|
|
|
Geekfest
|
Rzeczy niemożliwe są jak zużyte atomy, które latają w kółko a potem przyczepiają się do kogoś nowego. Zastanawialiście się gdzie się podziewają rzeczy, które nie zdarzają się NIGDY?
Otóż przydarzają się one właśnie mnie - hurtowo, jedna po drugiej.
W spisie rzeczy które NIGDY się nikomu nie zdarzają notujemy dzisiaj rozmagnetyzowaną kartę kredytową a jako iż to się przecież nie zdarza, nie jest ona ubezpieczona na ową okoliczność. A jakże.
Pewnego upalnego dnia wybrałam się też sprzedać nieużywane podręczniki, które jeszcze gdzieś zalegały i sprzedałam dwie najcieńsze. Za 10 złotych. Po drodze ucho od siatki się urwało więc nosiłam te kilka(dziesiąt?) kilo przytulone do siebie, pocąc się w międzyczasie jak dziwka w kościele. Na szczęście porzuciłam je w pobliskim liceum a za zarobiony majątek zakupiłam zeszyty na wykłady. Z Wiedźminem. Jak już mam się dostosować do panującego na moim wydziale Geekfestu to pełną parą.
Oprócz tego w ciągu następnych dwóch miesięcy wybieram się na przymusowe wolne narzucone odgórnie, w związku z tym planowanych zakupów nie będzie. Bo gelda nie będzie. W ogóle nic nie będzie, a więc Kononowicz działa nadal sprawnie z ukrycia.
I co ja mam robić w tym czasie? Uczyć się?? No błagam...
P. natomiast żyje ostatnio intensywnie i zdążyła zatrzasnąć się w windzie, zeznawać u pana dzielnicowego oraz pół dnia spędzić w kuchni na obrabianiu dyni i robieniu z niej 5467638947 przetworów, po czym stwierdzić, że w sumie jej to nie smakuje i rozdać to sąsiadom.
A ja nie mogę skończyć od paru tygodni jednej książki bo zawsze-coś. Czasami się zastanawiam po co zapisywałam się na studia skoro nie ma mnie w ogóle w domu...to kiedy mam się uczyć? Może po prostu zainstaluje sobie w potylicy takiego matrixa który wszczepi mi wszystkie potrzebne informacje a przy okazji przypomni o ważnych spotkaniach i urodzinach a także o kończącej się ważności karty mpk.
Helloł! Ten kocioł kiedyś się skończy?!
...Bo to chyba nie jest tak, że dopiero się zaczyna?
|
|
|
|
W zawieszeniu
|
"Idzie jesień w wielkich butach, worek liści niesie,
Wszystkie dzieci są wku*wione bo się zaczął wrzesień"
Tak oto pierwsze liście żółkną a ja nie mogę się doliczyć gdzie to lato zleciało. Teoretycznie powinno mi być aż za dużo upałów, słońca i zimnych napojów po wakacjach w Pastuchowie ale jakoś straciłam rachubę i że co...niby...? Zaraz znowu deszcze, śniegi i zimno? TO JUŻ?!
W związku z owym wypoczynkiem stwierdzenie, które słyszę od tygodnia na dzień dobry to "Eee nie jesteś bardzo opalona!"
...
Zapomniałam, iż wyznacznikiem udanych wakacji jest czarna opalenizna w stylu murzynka Bambo, bo przecież tym kobitki zawsze się chwalą jedna przed drugą. Opalenizną. Nie wspomnieniami, świetnie spędzonym czasem czy pamiątkami. OPALENIZNĄ.
"Patrz jaka reakcja zaszła w mej skórze podczas jej eksponowania na promieniowanie UV" - O niczym innym nie marzę jak o intensywnych procesach komórkowych. Po to wypoczywam aby nie mieć intensywnych procesów! Jak widać wakacje dla większej części społeczeństwa to leżenie plackiem na 50stopniowym upale bez filtra. Gratuluję inwencji.
Poza tym w jakiś dziwny sposób znalazłam się na liście kandydatów uczelni, na której nigdy miałam się nie pojawić - życie bywa przewrotne. Za tydzień okaże się, czy figuruję wśród szczęsliwców, którzy kolejne kilka lat spędzą na całkowitej izolacji od reszty świata z tłustym opasłym tomiskiem opisującym wojny w starożytności. Jakkolwiek może to nie brzmieć - cieszę się - podobno ma się udać.
Do listy sukcesów (Powinnam stworzyć taką listę żeby się móc dowartościowywać...) mogę śmiało dopisać, iż prawie nauczyłam się pływać! Tzn tak naprawdę nauczyłam się ale żeby płynąć muszę mieć Vyotkiego pod sobą w wodzie bo inaczej "na pewno ryj wpadnie mi do wody i utopię się na śmierć" - dla niego był to raczej intensywny wypoczynek. Tak czy inaczej może sobie pogratulować, bo udało mu się to, czego nie dokonali inni - wlazłam do wody sięgającej mi pod pachy i nie robiłam cyrku...aż takiego ;P
Podsumowując marzę o tym, żeby zakończyły się już te wszystkie rejestracje, rekrutacje i inne kombinacje gdyż czuję się tym conajmniej zmęczona - po załatwieniach w urzędach i instytuacjach wszelkiego typu powinien być ustawowy dzień wolny!
Jednym słowem - po wakacjach potrzebuję wakacji ;)
|
|
|
|
Thunderstruck!
|
Maj! Wiosna! Ciepło!
Nareszcie nadszedł moment, kiedy obudziłam się ze snu zimowego ( bo jeszcze do wczoraj było mi zimno ) i mogę egzystować na zewnątrz bez odczuwania fizycznego bólu powodowanego zimnymi podmuchami powietrza.
