|
|
|
Goodbye...
|
No i nadeszła ta chwila.
Nie ma sensu trwać w takim zawieszeniu. Minęło już zbyt dużo czasu. Nie pamiętam większości wątków, a moje notatki są już dla mnie niejasne ("Oni na wieży" - WTF???).
Opowiadania o Toddzie, Roberciku, Lawie i Drenie od tej pory można uważać za zamknięte. Raczej na zawsze.
Wiem, zaczynam opowiadania i nigdy ich nie kończę. Mam silną ambicję, by Rey nie podzielił tego smutnego losu. Mam już napisane pół notki. Może pojawi się nawet w weekend.
Końca "lovelessa" raczej nie można się spodziewać w najbliższym czasie. Siv na to nie pozwoli, za co jestem jestem jej dozgonnie dźwięczna ;)
No i tak mówię: Do przeczytania! Ale raczej już czegoś innego.
Toddziak
Kurczę, po napisaniu tych słów zrobiło mi się smutno i naszła mnie ochota na pisanie o Toddzie. Spokojnie, zaraz pewnie jednak przejdzie ^^'
Ech...
|
|
|
|
Wearing smells from laboratories... I'm a genius genius... Let the sunshine in...
|
- Todd, jesteś głupi. A do tego narwany - stwierdziła z naganą Rebel, podając przyjacielowi czystą bawełnianą chusteczkę. - Wyglądasz, jakby ktoś przejechał ci tarką po facjacie.
Armstrong burknął coś niecenzuralnego pod nosem i zaczął ścierać ostrożnie krew. Wkrótce powierzchnia materiału przypominała przysypaną wapnem łąkę, gdzie rozkwitły maki.
- Chodźmy teraz do pielęgniarki. Inaczej zostaną ci brzydkie blizny - powiedział Jimmy, usiłując przekonać powątpiewającego towarzysza.
- Nic mi nie będzie... To tylko płytkie draśnięcia.
- Nie! Idziemy! I to już! - Starszy Stevenson tupnął nogą, robiąc naburmuszoną minę. Potrafił być uparty niczym krnąbrny malec i umiał postawić na swoim.
Todd nie miał wielkiego wyboru. Dał się więc posłusznie zaciągnąć do medycznego królestwa pani Pomfrey.
Pielęgniarka załamała ręce nad stanem Armstronga, ale nie zadawała żadnych niewygodnych pytań. Wyjęła z jednej ze swoich przepastnych szafek pudełeczko ze zgniłozieloną maścią i pokryła nią dokładnie twarz Todda. Smarowidło, gdy zostało rozprowadzone na skórze, straciło swój odpychający kolor, lecz, co gorsze, zaczęło potwornie cuchnąć.
- Ugh... Z czego to jest robione? - zapytał Todd, wykrzywiając nos na wszystkie strony. Rebel przygryzła policzek, aby nie parsknąć śmiechem, a Jimmy chichotał w najlepsze.
- Lepiej nie wiedzieć, uwierz... - odpowiedziała wymijająco pani Pomfrey. - Ważne, że działa. Jutro nie będzie nawet śladu po tych ranach. A na przyszłość, lepiej uważaj przy goleniu...
Przyjaciele słusznie uznali, że przedwczesny powrót do pokoju wspólnego nie będzie zbyt rozsądny, toteż po wyjściu ze skrzydła szpitalnego postanowili powłóczyć się trochę po zamku.
Todd czuł się zirytowany i odtrącony - fetor podejrzanego mazidła sprawił, że Sara i James szli kilka metrów przed nim.
- Moglibyście tak perfidnie mnie nie olewać... - Pożalił się mrukliwie.
- Przykro mi, ale do czasu aż nie pozbędziesz się tego kloacznego swądu, cierp w samotności. - Rebel wyszczerzyła się złośliwie.
- To w końcu tylko jeden dzień... - dodał pokrzepiająco Jim.
Todd czuł jednak, że nie wytrzyma nawet minuty dłużej.
- Dość! Zwisa mi lecznicze działanie tego syfu. Idę to zmyć! - rzucił twardo i wparował zamaszyście do najbliższej łazienki jak rewolwerowiec w samo południe do Saloonu.
Rebel i Jimmy wymienili spojrzenia. Nie pozostało im nic innego jak tylko czekać grzecznie pod drzwiami.
