmutniejszą wierzbą schyloną nad wodą,
Ze wszystkich złych _ człowiekiem,
Z ludzi _ sobą.
Jacek Cygan, 1979
Nadal... wciąż i wciąż jestem pod wrażeniem Jego tekstów... mam nadzieję rozpropagować je... i mam nadzieję uzyskać na to zgodę...
Trudne wybory, zawsze pod górę, pod prąd, bo trudniej, bo dłużej, bo tak trzeba.
|
|
|
|
|
|
Po całym dniu przepracowanym, przegadanym przez telefon i face to face z niektórymi, po dwóch spacerach z psem, po zrobieniu sprawozdania z zajęć, które rosło w miarę pisania okrutnie, po małych zakupach, po rozmowach z dziećmi, z CCC, z sąsiadami, bo dostałam parę listów omyłkowo... ojojoj, zakochany ten listonosz, czy co?... wrzucił pod numer 30 i listy z cyframi 40 i 29... wolałam zanieść je osobiście, niż stawiać obok skrzynek...
Bo wyglądają te koperty bardzo poważnie... wydrukowane nazwiska, literki wyprasowane, koperty wykrochmalone... pachnące bankiem albo jakimś innym urzędem nieużyteczności publicznej... i muszą szybko dotrzeć do właścicieli...
Z drugiej strony, wczoraj kumpelka w rozmowie telefonicznej
(coraz więcej osób ma darmowe wieczory i weekendy i tylko czyhają, gdy wpadam do domu, by... mnie dopaść i gadać... gadać... gadać..., no bo przecież jak za darmo, to trzeba na maksa... zagadać... zakumkać... zagłuszyć... i kiedy po pół godzinie gadania... pytają co słychać... to już nic nie słyszę... i nie chce mi się gadać)... więc ta kumpelka była wyrozumiała, jak jej powiedziałam, że jest już 3-osobą z rzędu (2-ga rozmawiała 48:35, mam napisane na wyświetlaczu)...
podziękowała mi za przesyłkę, która dostała po miesiącu... bo ich listonosz złamał nogę i nie miał kto roznieść listów... a ja wiedziałam o tym? A szkoda... wzięłabym swój rower... w końcu było ciepło i przyjemnie... aż do teraz i pojeździłabym sobie po Aninie, między willami, pogadałabym z ludźmi, kotami i psami, nawet charytatywnie mogłabym poroznosić te zaległości...
Więc ja się cieszę, że te listy które trafiły na mnie, nie leżały miesiąc albo dłużej...
A wracając do mojego dnia... to jeszcze po wypiciu herbaty, po przygotowaniu jakiegoś żarcia na jutro... wreszcie za chwilę idę do wanny... mam już zaparzoną wiśniową herbatę... i pójdę potem spać, jak człowiek cywilizowany... chociaż wolalałbym... przygarnąć zmęczonego mojego człowieka... dzisiaj napracował się za dwóch...
A teraz przychodzi mi na myśl Prawo Kuchni Alice Hammond z cyklu Murphologia Gospodarstwa Domowego:
4. Czas potrzebny na spożycie posiłku jest odwrotnie proporcjonalny do czasu potrzebnego na jego przygotowanie.
I po co siedzieć godzinami w tej głupiej kuchni?
Dobrej nocki
|
|
|
|
|
|
moje koniuszki miękko
głaszczą Cię pod wiatr
opowiadając historię
od pierwszej gwiazdy
aż po grad meteorów,
Twoja dusza pulsuje,
całujesz je czule
patrząc jak piękny motyl
chodzi po Twojej dłoni
zanim odleci dalej
dla W.,
W-wa. 14.08.2003 r.
|
|
|
|
|
|
Ach, jaki spokój jest we mnie. Mówią, że moja miłość weszła w etap zaufania.