Juwenalia nadchodzą wielkimi krokami, wieczorki robią się cieplejsze i nawet mam postanowienie żeby wyciągnąć rolki z piwnicy. Mam go już od 3 tygodni więc wielkich sukcesów w tej dziedzinie nie przewiduję, ale kto wie - może w końcu się odważę.
Oczywiście nie może być w 100% pięknie bo jak wiadomo byłoby to za proste.
Otóż nagle okazuje się, iż najwyraźniej kosmici odwiedzili mnie którejś nocy i coś mi wszczepili, bo od dwóch miesięcy powoduję uaktywnienie alarmu w każdej bramce każdego sklepu do którego wejdę. Dzwonię na wejściu i dzwonię na wyjściu. Na początek zwracam uwagę całego sklepu jakbym chciała powiedzieć "uwaga, vip wchodzi na zakupy, zapamiętajcie ten moment!" a później oczywiście wychodzę na złodzieja, który ukradł cały asortyment sklepu a na koniec połknął balon z kokainą. NIE WIEM co we mnie dzwoni! Przeanalizowałam wszystko co możliwe i nadal nie mam pojęcia ale może to proces przejściowy? Jak wiosenna alergia?
Oprócz tego chyba wyglądam albo na nieletnią albo na niedorobioną ( i mam nadzieję, że to jednak to pierwsze ) bo żadna pani sprzedawczyni czy też pan sprzedawca nie oddaje mi reszty do ręki. Idąc kupować cokolwiek gdziekolwiek z jakąkolwiek osoba towarzyszącą, kiedy ja płacę za zrobione zakupy, resztę dostaje do ręki ta druga osoba.
Helloł! No o co chodzi?! Że co? Że niby "haha jakie to miłe mama/starszy brat/ starsza siostra pozwolili głupiemu dziecku zapłacić"?? Ja naprawdę nie mam pojęcia skąd to się bierze ale wychodzi na to, że nie wyglądam na osobę, która mogłaby dysponować gotówką! Czy stąd już tylko mały krok do ubezwłasnowolnienia?!
Poza tym powróciłam do korzeni (?) i ponownie spotykam się z grupami żydowskimi. Jak dotąd zawsze było to miłe, wesołe i do pełni szczęścia brakowało tylko tęczy i kolorowych kucyków pony. Teraz o ostatnim spotkaniu przypomina mi Kangur Nienawiści wiszący na breloku przy kluczach, kiedy to naszą zacną grupę zaatakował STEVEN - dentysta z australii, który najpierw obrzucił nas błotem ( bo co MY możemy wiedzieć o holokauście?!) a potem stwierdził żebyśmy nie czuli się atakowani bo jesteśmy "lovely people".
No naprawdę z większą hipokryzją chyba w życiu się nie spotkałam - powiedziała i wesoło zakręciła dreidlem ;]
Poza tym rok ten upływa pod zwiększoną aktywnością gdyż zabieram się po kilkuletniej przerwie za prawo jazdy, składam nareszcie papiery na studia i zajmuję się moim stażem i jakże owocną pracą. A żeby nie było tak pracowicie do końca, to mając dzień kompletnie wolny i milion rzeczy do załatwienia ja siedzę w domu w podkoszulku z Muppetami i mam wszystko gdzieś.
Kiedyś trzeba odpoczywać... ;]
|
|
|
|
Dani California
|
Przez świstaka zapadam w śpiączkę, bo miała być wiosna i jej nie ma. A ja czekam. A w międzyczasie śpię po kilkanaście godzin na dobę - najwyraźniej uzupełniam braki z ostatnich kilku miesięcy.
Na dodatek łapię się na tym, że w moim domu zapalone jest 99% lamp, lampek i innych światełek. Pewnie podświadomie się naświetlam bo widocznie już nastał ten czas w roku kiedy mój ustrój ( bardzo lubię to określenie ) najbardziej odczuwa brak światła słonecznego. No cóż - zadowalam się marną namiastką chociaż półśrodków nie cierpię.
Zapowiada mi się w niedługim czasie tydzień wolnego i kompletnie nie wiem co mam wtedy ze sobą zrobić. Nie wiem juz teraz, DZISIAJ. Popadłam w skrajny pracoholizm, rzuciłam się w wir pracy i pod moją pracę ustawiłam cały swój organizm od stóp do głów i teraz obawiam się wybicia z rytmu.
Nocami snuję różne wizje wolnego - w jednej mam na sobie dżinsowe ogrodniczki i pędzel w ręku malując w domu wszystkie ściany( to nic, że ogrodniczek nie posiadam, ale na filmach zawsze takie mają ), w innej układam skarpetki w komodzie według kolorów, w kolejnej znów leżę w łóżku obłożona książkami i pochłaniam informacje niczym gąbka.
I cały czas nie mogę się zebrać do ćwiczenia mięśni brzucha, chociaż codziennie powtarzam sobie że dzisiaj to już na pewno! Znów odzywa się moja żelazna konsekwencja. Czasami myślę, że mój mózg odbiera TAK i NIE jako jedno i to samo słowo.
Poza tym nareszcie zaczęłam czytać mądre książki ( tu pominę pozycję wychwalającą teorię autora na temat tego, iż bogowie egipscy tak naprawdę byli zielonymi alienami a starożytni świetnie znali helikoptery, czołgi oraz żarówki...). Kilka kolejnych leży nawet na moim nocnym stoliku i kurzy się, bo nie umiem zagospodarować sobie na tyle wolnego czasu, żeby tknąć Zygmunta Augusta albo Stefana Batorego.
Bo w wolnym czasie siedzę i myślę, co robić w wolnym czasie i tak mi ten wolny czas mija.
A żeby dalszą część wieczoru sobie wyśnienicie urozmaicić, puszczam kolejny odcinek Californication.
Bo gdybym miała wybierać byłabym właśnie tam - za kierownicą starego porsche bez jednego reflektora na przedzie.