Morgan oparł pionowo książkę o biblioteczny blat, wpatrując się w litery tak intensywnie, że stawały się przestrzenne dla źrenic. Chłopak przypominał bardziej figurę woskową niż żywą istotę - trwał niezmiennie w jednej pozycji, a poruszały się jedynie jego jasne oczy.
Alef...
Wreszcie natrafił na jakiś ślad. "Magiczne symbole bliskiego wschodu" definiowały literę Alef jako oznaczenie nieskończoności, Boga, jedności oraz skromności.
"Dlaczego skromności?" - zapytał sam siebie, gdyż pozostałe określenia wydawały się zrozumiałe.
Kolejne akapity przyniosły mu odpowiedź.
Powodem, dla którego litera Alef kojarzona jest ze skromnością jest fakt, iż Stary Testament, spisany w języku hebrajskim, zaczyna się od litery Bet, a nie od początku alfabetu, czyli Alef, mającego nadane od Boga pierwszeństwo.
Morgan oderwał wzrok od tekstu i zapatrzył się w dal. Przygryzł dolną wargę.
Alef...
"No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego z Toddem"?
Oparł brodę na dłoni.
"A może nie tędy droga?"
---
Let the sunshine in...
Oglądał ktoś "Haira"? Ja czuję się nim zauroczona.
Nie wiem, co jeszcze napisać. Przenika mnie muzyka i moje słowa nie należą tylko do mnie, ale także do niej.
|
|
|
|
You've gotta fight for you right!
|
- Zgubiłeś różdżkę?! - wrzasnęła Rebel.
- Nie wiem! Miałem ją w kieszeni! - Todd okręcał się dookoła własnej osi jak bączek, wywijając rękami na wszystkie strony. - Gdzie ona jest, do cholery?!
- Może gdzieś tu leży...
Cała trójka padła na kolana, obszukując na czworaka każdy cal podłogi. Później "pod lupę" poszło łóżko, parapet, krzesło, lampa i plecak. Wszędzie dawał się wyczuć niedobór magicznych obiektów.
- Szlag! - ryknął Armstrong, kopiąc ze złością podręcznik do eliksirów. - Co teraz?
- Może wypadła ci gdzieś w pokoju wspólnym? - podsunął ostrożnie Jimmy. Nie lubił gdy Todd był zły.
- Tak! Pewnie wtedy, gdy skakałeś jak wariat po fotelu! - Rebel pstryknęła palcami dla podkreślenia trafności dedukcji.
- A jeśli ktoś na niej usiadł? - Twarz Todda przeszła zaskakującą metamorfozę ze śmiertelnej bladości do wściekłej czerwieni.
- Cóż, to nie jest wykluczone. Na tym fotelu siada więcej tyłków niż na kolanach Świętego Mikołaja...
- Znajdę tą pieprzoną różdżkę choćbym miał ją komuś wyciągać z odbytu! - wycedził przez zaciśnięte zęby, wypuścił parę nozdrzami jak rozwścieczony byk i ruszył do pokoju wspólnego.
Sara i Jimmy pobiegli za nim gotowi w każdej chwili ugasić płomień furii.
Okazało się, iż poznawanie od wewnątrz budowy czyjegoś układu wydalniczego nie będzie konieczne. Na fotelu rozwalił się leniwie Krzywołap, wbijając beztrosko pazury w drewniany przedmiot o niepokojąco znajomym wyglądzie.
Rebel zerknęła na Todda. Wyglądał jakby zaraz miał dostać apopleksji. Zaczerpnął haust powietrza i wrzasnął na całe gardło.
- Ty ruda wywłoko!!!
Rzucił się z pięściami na bezczelnego kota. Futrzak nie pozostał mu dłużny - prychnął i skoczył na napastnika. Tarzali się po podłodze spleceni w wojennym tańcu, sycząc i przeklinając. W powietrzu fruwały to kończyny Armstronga to puchate kłęby pod postacią fragmentów Krzywołapa.
Świadkowie nie wiedzieli czy się śmiać czy kręcić głową z politowaniem. Najczęściej wykonywali obie czynności symultanicznie.
- Przerobię cię na dywanik, ty wredny gównożerco! - Todd szykował się już do zadania śmiertelnego ciosu, gdy jego ręka trafiła w próżnię.