Już nie jęczy moja dusza, gdy CCC nie dzwoni zbyt długo, już nie skamle moje serce o pieszczoty, nawet witualne. Nie stawiam Mu już wysokiej poprzeczki, bo nie ma takiej potrzeby, sprawdził się w trudnych chwilach mojego życia, zaakceptowałam Go z całym bagażem zalet i wad, On mnie akceptuje, nie musimy udawać dbałości, troski, miłości, bo one są w nas. Rozumiemy się bez słów. I chociaż czasem trzeba sporo czekać na bycie razem, na spotkanie, na wyjazd, to czekamy, bo nie ma innej możliwości. Jest zaufanie, jest tolerancja, jest wierność, jest myślenie, czuwanie nad spokojem, jest wieczność.
Zakrólował we mnie spokój, tak zwany święty spokój, spokój anielski, że już znam swoją drogę do *** chociaż wiedza ta jest tylko z grubsza, bo szczegóły niewątpliwie ulegają zmianom.
I ten trudny rok mnie nie przeraża, trudny? A który był łatwy? Spokój jest we mnie, nawet jak spać nie mogę, bo to z przyczyn aury, albo pełni, albo wiatrów. I gdy tak leżę, nie chce mi się czytać, bo mam oczka zmęczona, nie chce mi się patrzeć w głupie pudło, named TV, nie chce mi się pisać na kompie, bo kręgosłup na tym cierpi, słucham sobie radia i marzę***
Marzę o jakimś pierwszym wolnym weekendzie, który nam się przydarzy,
marzę sobie o tym, co przygotuję do jedzenia,
marzę sobie o jakiejś majówce, która jest całkiem realna, bo maj jest przez nami, przed nami wiele majówek i za każdym razem będzie to inna majówka, inne niebo, nowe pączki, zbieranie pędów sosen na syrop.
I jest cudnie, pięknie i ten cały cud kochania ziścił się i pączkuje we mnie, chce mi się dawać siebie innym, dzielić się tym, co mam, i nie tylko myślami, ale oddechem gwiazd, szeptem tęczy, rosą o świcie***
A to wszystko, bo kocham?
Nie, bo taka jestem.
Kiedyś, mężczyzna o pięknym i dumnym imieniu, powiedział mi, mądrze pouczając, że nie mogę dawać siebie wszystkim, bo nic nie zostanie dla mnie samej. I chyba on niewiele dostawał i niewiele dawał, bo nie odkrył w sobie sekretu dawania. To proces pączkujący, równanie do potęgi entej, pojęcie nieskończoności.
|
|
|
|
|
|
27 sierpnia 2003 r., wtorkowy ranek, piękne letnie słońce odbijało się w moich oczach, gdzieś niedaleko ode mnie był CCC, wtedy jeszcze tylko C, jechał coś załatwić i chciał mnie podwieźć do pracy, ja czekałam, siedząc na murku, obok wejścia do metra, w uszach płynęła jakaś kojąca muzyka, muzyka duszy, muzyka miłości, byłam w stanie euforii, ubrana w barwy letnie, czekałam na moją miłość i gdy już C zadzwonił, żebym przeszła na drugą stronę ulicy i ja już szłam, zauważyłam, że idzie obok mnie, niezbyt blisko, ale obok, jakiś młody człowiek.
Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że powinnam pilnować torebki, bo jakoś wydał mi się lekko podejrzany. I patrzył się na mnie, patrzył.
Gdy już przeszłam przez ulicę i czekałam w umówionym miejscu krążąc między drzewami, podszedł do mnie właśnie ten młody człowiek i zapytał… czy nie poszłabym z nim na kawę.
Szczerze? Zamurowało mnie, ale ponieważ byłam w wyśmienitym humorze, bo lato, bo słońce, bo miłość za chwilę podjedzie, odpowiedziałam z uśmiechem i patrząc w oczy, jednak nie pamiętam, jakie miał oczy, odpowiedziałam:
- Nie, nie, dzisiaj to ja nie mam czasu.