PS. Dlaczego nie można tak po prostu spakować plecaka, wsiąść w najbliższy samolot i po kilkunastu godzinach zamieszkać w Kaliforni?
|
|
|
|
Kronika Dziwnych Wydarzeń
|
Styczeń to nie jest mój miesiąc.
Wiem to już od kilku dobrych lat i nigdy nic się nie zmienia. Zawsze coś złego dzieje się w styczniu, jest brzydko i zimno i tak naprawdę fizycznie można odczuć te wszystkie niekorzystne wpływy.
Czekam na decyzję, która ma zapaść jutro rano czy znowu będę krojona czy może tym razem się obejdzie, a więc ma się rozumieć, że nie posiadam się ze szczęścia. Dopiero wyszłam ze szpitala i znowu każą mi do niego wracać - shibby!
W pracy nastąpił niespodziewany zwrot akcji i mojej szefowej odbiła korba porządków wiosennych. Po kilku godzinach wczorajszych wielce pedantycznych i jakże niepotrzebnych form sprzątania na wszelki wypadek wzięłam "chorobowe" do końca tygodnia udając nagły atak kaszlu w słuchawkę.
W domu zepsuła mi się pralka, domofon i spłuczka jednocześnie więc bałam się dotykać jakichkolwiek zmechanizowanych urządzeń uznając to za zmowę złośliwych rzeczy martwych.
Ogólnie rzecz biorąc wszystko co w ciągu ostatnich 4 miesięcy udało mi się naprawić/ wyprostować/ załatwić zdążyło się zepsuć/ pogiąć / skomplikować podczas kilkunastu pierwszych dni tego jakże zacnego miesiąca.
A w zeszłym tygodniu podczas powrotu do domu, na przystanku pod Kijowem znikąd pojawił się gość wyglądający jak brat bliźniak Eliasza i kazał mi popatrzeć na zaćmienie słońca, po czym zniknął tak samo nagle jak się pojawił.
No to teraz chyba pozostaje mi czekać na informację, że utną mi głowę, bo Annuszka rozlała olej.
|
|
|
|
Daddy wants some Ho Ho Ho ;D
|
I tak oto moi drodzy nastała zima i oprócz drogowców zaskoczyła również mnie - tak tak, zima zaskakuje mnie co roku. A konkretnie moją garderobę. jak zwykle do zimy jestem kompletnie nieprzygotowana, ponieważ w lecie pozbywam się wszelkich zimowych ciuchów ( bo przecież za rok NA PEWNO nie będę już w tym chodzić a najwyżej kupię sobie inne ) a zatem szafy mam puste i jest mi zimno. Za to w zimie wyrzucam rzeczy letnie a więc równowaga zostaje zachowana. W końcu w lecie czym mniej tym lepiej.
Ogólnie od 1,5 tygodnia mam szajbę, korbę i inne pochodne i kompletnie nie wiem co robię, pomijając już fakt mówienia, bo zazwyczaj u mnie z tym najgorzej. Ale trudno, taka profesja. Kiedy człowiek pracuje z innymi ludźmi w końcu złapie ten nieustający Wirus Pierdolca i nic na to nie poradzi.
Tak naprawde jestem tak zmęczona i zalatana i zmęczona zalataniem, że pisanie tej notki sprawia mi fizyczny ból. Autentycznie! Po prostu czuję podwyższone tętno, szybszy puls i każdy najmniejszy mięsień naprężający się w moim ciele. Za chwilę chyba zacznę sapać.
Świąt niestety nie czuję kompletnie więc zapewne skończy się jak co roku na totalnym obżarstwie i leżeniu przed telewizorem. Oto duch współczesnych świąt! Konsumpcja, konsumpcja, konsumpcja. Żeby nie było, wcale nie narzekam. Jeść bardzo lubię a mam to szczęście, że tego po mnie nie widać.
No i czegóż mam Wam życzyć na Święta i w nadchodzącym Nowym Roku? Być może "przyczepności drogie panie" jak to życzył nam Ukasek albo wesołego karpia?
A zatem oby Wasza studnia była zawsze pełna a woda w niej spokojna!
Wesołych!!!
|
|
|
|
The Ick Factor
|
Odkąd zaczęłam pracować na nowo czas przelatuje mi przez palce i nawet nie wiem kiedy kończy się kolejna niedziela i zaczyna następny poniedziałek ( PONIEDZIAŁEK! Ugh... ) Wolny czas staram się spędzać w moim cieplutkim dresiku bo za oknem coraz zimniej a więc wychodzić nie wolno. Co roku utwierdzam się w przekonaniu, że jestem stworzeniem potrafiącym normalnie egzystować tylko i wyłącznie w lecie kiedy jest ciepło. Zimno jest złe i nie powinno go być.
W pracy staram się raczej z przymrużeniem oka patrzeć na te złe aspekty i skupiać się na tych dobrych - genialnej szefowej, dobrej stawki na godzinę, wymarzonych wręcz godzinach pracy. Jednakże mrużenie nie wychodzi mi zbyt dobrze - na dzień dzisiejszy moje metaforyczne oko ma taką dysfunkcję, że mogłabym spać już zawsze z drugim otwartym na oścież.
Raz na jakiś czas nachodzi mnie pedofil, który uparcie molestuje mnie w miejscu pracy ( o czym zdążyłam już "poważnie porozmawiać" z szefową, bez większych efektów jak dotąd... ) oraz jej koleżanka-gestapowiec, dzięki której dowiedziałam się że skoro mam tatuaż to kojarzę się jej wyłącznie z kryminałem, piercing zmierzyła wzrokiem dodając "yhy" ( ten w języku też zauważyła co skłoniło mnie do rozważań, czy jeśli zrobiłabym sobie takowy w miejscu nie przeznaczonym do szerszego podziwiania, też nie uszedłby jej uwadze... ) a na koniec zrobiła mi wielka aferę zachowując się jak największy konfident świata. Pominę tutaj stanie mi nad głową i mówienie co robię nie tak i jak mam to robić żeby było dobrze.