- Armstrong, zgłupiałeś do reszty?! Co tu się dzieje? - Zabrzęczał mu nad uchem głos Hermiony.
- Twój "kot" znęcał się nad moją różdżką - poskarżył się, spoglądając na swoje dłonie przyozdobione siateczką zadrapań.
- Ale to nie powód, żeby bić słabszego! - Przeniosła wzrok na trzymanego na rękach pupila. - Krzywołapku, nic ci nie zrobił ten okropny człowiek? Zaraz... co to za ubytek futra? Armstrong, ty go UGRYZŁEŚ?!
- On pierwszy zaczął... - odpowiedział cierpko i zaczął kaszleć. Wypluł na dywan brązowy kłębek sierści. - Kłaczek...
Hermiona była bliska wybuchu.
- Zobaczysz, powiem prefektowi! Takie zachowanie nie ujdzie ci płazem! Pozwalasz sobie na zbyt wiele.
- Coś ci powiem. Jesteś...
- Um... Todd, chodźmy do pielęgniarki. Masz poharataną całą twarz! - powiedział Jimmy, ciągnąc go za łokieć. Nie pozwolił przyjacielowi na rzucenie Hermionie prosto w twarz co o niej myśli. I tak miał już wystarczające kłopoty.
- Właśnie, chodźmy - poparła swojego chłopaka Rebel i wyciągnęli naburmuszonego Todda na korytarz. Mimo ran, był na tej wojnie zwycięzcą - odzyskał swoją własność.
Wychodząc, obejrzał się przez ramię i pokazał język oburzonej pannie Granger.
Nigdy nie pałali do siebie sympatią.
---
Cóż, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Jedynie lenistwo. To opowiadanie staje się chyba powoli tworem porzuconym... Todd prawdopodobnie podzieli wkrótce los Drena, Robercika i Lawrence'a. Obecnie najlepiej trzyma się Rey.
Ale ja jako Tosiątko marnotrawne życzę wszystkim czytelnikom w ten Wigilijny dzień dużo weny i marzeń sięgających nieba, mnóstwo radości i uśmiechu, gdyż cóż nasze życie byłoby warte bez pogody ducha, Albatrosa na talerzu, tryskających strumieni przyjaźni i w ogóle wszystkiego najświetniejszego.
Always look on the bright side of life :)
Wasz zasługujący na potępienie Toddziak.
|
|
|
|
What's My Age Again?
|
Morgan westchnął ciężko i zamknął książkę, odkładając ją na stos opasłych tomisk ułożonych starannie na stoliku. W bibliotece panowała cisza, przerywana jedynie stukotem obcasów pani Pince, buszującej wśród regałów.
"Znowu nic..." - pomyślał ze znużeniem. Oparł brodę na dłoni, a jego palce bębniły głucho o blat.
Przeszukał tyle książek, podręczników, słowników, i w żadnej nie było nawet najmniejszej wzmianki o alefie. O co tu chodzi? Czemu Todd tak dziwnie zareagował? Coś się za tym kryło. Wyczuwał to każdym nerwem swojego ciała. I czymkolwiek jest, Morgan będzie tym, który to odkryje.
Sięgnął po kolejną pozycję, noszącą tytuł "Magiczne symbole bliskiego wschodu".
"Cóż, może tym razem mi się poszczęści?"
Nagły powiew wiatru kazał mu odwrócić się w stronę uchylonego okna. Na dworze było szaro i chłodno jak to zwykle na jesieni.
Ogarnęło go jakieś irracjonalne przygnębienie.
Brunatne liście tańczą na wietrze...
Strząsnął z siebie melancholię jak poranny zefir drobinki rosy osiadłej na liściach paproci. Ściągnął brwi w grymasie skupienia i pochylił się nad tekstem. Nie czas na sentymenty. Miał pracę do wykonania.
- Uff, nareszcie sobota! - oznajmił radośnie Todd, rzucając się na niedbale zasłane łóżko.
- Co z tego, skoro mam tyle zadane, że spędzę nad książkami większość dnia. - W głosie Rebel pobrzmiewało niezadowolenie. - Nienawidzę wypracowań o jakiś debilnych eliksirach!
- Olej to - poradził największy obibok Hogwartu i okolic, podnosząc się do pozycji półleżącej. - Pomyśl lepiej, że już miesiąc w tej budzie za nami. Jak ten tempus fugituje...
