|
archiwum 2004
w obronie wiary
atesityczn propaganda, czyli ateizm stosowany
|
|
|
|
Na manowcach redukcjonizmu
Storpedowanie kandydatury Rocco Buttiglionego na stanowisko europejskiego komisarza sprawiedliwości wywołało dyskusje także w Polsce. Środowiska lewicowe i część liberalnych z zadowoleniem przyjęły to rozstrzygnięcie. Jakiś czas temu, w telewizyjnym programie z cyklu „Warto rozmawiać”, pełnomocnik rządu do spraw równego statusu płci, Magdalena Środa stwierdziła, że ktoś, kto deklaruje poglądy sprzeczne z obowiązującym ustawodawstwem, nie może pełnić funkcji ministerialnych. Zdaniem minister Środy, opinie Buttiglionego dotyczące homoseksualizmu i miejsca kobiety w rodzinie rozmijają się rażąco z obowiązującym w Unii Europejskiej pojmowaniem praw człowieka i swobód obywatelskich.
W tej sytuacji musi dziwić to, że pani pełnomocnik nie podała się jeszcze do dymisji. Deklarowane przez nią poglądy na aborcję są sprzeczne nie tylko z obowiązującą w Polsce ustawą o ochronie życia, ale i z konstytucją. Można więc zapytać: gdzie tu jest logika? I gdzie konsekwencja?
Zostawmy jednak sofistykę Magdaleny Środy. Są sprawy ważniejsze. Warto się zastanowić, dlaczego lewicę i laickich liberałów oburzyło odwoływanie się przez polityka do instancji, jaką jest własne sumienie. Może problem tkwi w materialistycznym redukcjonizmie, który pozostaje obowiązującym paradygmatem w przestrzeni publicznej dzisiejszej Europy. W opublikowanej niedawno na łamach „Gazety Wyborczej” rozmowie z Rocco Buttiglione, włoski polityk przytoczył słowa wypowiedziane przez niego w trakcie przesłuchiwania go jako kandydata na komisarza unijnego: „Gdyby wszyscy grzesznicy mieli iść od więzienia, nikt nie chodziłby wolny, a ja trafiłbym za kratki jako pierwszy. Ale na szczęście istnieje różnica pomiędzy sferą moralności, polityki i prawa”.
Materialistyczny redukcjonizm nie odróżnia ustawodawstwa od etyki, sfery politycznej od sfery religijnej, zbrodniarza od grzesznika, policjanta od księdza, przywódcy politycznego od autorytetu duchowego. Nie uznaje więc także władzy sumienia, bo jest ono czymś „ulotnym”. Rytuały „uśmiercania Boga” – zarówno laicko-oświeceniowe, jak i postmodernistyczne – przynoszą rezultat. Ci, którzy oskarżają Buttiglionego o brak tolerancji dla „mniejszości seksualnych”, przykładają do nauczania Kościoła katolickiego własną miarę. Dla oskarżycieli tych, grzesznik znaczy tyle samo co przestępca. W ich interpretacji ustawodawstwo nabiera cech religii, a ustawy – dogmatów religijnych.
Nasuwają się więc proste wnioski. Jeśli Boga nie ma, to i Jego miłosierdzie staje się fikcją. Pozostają osądy ludzkie. Dlatego, żeby nie dopuścić do dyskryminacji „gejów” (potencjalnych ofiar zbrodni), trzeba zacząć dyskryminować chrześcijan (potencjalnych zbrodniarzy). Innego wyjścia nie ma. Oto „teokracja” laicka w całej swej okazałości. I w tym kierunku zdaje się podążać Unia Europejska.
Filip Memches
Znalazłem ten artykuł na stronie Frondy.
|
|
|
|
|
|
Tak więc wracając do kwestii cząsteczek atomowych współczesna fizyka wierzy w ich istnienie, na które wskazują eksperymenty i różnorakie doświadczenia. Jednak samych cząsteczek empirycznie nie stwierdziła, więc zdanie "elektron jest" stosując metodę Kanta jest zdaniem nieprawdziwym. Zresztą nawet nie możemy mówić o elektronach, fizyka mówi o chmurze elektronowej, w której gdzieś tam ten elektron ma się znajdywać, bo wyniki eksperymentó mówia, że elektrony też są cząsteczkami wirtualnymi, które się pojawiąją znikąd i tam też wracają. Elektrony nie istnieja ciągle. Gdy następuje przekok energetyczny elektron znika aby pojawić się na innym obwodzie obiegającym jądro atomowe.