Ma się rozumieć, że przez te kilka godzin uknułam w myślach jakieś 15 różnych wizji w jaki sposób odwdzięczam się jej i pedofilowi, włącznie z wizją strzelania do nich z wielkiego łuku strzałami zatrutymi substancją poznaną podczas tajemniczego szkolenia w dżungli amazońskiej.
Jak widać nie tylko ja mam w pracy nieustanne rewelacje, gdyż P. na dzień dobry, jeszcze przed rozmową kwalifikacyjną, dostał mailem projekt od przyszłego potencjalnego pracodawcy na którym oprócz mebli stoi trzech ludzików w stylu Boba Budowniczego. Dwóch koło siebie a trzeci poniżej poziomu podłogi trzymający krzesło jakąś niewidzialna kończyną. P. stwierdził, że pewnie stoi w piwnicy i przygląda się tamtym dwóm i to pewnie dlatego, że przyszły szef już wyobraża sobie ich w pracy. Ogólnie podziwiam go, że na rozmowę pojechał. Nie odważyłabym się.
Z dalszych nowości, jakiś totalny debil wyremontował boisko przy podstawówce naprzeciw mojego bloku i zamontował kilkunastometrowe halogeny, które jebią mi w okno z taką mocą, że nawet żaluzje nie pomagają. Przez pierwsze kilkanaście dni świeciły nieustannie do pierwszej w nocy, nie pomagając mi w zaśnięciu i sprowadzając moją bezsenność na skraj paranoi.
Oprócz tego cieszę się, że nareszcie skończyły się wybory i cała propaganda polityczna. Trzymam się od polityki tak daleko jak to tylko możliwe aż tu nagle dostaję na ulicy imię i nazwisko kolejnego kandydującego na któreś ze stanowisk nadrukowane na 4 tabletkach Calcium. Tak więc aby przekupić ewentualnych głosujących zaczęli już rozdawać prochy na ulicach. Próbowałam rozpuszczać to w wodzie ale było dziwnie różowe i zostawiało osad, więc wylałam to do zlewu. Pewnie po drodze udrożniło mi rury i zabiło jakieś bakterie i inne wodne żyjątka.
A dziś spadł śnieg. Jest zimno, ślisko i jeszcze raz zimno. Płaszcz zimowy z allegro jeszcze nie przyszedł a więc zostaje mi naciągnięcie na głowę mojej bluzy z kocimi uszami, która wzbudza powszechną sensację. Mówi się trudno i tak od zawsze się gapili i gapić się będą. A więc powodzenia w wytężaniu wzroku dopóki jest mi ciepło.
A jutro znów trzeba wstać do pracy i rozmawiać z ludźmi zamiast pospać w ciepłym łóżeczku.
Jeszcze trochę czasu minie zanim wyrobię w sobie ten poziom znieczulicy, który osiągnęłam po kilku latach pracy w zawodzie.
Bo znieczulica świetnie sprawdza się w pracy - niestety nie znieczula również na zimno...
|
|
|
|
Boredom sets into a boring mind
|
Jako, iż często wróżyłam sobie nadgryzienie przez owczarka alzackiego, niedawno miałam okazję do ucieczki przed wilkiem w drodze powrotnej do domu. Owszem, nowe części mojego osiedla nie są jeszcze tak gęsto zaludnione i często się zdarza komuś spotkać gromadę dzików ale wilka najwyraźniej widziałam tylko ja podczas książycowej nocy kiedy mgła z łąk zasnuwała wszystko wokoło i wielkimi pasmami wciskała się pomiędzy bloki. Oczywiście z racji tego, że ludzie wiedzą lepiej, na wieść o moim bliskim spotkaniu z potworem prawie popukali się w czoło bo oczywiście "To na pewno był duży pies". Oczywiście, że na pewno. Głupia ja. Jeśli już pytacie nic mi się nie stało.
Niestety radosne powroty z pracy nie nauczyły mnie niczego, gdyż ostatnio postanowiłam skrócić sobie nieco drogę do domu i wlazłam w bagno między trawska sięgające powyżej mojej głowy. Ma się rozumieć, że na kolejnym rozwidleniu ścieżek pogubiłam się delikatnie i wylazłam tam skąd przyszłam tylko kilka metrów dalej. Spojrzenia kierowców z mijających mnie aut musiały być bezcenne kiedy tak wylazłam z szuwarów niczym Jozin z Bazin. Tego nie dowiem się nigdy, gdyż brnęłam dalej poboczem starając się nie patrzeć im w oczy.
Później stwierdziłam, że urozmaicę sobie obiad i doleję do ruskich trochę śmietany, jak to ostatnio zasłyszałam. Efekt nie powalił mnie z nóg i śmiem twierdzić, że nie rozumiem panujących śmietanowych trendów. Dziwne, bo raczej nie pomyślałabym o sobie nigdy zestawionej w jednym zdaniu z konserwatyzmem. Być może po prostu się starzeję.
I chociaż zawsze wierzyłam, że poprowadzę rewolucję i będę wieść lud na barykady niczym ta postawna wolność z odkrytym cycem, ostatnio chętnie wtapiam się w tło i wcale nie mam ochoty wybijać się ponad stado. Sądzę, że wynika to z czystego lenistwa i rutyny, co w niedługim czasie, kiedy kieszeń zapełni się na nowo, zamierzam zmienić wychodząc z domu gdziekolwiek. Bo jak wiadomo w lecie mi się nie chce ale chętnie wracam po 30stopniowym mrozie do domu w środku nocy.