- No! Przecież wydaje się jakbyśmy dopiero wczoraj spotkali się na dworcu!
- Tak. I od razu uszczupliliście moje zapasy szlugów - przypomniał z przekąsem.
- Nie bądź bezczelny. Przyjaciołom będziesz wypominał?
- Przyjaźń sobie, nałogi sobie... - uśmiechnął się znacząco.
- Jimmy, słyszałeś to? - zwróciła się do chłopaka z oburzeniem.
Jimmy nie brał udziału w dyskusji. Opierał się o parapet i w skupieniu składał samolocik z płachty pomarańczowego papieru. Był tak pochłonięty tym zajęciem, że zareagował na swoje imię dopiero za trzecim okrzykiem Sary.
- Co? - Spojrzał na nią z rozbrajającym zdziwieniem. Dziewczynę kompletnie rozczulił widok niewinnych zielonych oczu.
- Już nic, nieważne - powiedziała ciepło.
- Jimmy, ale czemu ty właściwie robisz te samoloty? - spytał zaciekawiony Todd.
- Bo ładnie latają między liściami.
- Liśćmi! Co ty, odmianów nie umiesz? - roześmiał się głośno. Ale Jim już go nie słuchał. Odwrócił się do nich plecami, wziął zamach i wyrzucił samolocik przez okno, pozwalając by wiatr uniósł go na swoich skrzydłach. Obserwował z fascynacją jak papierowy twór przez krótką chwilę walczy z grawitacją, po czym zaczyna ostro pikować w dół. Jimmy wychylił się tak mocno, że dotykał podłogi jedynie czubkami palcami.
Rebel zerwała się z krzesła i przytrzymała Stevensona za biodra.
- Nie rób tak, bo wypadniesz - Pogroziła mu palcem. Jimmy spoglądał z żalem na miejsce upadku samolotu.
- Szkoda, że spada tak szybko. Mógłby wracać...
- Jak chcesz, żeby wracał to zbuduj bumerang! - poradził sarkastycznie Todd. Jimmy wyciągnął rękę po kolejną kartkę, gdy Sara złapała go za przegub.
- Nie musisz składać nowego. Patrz! - Uśmiechnęła się, wyciągając różdżkę. - Accio, samolocik! - krzyknęła. W powietrzu dało się wyczuć rozchodzące się fale i po chwili dziewczyna trzymała w rękach papierową zgubę.
- Wow! - Jimmy ucieszył się jak dziecko odnajdujące pod choinką wymarzony prezent. Porwał samolot, wygładził wszystkie krawędzie i powtórnie zmusił go do lotu.
- Phi, Rebel, nie popisuj się. Ja też potrafię przywołać tę makulaturę - stwierdził dumnie Todd. Sięgnął ręką do kieszeni. Grzebał w niej dobrą chwilę, marszcząc czoło. Przetrząsnął drugą kieszeń. Zaczął klepać się dziko po ubraniu, wykazując pierwsze oznaki paniki.
- Todd? - spytała niepewnie. Armstrong zbladł jak prześcieradło zakonnicy.
- Gdzie moja różdżka?!
---
KOM
|
|
|
|
So when in doubt just call my name just before you go insane
|
Rebel pozwoliła im jeszcze na chwilę zabawy, a potem siłą perswazji, mięśni i kopniaków zaciągnęła ich do zamku. Nie stawiali oporu. Sarze się nie odmawia. Przynajmniej jeśli chce się dalej cieszyć nieprzegryzionym gardłem.
- Wiesz jakie kroki należy podjąć, gdy widzi się wkurzoną Rebel? - szepnął Todd do Jimmy'ego.
- Nie wiem.
- Jak najdłuższe...
Zachichotali.
- Słyszałam!
Umknęli do środka, ścigani głuchym warkotem, przy którym Cerber podkuliłby ogon i zaczął skomleć.
Zainstalowali się w dormitorium Armstronga. Rebel zahaczyła o swój pokój, błyskawicznie przebrała się w suche rzeczy i przyniosła naręcze miękkich ręczników, którymi sprawiedliwie obdzieliła przemoczonych chłopaków. Todd wytarł się pospiesznie i zrobił z łazienkowej płachty turban.