Reasumując Hume sam sobie przeczył i negując przyczynowośc negował tym samym wyniki nauk szczegółowych, z kolei rozumowanie Kanta odmawia prawomocności naukowej całej fizyce mikrocząsteczkowej.
Zdaje mi się, że to Hume i antyargument Kanta przeszły do lamusa historii i śa już tylko ciekawostką historyczną, o której sie mówi, jak o anegdocie na wstępie do filozofii.
|
|
|
|
|
|
Teraz zacznę komentarz do jednej z notek ateisty, która szczególnie mnie zaciekawiła, i nie ukrywam, trochę rozbawiła. Notka nosi tytuł "Umysł z filtrem" (całą notkę można przeczytać na ateista.blog.pl). Jako, że całą notkę można rozbić na mniejsze części, tak więc teraz część pierwsza. Ateista napisał:
"<<Co powiesz na 5 dowodów na istnienie Boga?>> - pyta autor jednego z komentarzy do mojej ostatniej notatki. To pytanie daje do myślenia. Ale nie na temat istnienia Boga, lecz na temat, który nazwałem sobie roboczo "filtracją wiedzy". Autor komentarza traktuje zapewne swoje pytanie jako poważny argument w dyskusji, skoro wzywa mnie, żebym ustosunkował się do tych pięciu dowodów - domyślam się, że chodzi o dowody Tomasza z Akwinu.
Tymczasem już dawno temu wykazano, że te dowody są błędne - zrobił to najpierw David Hume, a później Immanuel Kant. Od tego czasu sprawa jest zamknięta, a pomysły Akwinaty pozostają jedynie ciekawostką w lamusie filozofii. Wiedza na ten temat jest ogólnie dostępna, ale okazuje się, że jakoś nie dotarła do autora komentarza, który wie wprawdzie, że dowody zostały sformułowane, ale nie wie, że zostały obalone. Jego umysł pracuje więc w taki sposób, jakby miał założony filtr: przepuszcza tylko te informacje, które nie kolidują z obrazem świata utrwalonym przez religijne dogmaty, zatrzymuje zaś te, które ten obraz zakłócają."
Tak więc od razu małe zastrzeżenie. Filtracją wiedzy wykazał się w tej częsci notki także ateista. Bo to, że drogi św. Tomasza ateisty to półprawda. Zakwestionowali je tylko neokantyści i filozofowie, którzy dogmatycznie odrzucili możliwość idee istnienia Boga. Neotomizm przykładowo dalej uznaje prawomocność tychże dróg Akwinaty.
Teraz do Davida Hume. Ten filozof uznał na podstaiwe swych obserwacji, żę coś takiego, jak prawo przyczynowości nieistnieje, a związki przyczynowe są tylko interpretacją ludzi, których umysł połączył w "pary" pewne fakty mające miejsce w obserwowanej rzeczywistości, które zachodzą po sobie w ustalonym porządku. Przykładowo człowiek jest przyzwyczjony, żę gdy zapali zapałke i ona zapłonie. Potarcie siarki o draske miałoby być przyczyną płomienia. Otóż Hume twierdzi, żę jest to tylko przyzwyczjenie umysłu, a tak naprawdę, potarcie siarki o draske nie jest przyczyną płomienia.
Pierwszy zarzut w stosunku do takowego myślenia jest taki, że jest to tylko interpretacja samego Hume, zresztą trudniejsza do przyjęcia i zrozumienia przez rozum i całkowicie probabilistyczna. Naturalniejsze jest dla człowieka interpretowanie, że przyczynowość istnieje.