Idąc tym przykładem, dzisiaj nie wyszłam z domu nawet na chwilę. Czekam na mrozy. Za moich czasów w listopadzie nie było takich upałów!
|
|
|
|
Run to the Hills
|
Otoczenie przygotowywuje się do zimy. Koty coraz dłużej śpią i wcale nie chcą biegać tyle co jeszcze tydzień temu, ludzie zachowują się coraz dziwniej pod wpływem zimna a mi zaczyna się niechęć do wychodzenia z domu bo mi przewiewa wszelkie odzienie.
Poszukiwanie pracy zastygło jak dupa na mrozie, ogłoszeń porozklejanych pełno a odezwu zero. A powiadają, że wakacje to martwy sezon! Ale to nic, założę własną działalność i będę spełnioną biznesłumyn. Może zacznę sprzedawać Usy Tasy? Albo Unia dofinansuje mi godziny spania i siedzenia przed komputerem? Nie wie ten, kto nie próbuje a zatem coco jamboo i do przodu!
Ludzie poszukujący pracy zachowują się conajmniej dziwnie. Nie to, że widzę sama po sobie. Pewien pan podczas wizyty w urzędzie pracy wszedł do poczekalni wyłącznie po to, aby odłożyć teczkę na krzesło, podciagnąć spodnie do kolan, wyciągnąć opadnięte onuce wysoko w górę w kierunku kolan, opuścić spodnie do pozycji wyjściowej i wyjść. Byc może był to jakis tajemniczy rytuał mający na celu przyciągnięcie wymarzonej pracy. Warto byłoby się dowiedzieć, jeśli cokolwiek daje.
Mijający mnie ludzie uporczywie śpiewają mi do ucha, a ostatnio w drodze do domu wpadł na mnie pędzący pies. A wcale nie szłam od strony ulicy, bardziej od fasady elewacji! No ale pan z kablówki mawia, iż każdy ma jakieś wynaturzenia, więc brę naprzód nie zadając zbędnych pytań.
Nie pytałam o nic nawet kiedy ostatnio w nocy komar ugryzł mnie w oko.
W oko! Komar! W październiku!
Na dodatek straciłam bezpowrotnie kilka godzin swojego życia czytając uważnie "Buszującego w zbożu" aby nie przegapić niuansów, które tylu ludzi doproadziły do samobójstwa. I wchłonęłam je, a jakże. Pewnie zabili się z nudów, innych wniosków wysunąć nie potrafię.
Na szczęście czekają na mnie jeszcze dwa horrory klasy B przed jutrzejszym zastępstwem w pracy za koleżankę.
W nadchodzący tydzień wchodzę maksymalnie nabuzowana, żądna nowych wyzwań i ambitnych zajęć.
Październikowy tygodniu, nadchodzę nieuchronnie!
Beware! :>
|
|
|
|
Back in Black
|
Za oknem zrobiło się zimno, więc nadszedł czas coś napisać i wziąć laptopa na kolana. Zawsze trochę ciepełka.
Lato niestety najwyraźniej mamy z głowy, więc o włożeniu moich nowych wypasionych szwedzkich szpilek naszpikowanych pseudo-ćwiekami mogę zapomnieć. Przeleżały w szafie całe lato bo jakoś nie było okazji ( czyli zdanie umieszczone tu celowo aby podkreślić moją gigantyczną babską cechę - niezdecydowanie. Pomimo tego, że chleję piwsko, oglądam MMA i śmieję się z szowinistycznych żartów jednak jestem jedną z tych, które "nie mają co na siebie włożyć". Już trudno. Jestem tylko człowiekiem, Harry. )
Ostatnimi czasy okazuje się, że zdanie "Careful what you wish for" sprawdza się w stu procentach i nie wolno za bardzo czegoś chcieć. Bo nigdy nie wiadomo kto słucha. No i tym sposobem dostałam to czego chciałam - komplet zdjęć ze wspólnych wypadów z małym bonusem, najwyraźniej nieprzewidzianym przez darczyńców...Przynajmniej mam taką nadzieję. Całe szczęście, że zauważyłam zawczasu i folder wylądował w koszu. Niestety nie mogę A. pogratulować, gdyż zdjęcie było tyłem więc pewności nie mam. Nie żebym narzekała. Po prostu bariery...hmmm...rodzinne nie pozwoliłyby mi na ujrzenie owych fotek, gdyż w moim ( być może zbyt konserwatywnym) mniemaniu ocierałoby się ( trafne określenie? ) o jakąś niejasną formę kazirodztwa.
Cokolwiek jednak bym nie napisała, widziałam "ułamek" tyłka.
Luz.
P. nadal surfuje przez strony 574574858125 różnych polskich schronisk i poszukuje tego jedynego psa, który spełniałby określony typ wymagań oraz takiego, który "imponowałby" cioci J. Do pożądanych cech należą lenistwo, krótka sierść, uczucie sympatii do kotów i pojemny żołądek, gdyż ciocia bardzo lubi tłuste zwierzątka. Na dzień dzisiejszy psa nadal brak, a kot nadal tyje powoli i systematycznie zajmując coraz to więcej miejsca na łóżku.
Moje dwie kotki natomiast pochłaniają niezliczone ilości jedzenia, a jedna po skończonym posiłku zabiera się nawet na talerz. Słuchając jak małe ząbki stukają o szkło zawsze staje mi przed oczami rozmowa z E., którego to znajomy ma matkę cechującą się koto-fobią. Boi się wziąć do domu kota, bo na pewno zje ją w nocy. Staram się uporczywie odsuwać od siebie tę myśl nawet wtedy, kiedy osaczają mnie z obu stron w łóżku i wpatrują się we mnie wyczekująco. Trzymam zatem kciuki, żeby w najbliższym czasie nie stać się kocim posiłkiem.