- Jestem szejk Mad Abub Dab! - Nadął się, zabawnie modulując głos. Jimmy roześmiał się perliście. Wzrok Rebel spoczął na młodszym z przyjaciół.
- Jimmy, mogłam od razu przynieść tobie ubranie. Jeszcze się przeziębisz - westchnęła z troską.
Jim machnął niedbale ręką.
- Nic mi nie będzie.
- Hej, Reb! Przecież jest zaklęcie, którym można wysuszyć mokre ciuchy! - błysnął intelektem Todd.
- Tak! - rozpromieniła się. - Tylko jak ono szło...
Cała trójka grzebała w otchłaniach pamięci. Fale mózgowe spiętrzały się w kipieli pod brzegami czaszek.
- Mam! - krzyknęła, uderzając się energicznie w kolano. Zamaszystym gestem wyjęła różdżkę z kieszeni. - Jimmy, wyskakuj ze spodni i koszulki.
Oczy chłopca otworzyły się szeroko. Jak również usta.
- Czemu?
- Bo to zaklęcie może poparzyć skórę. Nie powinno się go używać bezpośrednio na człowieku.
Widocznie takie wyjaśnienie wystarczyło starszemu Stevensonowi, gdyż pozbył się wskazanego ubrania tak szybko, że wprawił Todda w osłupienie.
Jimmy stał prawie goły na środku pokoju, wpatrując się wyczekująco w Sarę. Jego skóra pokryła się momentalnie drobniutką gęsią skórką. Szmaragdowe oczy błyszczały jak gwiazdy na firmamencie.
Todd spoglądał na jego szczupłe ciało, wciąż bardziej chłopięce niż męskie, czując dławiący uścisk w gardle. Kształtne ramiona, delikatne linie łopatek, zgrabnie zarysowane biodra tuż po gumką oliwkowych bokserek...
Odwrócił wzrok.
"Todd, o czym ty w ogóle myślisz?! To nawet nie jest śmiesznie" - stanowczo przywołał do porządku rozbiegane uczucia. Zamknął je szczelnie za grodzią zdrowego rozsądku.
- Siccarus! - krzyknęła Rebel, wskazując różdżką na kupkę wilgotnych szmat. Ubrania rozbłysły pomarańczowym światłem. Blask z każdą sekundą tracił na jasności, aż w końcu zgasł całkowicie.
Jimmy dźgnął materiał palcem. Okazał się suchy jak pieprz. Czarnowłosy uśmiechnął się i zarzucił odzież na grzbiet.
- Teraz ty, kowboju! - Rebel machnęła różdżką niczym kat toporem.
Todd szczególnie nie palił się do tego striptizu.
- No, z życiem! Od kiedy to jesteś taki pruderyjny? - spytała ironicznie. Armstrong prychnął.
- Przyznaj się: to całe suszenie to tylko pretekst, żeby podziwiać moje seksowne ciało - podsumował, odrzucając od siebie spodnie.
Rebel parsknęła śmiechem, gotując się do wypowiedzenia zaklęcia.
- Todd, nie żyj złudzeniami. Masz w sobie tyle seksapilu, co plastikowy szkielet.
Armstrong fuknął w odpowiedzi coś niezrozumiałego i obraził się.
- Nieprawda. Ja myślę, że Todd jest całkiem przystojny - oświadczył Jimmy z całą prostotą.
Todd poczuł jak jego policzki zaczynają płonąć. Zielone oczy zdawały się przewiercać go na wylot. Zrobił się czerwony jak burak. Porwał ubranie z podłogi i przycisnął je do piersi. Wyczuwał pod palcami dzikie sercowe tango.
Roześmiał się sztucznie, aby zamaskować zmieszanie.
- Jimmy, jak ty coś powiesz...
Chłopiec gapił się na niego z niezrozumieniem. Rebel wzruszyła ramionami.
- Cóż, Todd, twoja miłość własna została uratowana.
Armstrong zakładał akurat koszulkę, kryjąc za kotarą materiału zasmuconą twarz.
- Tak. Całe szczęście... - wyszeptał głosem odległym jak kraniec tęczy, na którym można odnaleźć prawdziwe spełnienie.
---
Kom
|
|
|
|
Singin' in the rain
|
- Świetnie... Po prostu wspaniale! - Rebel skoczyła na równe nogi. Prychała jak niezadowolona kotka. - Chodźcie, bo już czuję się jak gąbka!