Drugi argument, to moja przypuszczenie, żę Hume sam nie wierzył w to co pisze, że naciąga zbyt mocno pewna interpretację, bo jak sam podaje, przyczyną zaistnienia religii był strach człowieka pierwotnego przed tajemniczymi i groźnymi siłami przyrody. Dając taką odpowiedź Hume sam sobie przeczy. Zresztą, jeśli odrzucimy prawo przyczynowości, to śwait jest przypadkiem. To co zespala wszechświat jest jakimś wielkim czarem, który działa mocą życzenia, a nie ustalonego prawa.
Zresztą skoro ateista podaje argument Hume to chwilkę wcześniej, w notce wcześniejszej sobie przyczy, gdy wypowiada swój sąd, w którym twierdzi, żę świat byłby lepszy bez religii. To błąd, skoro religia jest przyczyną większego zła na świecie, to prawo przyczynowości istnieje, a więc argumenty św. Tomasza są uprawnione i nie odeszły do lamusa historii.
Z kolei zaś Kant stwierdził, iż mówiąc "Bóg jest" głosimy fałsz, bo "jest" tylko to co można zaobserwować. Mówiąc prosto istnieje tylko to co można empirycznie, zmysłami zaobserwować.
Uważam, żę to nie prawda. We współczesnej fizyce mikroskalowej obowiązuje zasada nieoznaczoności Heisenberga, która mówi, że nie można jednocześnie wskazać położenia badanej mikrocząsteczki, np. elektronu oraz obliczyć jej prędkości. Można mniej więcej w przybliżeniu określić jej położnie lub jej prędkość, a to dla tego, żę obserwotor ingeruje w przebieg badanej cząsteczki. cdn.
|
|
|
|
|
|
Niektórzy chcieliby, aby świat był bez religii. w religii upatrują się źródła wszelkiego zła, jak pisze pewna osoba:
"Świat, w którym istnieją religie, nie jest szczególnie sympatycznym miejscem. Jestem przekonany, że świat bez religijnych wierzeń, dogmatów, przesądów, bez religijnego przymusu, bez religijnej przemocy byłby lepszym światem."(http://ateista.blog.pl/archiwum/index.p hp?nid=4344602)
Wg. autora powyższego tekstu suma zła na świecie bez religii byłaby mniejsza, cytuję:
"świat bez religii pewnie nie byłby pozbawiony zła, byłoby w nim jednak mniej zła – tego, które ma religijne korzenie – a zatem byłby to świat lepszy."(http://ateista.blog.pl/archiwum/index.ph p?nid=8408891)
Takie rozumowanie jest kompletnie błędne, bo równie dobrze zamiast słowa "religia" można podstawić słowo "ateizm" lub "ideologia". Zło jest czymś niewymiernym, a więc zrzucanie winy tylko na jeden z elementów konstytuujących nasz świat jest prostackim pójściem na łatwizne. Autor cytowanych przeze mnie fragmentów określa siebie mainem "ateisty" czyli:
"Ateista, jak wiadomo, nie jest kimś, kto w nic nie wierzy. Z pewnością nie wierzy w boga lub bogów – musi spełnić ten warunek, by móc nazywać się ateistą. Jest to warunek konieczny, ale również wystarczający, a to oznacza, że każdy, kto uważa się za ateistę, może wierzyć w cokolwiek, co nie jest określane jako bóg lub bogowie. "(http://ateista.blog.pl/archiwum/index.php?nid=8 408891).
W tym momencie pragnę przytoczyć fragment wypowiedzi jednego z wybitnych filozofów i pisarzy współczesnych, a mianowciecie zdanie Umberto Eco:
"Nie opuszcza się, tak jak ja opuściłem, zakrystii klerykałów po to, aby schronić się w zakrystii ateistów. Po co opuszczać system spójny i logiczny dla obrania sobie systemu niespójnego i nielogicznego?"
Powyższe zdanie jest o tyle cenne, że wypowiedział je człowiek negatywnie nastawiony do Kościoła.
To tyle, gdy idzie o wstąp (troszkę przydługawy). Reasumując, ten blog, będzie miał za zadanie naprawę zamętu, który wywołuje i może dalej wywoływać blog ateisty oraz po to, aby wyjaśniać pewne oskarżenia i zarutu względem religii, Kościoła Rzymskokatolickiego oraz papieża.
|
|
|
|