Taki nowy cel na przyszłość.
Oprócz tego staram się nie być taka Ura-Bura-Hanka-Bielicka ale wiadomość o zaręczynach M. z Panienką W Sweterku W Reniferki Za Kolanko zwaliła mnie z nóg i zmiotła z krzesła. Najwyraźniej niektórym ludziom bardzo się spieszy do zalegalizowania związku nie bacząc na jego krótki staż czy aspekty przyszłościowe. Typowe dla M. Mam tylko nadzieję, że nie strzeli sobie tym papierkiem w kolano jak wielu im podobnych.
Na koniec przebieram nogami niespokojnie, gdyż oczekuję garów. I tym razem nie chodzi ani o gotowanie ani o zmywanie.
Tudzież natenczas onegdaj zabębnię palcami o klawiaturę i idę nakryć się tłustym kotem, bo mi zimno a z niecierpliwości jeszcze zimniej. Najwyraźniej obie cechy połączone kumulują się.
Idzie zima a ja się starzeję. Teraz już tylko wyczekiwać owczarka alzackiego, który zacznie mnie nadgryzać.
Bollocks!
|
|
|
|
Że hę?
|
Witaj pupo, witaj królowo!
Dni mijają za szybko, jeden niezrównoważony za drugim. Panowie kurierzy nie dostarczają mi paczek, panowie naprawiaczowie nie naprawiają nam windy a na ósme dużo schodów, a droga długa jest.
Ogólnie rzecz biorąc najgorsze są te chwile, w których nic się nie dzieje, bo to oznacza, że zaraz człowieka trafi coś niedobrego. A ja się już nie dam - wiem czym kura wodę pije!
Zawieszam się między trawą a leszczem bo bredzę niesłychanie a dalej Pinokio idzie sam.
Rama rama om om.
|
|
|
|
Zemsta Chirurga
|
I tak oto wróciłam po 5 dniach ze szpitala z kilkoma nowymi bliznami na brzuchu. Ruszam się jak 90-latka i nie ukrywam, że przydałby mi się balkonik, żeby moje ruchy usprawnić.
W głowie nadal mam nieliczne (?) zawroty po libacji z tiopentalem w roli głównej i pavulonem w tle, aczkolwiek robię wszystko co w mojej mocy żeby jak najszybciej dojść do siebie. Leżę i odpoczywam :)
Pobytu w szpitalu paradoksalnie nie wspominam bardzo źle, aczkolwiek nie polecam ma się rozumieć.
Furorę na korytarzu i podczas codziennych obchodów robiły moje kapcie w formie wielkich białych włochatych kocurów a raz nawet poczułam się jak w pełnowymiarowym psychiatryku kiedy szanowny pan doktor z glanem w nazwisku spytał "Czy pieski też mają jakieś zajęcie?".
Świetnie.
Moja rodzina i najbliżsi bardzo mnie wspierali.
Vyotki natomiast co rusz przywoływał porównania martyrologiczne i nie szczędził mi eufemizmów a także często używał zwrotów typu "Może jest ci zimno bo zawieźli cię przez przypadek do kostnicy?" bądź też wiele zdań zawierających "wyjeżdżanie nogami do przodu".
Szczególnie sprawdzali się w dowożeniu mi artykułów, które co jakiś czas wydawały się niezbędne. I tak, ku naszemu ogólno-rodzinnemu zamotaniu kuzynka ma droga miała nie lada problem z wyznaczonym jej przeze mnie questem. Bo to wszystko ten brak polskiej czcionki w smsach...
Ja: Bardzo prosze, przywiez mi z komody moj czarny stanik bez gabek.
Pati: Oczywiscie, nie ma problemu.
I tak oto wypełniłam jej dalszą część dnia rozważaniami czym owe GABKI mogą być. Pół dnia w pracy i drugie pół w domu przeczesywała pamięć, czy GABKI to nie rodzaj fiszbin, ramiączek albo jakiejś innej części stanika o której nie wie, a powinna wiedzieć już dawno temu. Na granicy szaleństwa rzuciła zatem w powietrze tekst:
"A. prosiła, żebym jej przywiozła stanik bez GABEK"
...Co wywołało w domu ciszę ogólną i ukradkowe spojrzenia wyczekujące wyjaśnień.
Po wypowiedzeniu słowa na głos rumieniec najprawdopodobniej pokrył ją aż po uszy kiedy zrozumiała swój błąd.
I przyjechał, bez GABEK ewidentnie.
I jak tu ich nie kochać? :)
|
|
|
|
Motoryzacyjnie
|
No więc zaczęło się od tego, że Pati mieszka w cudownej okolicy i w nocy z wczoraj na dziś ktoś bardzo mądry i wszechstronny ukradł jej wycieraczki przednie w aucie.
Zapewne dla okupu, bo zostawił je (?) zdewastowane w śmietniku obok. A rzeczy ... "okupowane" zazwyczaj na filmach właśnie tak się porzuca.
Znaczy nie wiadomo czy JE czy jakieś inne ale pasowały, więc wzięłyśmy je ze sobą z tego kosza na śmieci żeby wiedzieć w sklepie jakie dokładnie mamy kupić.
Po tym zadaniu miałyśmy jechać na piwko z Bigosem i wszystko miało być pięknie.
Zatem już w założeniach wiadomo było, że się nie uda.
Dojeżdżając na parking ruszyłyśmy na poszukiwanie wycieraczek, wiedząc, iż mamy kupić ZAMIENNIKI. Na miejscu okazało się, że zamienników jest kilka rodzajów i każda ma inną długość, grubość i markę. Na naszej zdobycznej wycieraczce wyczytałyśmy markę, odmierzyłyśmy skrupulatnie długość i wróciłyśmy na parking.