Jimmy zmarszczył brwi.
- Jak różowa, prostokątna myjka pokryta mydłem? - zdziwił się szczerze, nie będąc zbyt biegłym w zawiłościach metafor.
- No... nie. Myślałam raczej o stopniu nasiąknięcia. A zresztą, nieważne! Wracamy do zamku - zarządziła tonem nieznoszącym sprzeciwu. Jednym ruchem poderwała Stevensona z ziemi niczym szmacianą lalkę. Złapała chłopaka pod ramię i kiwnęła na Todda. Pociągnęła za sobą Jima, zmierzając dziarsko w kierunku przytulnego pokoju wspólnego, wypełnionego ciepłem ognia trzaskającego wesoło w kominku.
Armstrong uniósł się do pozycji wertykalnej. Podniósł głowę i spojrzał w chmury, pozwalając, by chłodne krople rozbijały się na jego skórze.
Uwielbiał deszcz. Lubił tą niesamowitą atmosferę namacalnej magii. Jak za dotknięciem pędzla umoczonego w akwarelce świat rozmywał się, nabierając cech szarości, lecz zarazem uchylał leciutko zasłonę tajemnicy.
Todd uśmiechnął się. Ten rzęsisty deszcz obmył go z bezsilnej rozpaczy i strachu, które opanowały jego myśli ledwie minutę temu. Pozostało tylko uczucie błogiego szczęścia.
- Doo dloo doo doo doo doo... - zanucił. Rebel obejrzała się niepewnie. Jimmy przyglądał się mu z dziecięcą ciekawością.
- I'm singing in the rain, just singing in the rain! What a glorious feelin', I'm happy again! - posłał im jeden z najwspanialszych uśmiechów. Wykonywał ruchy, których nie powstydziłby się Gene Kelly. Pląsał beztrosko na deszczu. Usiłował nawet stepować, choć glany w połączeniu z podmokłą trawą nie dały imponującego rezultatu.
- Twoje nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie - stwierdziła z lekką przyganą Rebel. - Przestań się wygłupiać, bo dostaniesz zapalenia płuc.
- I'm laughing at clouds so dark up above. The sun's in my heart and I'm ready for love! - przytulił policzek do pnia samotnej sosny, rosnącej dzielnie na jałowym gruncie. Głos Armstronga, miękki jak płatki róż, wypełniał całą przestrzeń pomiędzy kroplami. - Let the stormy clouds chase everyone from the place. - Wyrzucił ręce w bok, odchylając głowę do tyłu. - Come on with the rain! I've a smile on my face...
Todd spojrzał na nich. Jego oczy płonęły. Był jak piąty żywioł - nieposkromiony, zuchwały a przy tym uroczo niefrasobliwy. Cały czas się uśmiechał.
- I walk down the lane with a happy refrain. Just singin', singin' in the rain...
- Co to za punk, który śpiewa Deszczową Piosenkę? - skrzywiła się złośliwie.
Todd wzruszył lekko ramionami..
- I'm just dancing and singing in the rain... - przeciągnął się leniwie. - Zawsze lubiłem ten film.
Mina dziewczyny nie zapowiadała niczego dobrego. Już szykowała się do sarkastycznej szarży, gdy przerwała jej niespodziewana burza oklasków.
Jimmy wpatrywał się w przyjaciela jak urzeczony. Bił mu gorące brawa, rozpryskując wodne perły na boki. Podobał mu się śpiew Todda. Zawsze z chęcią przyglądał się jego występom. Był niezwykle życzliwym i zaangażowanym krytykiem.
Todd podziękował mu scenicznym ukłonem. Mokre włosy przykleiły się do twarzy. Odgarnął je machinalnie.
Wobec pełnej entuzjazmu postawy swojego chłopaka, Rebel skapitulowała.
- Dobra, to było śliczne, Pavarotti, ale teraz już wracamy, okay?
- Okay - zgodził się łaskawie. Spokój nie trwał jednak długo - Armstrong kątem oka pochwycił kałużę ogromną i głęboką niczym młodsza siostra Bajkału. Nie wahał się ani chwili.
- Dancing in the rain...
Wskoczył w sam środek, wzbijając w górę błotniste tsunami. Rozchlapywał wodę, zanosząc się śmiechem.