Mężczyzna nie rezygnował i zapytał, czy może znajdę czas w czwartek.
A ja na to z rozbrajającym uśmiechem znowu zaprzeczyłam, że w czwartek to ja też nie będę miała czasu. On uśmiechnął się delikatnie, odkręcił się na pięcie i odszedł.
I więcej go nie spotkałam.
Dzisiaj przypomniało mi się to zdarzenie, gdy czytałam różne blogi, gdzie mnóstwo tekstów o miłości, o drugim człowieku.
Chyba teraz poszłabym na tę kawę, tylko po co, z litości, nie wiem, może z ciekawości, by po prostu porozmawiać. A czy da się, nie znając się
|
|
|
|
|
|
Na spodeczku spinacze.
Żyją, bez wątpienia żyją.
Po kawałku spinają to, co
umieściliśmy oddzielnie:
Nasze oddechy,
Futerały płuc,
Białe i czarne,
Chłodne i ciepłe.
To wszystko co w nas nie spięte,
Myśli,
Nasze oddechy,
Futerały płuc.
1979, J. Cygan
|
|
|
|
|
|
Widziałam się wczoraj przez chwilę z CCC, na parę ruchów kolibra łapczywie pijącego nektar z kwiatu orchidei. Ledwo starczyło czasu na pocałunek, na dłoń w dłoni.
A wieczorem, tak wdzięczna za Jego pomoc, tak bardzo chciałam, chciałam strasznie wysłać esemeska, bo pora była bardzo późna, zanim przyszłam do domu po spotkaniu, ugotowałam psu i dzieciakom (kolejność właściwa... jak najbardziej), przygotowałam papiery na następny dzień... już był prawie piątek... a rano obudziłam się z komórką w ręku... z przerwanym słowem zamykającym CAŁU...
No qrcze i rano uświadomiłam sobie, jak trudna przed nami droga. Niby razem, ale jednak ciągle osobno żyjemy. On tam, ja tu... cały weekend mam przechlapany... bo od razu po pracy jadę na zajęcia na Politechnikę... cała sobota i cała niedziela na wykładach... a jeszcze trzeba zrobić w domu tyle rzeczy, tak zwanych porządkowych, zarządzić resztą towarzystwa.
I znowu obserwuję u siebie straszny maraton... tylko już w tym zagonieniu czasem gubię sens... po co to wszystko... przecież chcemy być razem... a wikłamy się w mnóstwo różnych zajęć... dodatkowych, które tak naprawdę oddalają...
No i dostałam wczoraj w pracy bardzo ciekawą propozycję, wyjazdu na 2 tygodnie do Geteborga, na szkolenie...firma będzie wdrażać nowy patentowy program komputerowy , dość trudny i tak... odmówiłam. Jeżeli ta propozycja byłaby mi dana parę lat temu, mogłabym jechać już następnego dnia. Kocham podróże, lubię kontakt z nowymi ludźmi, gadanie po angielsku, uwielbiam...
W pewnym sensie poczułam się dowartościowana... bo jedzie parę osób... i szczęśliwa, że nie była to propozycja nakazująca ten wyjazd...
bo... odmówiłam. I w sumie byłam zadowolona, bo to wskazywałoby na więcej pracy, douczanie potem innych... a tych mało obeznanych w komputerach jest u nas sporo... i nie mam do tego cierpliwości... zostawanie po godzinach... nadzorowanie pracy kilkunastu osób... Ja teraz mam czas, ale dla siebie i swojego życia.
I dzisiaj rozumiem, po co to moje zabieganie, i pozorne oddalenie. To jest potrzebne, by kiedyś zmienić swoje, nasze życie diametralnie. Odejść stąd, gdzie jestem... i lubiana i potrzebna... i kompetentna... ale ciągle te normowane godziny... od... do... od... do... i stały, prawie niezmieniony zakres obowiązków... i nikogo nie interesuje moja twórcza osobowość... nie cierpię pracy z papierami...