Na miejscu próbowałyśmy je wpychać na 678557431 różnych sposobów lecz niestety okazało się, że nijak nie pasują. Nawet do góry "nogami". Pati próbowała leżąc na masce, ja asystowałam dzierżąc nad nią parasol, gdyż właśnie jak na ironię losu przystało, powoli zaczynało padać.
W międzyczasie zadzwonił Bigos "gdzie jesteśmy, co robimy i czemu nas jeszcze nie ma". Po krótkim streszczeniu sytuacji stwierdziła, iż w takim razie ona spieszy nam na pomoc, bo ona kiedyś w swoim aucie montowała wycieraczki, więc na pewno wspólnymi siłami nam się uda.
Po dłuższej chwili parasol dzierżyłam zatem nad dwiema blondynkami próbującymi wepchać plastikowe coś w metalowego jinksa. W końcu zdecydowałyśmy, że jednak nie wejdą więc pójdziemy do hipermarketu obok, bo tam na pewno będą takie jak my chcemy.
Na miejscu bardzo ambitny kierownik stoiska wyjaśnił nam, cały czas wymachując gumową przetykaczką do kibla ( i od czasu do czasu kłapiąc się po podbródku tą...gumową częścią ) że te oto wszelakie wycieraczki na półce są UNIWERSALNE i ZAWSZE pasują do KAŻDEGO samochodu i on jeszcze nigdy nie słyszał, żeby ktoś się skarżył.
No oczywiście.
Nie decydując się na zakup wróciłyśmy na deszczowy parking, gdyż Bigos wykonywała telefon do Marcina, który się na tym zna i nam to założy. "Bo jakby nie było jest facetem i samochód ma".
Kiedy wrócili razem po 45minutach zdążyło nas poprosić o pieniądze dwóch różnych meneli ( w tym jeden dwa razy ) a ja znalazłam kilkanaście zastosowań dla sterczącej części wycieraczki, poprzez otwieranie puszek zakończywszy na rozmazywaniu kropel wody na materiale.
Marcin stwierdził, że co jak co, ale te na pewno tu nie pasują.
Wiadomość tą przyjęłyśmy raczej bez zaskoczenia, wykręcając nasze nogawki z wody.
Powróciliśmy zatem na stoisko do Pana z Przetykaczką, który wystawił nam karteczkę do ewentualnego zwrotu w razie gdyby zakupiona u nich wycieraczka nie pasowała.
Oczywiście wróciła do Pana Przetykacza szybciej niż wyszła, gdyż ta już w ogóle posiadała części o których nikt wcześniej nie słyszał.
Po drodze profilaktycznie zerkaliśmy, czy nie ma takiego samego auta na parkingu żeby sprawdzić taktykę zamocowania, więc plątaliśmy się w czwórkę między samochodami wyglądając jak potencjalna szajka złodziejska próbująca ukraść części motoryzacyjne na czarny rynek. I chociaż zrodził się plan aby je komuś wyciągnąć a w ramach przeprosin zostawić na masce nowe wraz z paragonem i przeprosinową kartką, identycznych niestety znaleźć się nie udało.
Stanęliśmy zatem w kółeczku przed maską zrezygnowani.
Podrapałam się wycieraczką za uchem i zatknęłam ją na swoje miejsce wywołując tym samym szok i niedowierzanie grupy. Po uruchomieniu okazało się, że faktycznie działają.
Na piwo nie dotarliśmy wykończeni dwugodzinnymi emocjami i przemoczeni od ulewy która nadciągnęła.
A wycieraczki zabrałyśmy na noc do domu.
Bo nigdy nie wiadomo.
|
|
|
|
No Sweat
|
Po zacnym powrocie do naszego pięknego kraju ( nie mogę pominąć conajmniej niespokojnej nocy na promie kiedy śniło mi się że atakują mnie zombiaki w kajucie ) fala upałów niezmiernie mnie ucieszyła, aczkolwiek mój mózg chyba dopiero powoli się roztapia z pokaźnej kostki lodu, gdyż ma oczywisty problem z dostosowaniem się do otaczającej go rzeczywistości. On, nie ja. Żeby nie było.
Ze względów skomplikowanych i nie nadających się do druku pomieszkuję raz u Vyotkiego a raz z Patynką co obfituje w coraz to nowe przygody tak dziwne jak i zabawne. Oczywiście dla wszystkich wokół tylko nie dla mnie.
I tak dnia pierwszego komar ujebał mnie tak, że zamiast jednego łokcia miałam dwa a więc suma ogólna łokci równała się cyfrze trzy. Ale moja anatomia jak się okazało miała dla mnie w zanadrzu kolejne niespodzianki - otóż przez większą część pewnego dnia moja lewa stopa postanowiła rozpocząć masową produkcję...RZECZY.
Nie jakichś określonych - całkowicie przypadkowych, przez co brałam na poważnie pod uwagę opcję, iż moja stopa jest miejscem, w którym zakrzywia się czasoprzestrzeń i przez kontinuiuiuiuiuum przelatują do nas przedmioty ze świata paralelnego. I tak oto najpierw znalazłam pod nią rybią łuskę (!) od razu informując, iż kąpię się kilka razy dziennie a więc z higieną u mnie w porządku.
No więc już nie wiem. Może niedługo całe moje ciało pokryją łuski i przeprowadzę się do Kevina Costnera w Wodnym Świecie?
Patynka stwierdziła, że to musi być jej łuska wigilijna, którą miała w portfelu mająca przynieść jej szczęście i pieniądze. Wyobrażanie sobie jak znalazła się nagle pod moją stopą nie miało sensu.
Kilka godzin później pod stopą znalazłam grosika. Czekałam długo ale niestety więcej pieniędzy się nie pojawiło.
I znów jestem normalną osobą ze zwyczajną stopą.
Nudne i banalne.