- Todd! Co ty do cholery robisz? Odbiło ci?!
Ku jej zdumieniu Jimmy pospieszył za Toddem. Zaczęli się chlapać, oblewać wodą i piszczeć z uciechy.
Sara nie wierzyła własnym oczom.
- Dzieci... - westchnęła ciężko, opierając dłoń na czole.
Deszcz bębnił miarowo o ziemię, wystukując rytm wesołej piosenki.
Just singing, dancing and laughing in the rain...
---
KOM
|
|
|
|
Hold me, Thrill me, Kiss me, Kill me
|
I czy sprawiło to głośniejsze skrzypnięcie trawy, czy zadziała słynna kobieca intuicja, Todd nie wiedział. Ale akurat w tym momencie Rebel porzuciła usta Jima i obejrzała się przez ramię.
- Todd? - zdziwiła się. Armstrong jakby nie dosłyszał. Szedł dalej w kierunku szkoły. - Hej, Todd! - powtórzyła o kilka tonów głośniej. Todd przystanął. Odetchnął głęboko, przywołując na twarz marną imitację uśmiechu. Odwrócił się do nich.
- Cześć - powiedział, nie rozwierając szczęk.
- To już się nawet kumpli niezauważa, co? - ironizowała Sara.
- Nie chciałem wam przeszkadzać... - Słowa z trudem przeciskały się pomiędzy jego zębami, tracąc całą dźwięczność. Zlewały się w potok mrukliwego bełkotu.
- Nie bądź głupi. Siadaj! - Przywołała go gestem dłoni. Todd skapitulował. Przywlókł się do wskazanego miejsca i wyprany z entuzjazmu opadł na murawę. Podkurczył nogi, opierając brodę na kolanach. Wpatrywał się pustym wzrokiem w horyzont.
- Ej, wszystko gra? - zapytała, przysuwając się bliżej. Jimmy patrzył na niego ze współczuciem.
- Tak... - Westchnął tak żałośnie, że nawet głaz mógłby zapłakać.
- Oj, Todd, daj spokój! Jesteś po prostu spięty. Zrobię ci masaż i od razu odzyskasz humor! - rzuciła z werwą, klękając za plecami chłopaka. Chwyciła jego ramiona w żelazny uścisk i wbiła palce w łopatki. Zabrała się energicznie do pracy.
- Aaauuuaaa! - pisnął. - Chcesz mi połamać wszystkie gnaty? - zaprotestował gwałtownie. Nie zabrzmiało to jednak całkiem serio. W głosie igrały subtelne nuty rozbawienia. Nie potrafił w pełni oddawać się melancholii, gdy jego przyszywana młodsza siostra świrowała w pobliżu.
- Rebel, źle to robisz. Daj, ja spróbuję - powiedział Jimmy ze śmiechem, odsuwając dziewczynę na bok. Todd zamarł jak spetryfikowany.
Gdy ciepłe dłonie chłopca dotknęły jego skóry, wzdrygnął się, zaciskając mocno powieki. To był odruch. Nie potrafił nad nim zapanować, choć naprawdę tego chciał.
Jimmy zabrał ręce.
- Zabolało cię? - zapytał ze skruchą.
- Nie, nie! Przepraszam... - wydukał, czując jak płoną mu uszy.
- Nie chcesz...?
- Chcę.
Starszy Stevenson uśmiechnął się radośnie. On także pragnął poprawić samopoczucie przyjaciela. Nie lubił, gdy był nieszczęśliwy.
Jim ponownie opuścił dłonie na jego kark. Przejechał niespiesznie opuszkami palców po szyi, jednocześnie przesuwając kciuki wzdłuż kręgosłupa. Ciało Todda przeniknął przyjemny dreszcz. Zamruczał, rozchylając lekko usta. Ruchy Jimmy'ego były szybkie, ale precyzyjne i delikatne. Po prostu urodzony masażysta. To prawda, iż przy wszelkich fizycznych kontaktach, empatia staje się niezbędnym elementem.
Sara siedziała na trawie, skubiąc machinalnie dolną wargę. Obserwowała z fascynacją płynny taniec dłoni swojego chłopaka, przenosząc co chwilę wzrok na Armstronga. Nie dziwił jej wyraz jego twarzy - doskonale znała możliwości Jima. Wciąż czuła na sobie miękkość jego dotyku.