I te kursy, zajęcia, nauka... która tak naprawdę dopiero zacznie się... to wszystko zwiastuje wolność... czyli dla mnie odpowiedzialność i możność podejmowania własnych decyzji o własnym życiu.
A wyjazd do lasu, kolejny, do tego samego bajkowego... może będzie w przyszłym tygodniu... musi być... bo inaczej można zwariować od przepracowania.
|
|
|
|
|
|
Byłam wczoraj w lesie, kochanym, bajkowym.
Chciałam poznać jego sekrety, będzie to mój las, będę tam chodzić rano z naszymi psami na spacery, będę nasłuchiwać jak rosną szuwary w stawach, jak kaczki czyszczą bezszelestnie piórka... będę tam chodziła na śniadanie, położę się na łące, jeżyny będą wpadać wprost w moje otwarte zachłannie usta... a z reszty owoców mój mężczyzna zrobi znowu 30 litrów halucynogennego soku.
Doskonałe lekarstwo na moje szare smutki, smuteczki.
Będę chłonąć dźwięki liści powoli otwierających swoje wnętrze na świat, przeciągających się porannie biedronek, muszek gimnastykujących swoje skrzydełka...
Ta wczorajsza myśl, że ten las gminny pełen brzóz będzie moim natchnieniem, schronieniem, ostoją, bunkrem i terapeutą... już niedługo... aż mnie poraziła.
I nagle zamarzyłam, by już był mój, zatęskniłam do poranków jeszcze bez słońca, które o tej porze przewraca się na drugi bok i poprawia odruchowo pierzynę, bo zsunęła się podczas pełni, a księżyc zaczyna grę wstępną...
|
|
|
|
|
|
Życie szklanki zaczyna się z pierwszym dotykiem ust.
Nie jest ono ani lepsze, ani gorsze.
Ot, stoi się z głową do ziemi,
W oczekiwaniu nie wiadomo na co.
Za to można się czasem zachłysnąć aromatem.
Prawda, że życie to jest dość bezbarwne i smutne,
Ale spróbujcie sami się uśmiechać,
Kiedy w jedyne oko wlewa wam się wrzątek.
Życie szklanki nie jest długie.
Wiedza o tym zawiera się w nieuważnych
gestach ludzkich rąk.
W ostatecznych przypadkach szklanki popełniają samobójstwo
pękając z cichym trzaskiem,
który jak na ich nieme życie
jest prawdziwym krzykiem
buntu.
Przeczytałam wczoraj ten Drobiazg Liryczny Jacka Cygana, w jednym z tomików, które kupiłam w markecie taniej książki i zachwycił mnie. Po prostu niesamowite, jak można pisać o zwykłej szklance, tak nietrwałym przedmiocie. I zgodnie z powiedzeniem, cudze chwalicie, swojego nie znacie... sięgam niebawem do innych tomików.
|
|
|
|
|
|
Nie mogłabym żyć w mieście bez tramwajów i meneli. Tramwaje i menele są ściśle ze sobą związane. Tramwaje kiwają się na boki i menele również kiwają się ruchami bańki wstańki. Menele chronią się często w tramwajach, jeżdżą od pętli do pętli, są bezpieczni, tworzą wokół siebie ścisłe granice, nawet ściślejsze niż przeciętni ludzie, którzy dają sobie deptać po stopach i wbijać łokcie w żebra.
Przed menelami stoją niewidzialne, wirtualne tabliczki z napisem SZANUJ...
Gdy jechałam wczoraj tramwajem, kiwając się zgodnie z ruchami wyznaczonymi przez motorniczego, wsiadło dwóch meneli. Wyglądali, jakby dopiero co wyszli ze swoich przytulnych kartonów marki Philips z napisem FRAGILE. I ktoś przynosząc ich na ten świat potłukł ich bardzo, są poobijani duchowo i fizycznie, ale nasiąknięci kindersztubą za młodu. Przepuszczali innych grzecznie, jeden puścił do mnie oko... zapuchnięte i w kolorze bordo, przeżegnał się, gdy tramwaj minął kościół.