Później dopadły nas urodzino-imieniny starszej części rodzinki tak więc z prezentem trafiłyśmy z Patynką w dziesiątkę kupując małżeństwu które się nienawidzi książkę "Żona godna zaufania" oraz kufel z napisem "Kawalerski". Jak nic, suchostój umysłowy.
O dziwo prezenty się spodobały.
Przynajmniej wujkowi, który dzwoniąc dnia następnego w stanie lekko (?) wskazującym stwierdził zamyślonym tonem, iż "daje do myślenia".
Później zepsułam podajnik na papier toaletowy w knajpie powodując głośny huk- po wyjściu z łazienki WCALE nikt na mnie nie patrzył co doprowadziło do spektakularnego ślizgu na japonce. I dopiero wtedy upokorzona uciekłam do stolika zastając obok niego trzech Niemców, z czego dwóch było gejami-bliźniakami. Rozwinąć stwierdzenia nie potrafię, sama do dziś się dziwię.
Wczoraj zamiast "wejście w bramie" wyczytałam z niemałym zdziwieniem "wejście w samiec" czym zgorszyłam pół ulicy, więc Vyotki z politowaniem kupił mi loda i zaprowadził do domu spać.
Z przerażeniem patrzę na prognozy pogody zapowiadające kolejne fale upałów.
Najwyraźniej jednak mi nie służą.
|
|
|
|
Suchostój Dwa - Zemsta Zegarmistrza.
|
Bo niestety, co jak co, ale czas ma to do siebie, że wtedy, kiedy nie trzeba, STOI.
Zupełnie odwrotnie proporcjonalnie do niektórych rzeczy.
I najgorsze jest to, że takim staniem on się ani nie męczy ani nie nudzi.
Co nie jest aż tak bardzo odwrotnie proporcjonalne, aczkolwiek również niemile widziane w większości przypadków.
No bo umówmy się, że co za dużo, to niezdrowo.
No więc teraz, na chwilę obecną, czuję się jakbym wyszła spod pociągu, odczuwam niemal fizyczny ból wszystkich mięśni i kości. Jeszcze otarć mi brakuje.
Podobno nie ma to jak siła autosugestii.
Poszłam do sklepu, zrobiłam zakupy, wyprałam, posprzątałam, posegregowałam, powyrzucałam, poszłam do sklepu drugi raz, położyłam się, wstałam, oglądałam i dalej jest czwartek wieczorem.
To niesprawiedliwe!
Wieczorami zastanawiam się nad PPP - Postanowieniami Po Powrocie. I oczywiście jest ich bardzo dużo i jak wszyscy wiemy jest to tylko niepotrzebne odwlekanie snu, bo postanowienia mają to do siebie, że nigdy się nie udaje ich...no. Wprowadzić w życie. Czasami myślę, że o wiele bardziej efektowne byłoby mówić czego na pewno NIE BĘDĘ POSTANAWIAĆ - to powinno podziałać na zasadzie przewrotności natury.
I tak więc:
a.) NIE BĘDĘ ubierać się bardziej tak jak mi przystoi w moim podeszłym wieku. Nie nauczę się w końcu chodzić na szpilkach, nie będę częściej chodzić w miniówkach póki jeszcze mogę, nie zmienię etnicznej hippisowskiej biżuterii na elegancką srebrną albo złotą. Aha i na pewno nie zapuszczę paznokci.
b.) NIE BĘDĘ chodzić regularnie na badania okresowe jak przykładny obywatel, zażywać codziennie witamin i innych suplementów poprawiających moje zdrowie i kondycję, nie skończę szóstki weidera, nie zacznę biegać, ćwiczyć ani poprawiać mojej sylwetki i postury w żaden z ww sposobów.
c.) NIE BĘDĘ chodzić z uśmiechem do każdej pracy jaka się trafi, jak i również nie zamierzam pracować nad stosunkami koleżeńskimi w pracy czy robić do niej kanapki wcześniej żeby w drodze nie zastanawiać się jaki gorący kubek wybrać tym razem.
d.) NIE BĘDĘ oszczędzać pieniędzy ciężko zarobionych i wydawać ich na byle jaką zachciankę/błyskotkę/pachnidło/ci uch na który/którą akurat przyjdzie mi ochota w związku z czym spędzę kilka nocy pod rząd bez snu zastanawiając się jak ja bardzo muszę ją/go mieć i już dłużej nie wytrzymam.
I od razu lepiej to brzmi i wcale a wcale nie wytwarza niepotrzebnej presji.
Normalnie chyba mam jakąś depresję i najchętniej przespałabym cały tydzień aż do następnego piątku.
Dziwne to o tyle, że takie dni zdarzają mi się raczej na przełomie stycznia i lutego, kiedy jest zimno, pada śnieg a ja mam ochotę żeby ten cholerny budzik wybuchnął podczas gdy ja naciągnę ciepłą kołderkę na zaspany ryj i pośpię jeszcze pięć minutek.
Tylko, że mamy czerwiec. CZWARTEK. Nadal.
No normalnie już nie mogę.
Za to Vyotkiemu czas leci. Sam tak powiedział, że jemu leci bo to już za tydzień.
Też bym chciała żeby mi leciało.
Ale Vyotkiego jest więcej niż mnie, może jego czasoprzestrzeń inaczej się zagina na jego krzywiznach i przez to czas pędzi szybciej?
Bo ja to zawsze muszę być taka koścista i nie zagięta tam gdzie trzeba.
A może chodzi o opór powietrza? Bo Vyotki jest też bardziej opływowy...
Tak czy inaczej muszę normalnie wziąć się w garść i przestać odliczać dni i godziny i zająć się czymś pożytecznym, co całkowicie odciągnie moją uwagę od liczenia.
Wiedzieliście że na przykład, że kunołaz laotański poluje głównie na dżdżownice?
|
|
|
|
|
|
|