I gdy tak jechałam odsuwając nogi możliwie daleko od grzejnika, by uniknąć poparzenia zimą, zrobiło mi się całkiem wesoło. Bardzo potrzebne są nam tramwaje, gdzie człowiek kładzie się na człowieku jak trawy na łące miotane podmuchem... gdzie można spokojnie posiedzieć i poczytać... gdzie trzeba ćwiczyć wciąganie brzucha, gdy wnętrze przerasta pojemność wagonu... gdzie można się umuzykalniać akordeonowo... być hojnym dla proszących... móc okazać łaskę starszemu lub matce z dzieckiem... nie wspomnę już o walorach turystycznych... na które zważam jako przewodnik i pilot...
Tramwaje przypominają mi pociągi podmiejskie, gdzie wszyscy siedzą jakby na jednej hali maszyn i mogą się dowolnie przemieszczać, bo nie są niczemu przypisani.
Menele też są potrzebni, bo dają do myślenia, taki kontrast, jak czarny szalik rzucony niedbale na biały śnieg... jak kwiatek na kożuchu... czy pięść do nosa.
|
|
|
|
|
|
Siła
a może znalazłam sposób na szczęście
małe jak ziarenko piasku
a przecież plaża pełna tych drobinek
cieszyć się życiem, każdą chwilą
co darowana może przez przypadek
oddychać pełną piersią,
tańczyć, śpiewać, śnić pięknie,
bez względu na to
czy On zadzwoni czy nie
i nawet jeżeli nie ma w skrzynce
upragnionego listu
Jego listu...
to nic, są inne wiadomości
dobre i złe
i tak trzeba stawić im czoło
samotnie z uśmiechem
w ciepłych, wilgotnych oczach,
trzeba być silnym
w samotności swojej
06.04.2003 r. Warszawa
|
|
|
|
|
|
noc
dłużąca się
kocham ją - prowadzi do ciebie
wyzwala całą dobroć i miłość
wyjaśnia odwieczne zagadki
egzystencji
oczy otwarte
suche łzy
pusto i cicho
smutno
śpisz na pewno
śpij
Aga z Ostrowa Wielkopolskiego
|
|
|
|
|
|
Czasem, gdy usłyszę parę nut, takich, co biorą mnie we władanie od środka, powoli, sekunda po sekundzie, nadchodzi mnie jakaś żądza, nieznana całkiem, by znaleźć się w miejscu innym, jeszcze nie odwiedzanym i zmienić postać, zmienić siebie, na coś całkiem innego... jakaś tęsknota za czymś innym... to zdarza się dość często i nie umiem tego przewidzieć.
Czasem to muzyka, którą dobrze znam i lubię jej słuchać... ale ten dźwięk, taki elektryzujący, przechodzi obok w czapce niewidce, nie zauważony przeze mnie i nadchodzi kolejny raz, czuję wypływające z wnętrza podniecenie, czuję kwintesencję kobiecości, w każdym nawet najdrobniejszym elemencie, czuję w sobie seksualność, potencjał zmian... wtedy nawet najwyższy szczyt jest u moich oczu, moje stopy stąpają po najbłębszym oceanie... czuję się, jakbym była wszędzie w czasoprzestrzeni, jakbym szybowała nad... wszechświatem.
Jest we mnie jakaś przewrotność, dwoistość, kobieta po przejściach, w oczekiwaniu, przy nadziei, kobieta-calineczka, kobieta-wulkan, kobieta-motyl, kobieta-smok, kobieta-wiosna... czasem pałam żądzą, kiedy indziej obojętna, to ja, Anna Maria, co smutną ma twarz i roześmiane oczy.
|
|
|
|