Uśmiech Todda i przymknięte z błogością oczy były więc całkowicie zrozumiałe.
- Już! - oświadczył z dumą chłopiec. Zajął miejsce obok Sary, podziwiając efekt swoich wysiłków.
- Dzięki. - rzucił Todd, poruszając kilkakrotnie ramionami. Celowo unikał głębi szmaragdowych oczu. - Tobie też. Za dobre chęci - wyszczerzył się, zwracając się do dziewczyny.
- Zawsze do usług! - zasalutowała sprężyście.
Silny wiatr dmuchnął im niespodziewanie prosto w nos. Niebo pociemniało, kryjąc błękitne oblicze za welonem smolistych chmur. Pojedyncze deszczowe łzy uderzyły w spragnioną ziemię.
Chmury się oberwały, nucąc pochwalny hymn ulewy.
---
Gif - Jimusiątko ^^
Tytuł - U2
Nie jestem całkiem zadowolona z tej notki, ale trudno. ;)
Za dwie godziny wyjeżdżam i wracam dopiero w niedzielę wieczorem. Na blogi wpadnę więc chyba w przyszłym tygodniu ^^'
Zakochałam się w Spamalocie! <3
A podobno już od października Monty Python na TV4! Umarłam i jestem w niebie.
|
|
|
|
I'm lonely and I'm tired
|
Morgan uniósł wzrok znad podręcznika.
- Słucham? - Zmarszczył brwi. Nie rozumiał przyczyny nagłego wybuchu Armstronga.
- To, co przed chwilą recytowałeś. Co to było? - wyjaśnił spokojnie. I może ktoś nabrałby się na te pozory opanowania, gdyby chłopak nie trząsł się prawie jak przy ataku epilepsji.
- Alfabet hebrajski. Ale wciąż nie wiem... - urwał, widząc, że Todd wcale go nie słucha.
- Możesz powtórzyć pierwszą literę? - poprosił po chwili ciężkiego milczenia. Miał bardzo niewyraźną minę.
Morgan był kompletnie zdezorientowany. Kilkoro uczniowskich niedobitków przyglądało się mu z ciekawością, oczekując rozróby.
- Alef. - Przesadnie wyartykułował każdą głoskę.
- A czy ta litera ma jakieś specjalnie znaczenie?
- To znaczy?
- Nie wiem! - rzucił z irytacją, wykonując nieokreślony ruch rękami. - Magiczne, rytualne, społeczne, matematyczne, perwersyjne... Kurwa, skąd mam wiedzieć?! - wrzasnął. W jego oczach tliły się iskry wściekłości. Morgan odchylił się na krześle, nie potrafiąc ukryć dezaprobaty.
Gniew uszedł z Todda jak powietrze z przekłutego balonika. Zwiesił ramiona.
- Przepraszam.
- Todd, wszystko w porządku? - zapytał z niepokojem.
- Tak, tak. - przytknął dłonie do czoła. - Chyba jestem po prostu zmęczony. Wiesz, lekcje i te sprawy. - uśmiechnął się blado. - Pójdę się trochę przewietrzyć, to poczuję się lepiej - pożegnał się lapidarnie i błyskawicznie opuścił salę, nim Morgan zdążył cokolwiek odpowiedzieć.
Gryfoni mruknęli rozczarowani i wrócili do swych nużących zajęć.
Młodszy Stevenson popadł w zadumę. Czoło przecięła mu wąska bruzda.
Alef...
Popukał palcem w czarne linie układające się w przyczynę całego zamieszania.
"O co tu w ogóle chodzi?"
Todd nawet nie spostrzegł, kiedy znalazł się na błoniach. Nie patrzył dokąd idzie. Pozwolił, by nogi niosły go przed siebie.
Alef...
Pierwsza litera hebrajskiego alfabetu.
Dlaczego to cholerstwo go prześladuje?
Wciągnął głęboko w płuca rześki powiew wiatru. Miła odmiana po zatęchłym i przesiąkniętym smogiem powietrzu Londynu, którego każdorazowe zaciągnięcie się trzeba było odpokutować astmatycznym atakiem kaszlu.
Todd wbił dłonie w kieszenie spodni. Spojrzał w niebo. Wciąż pozostawało idealnie błękitne, lecz od zachodu nadciągały ciemne chmury - posępne zwiastuny deszczu. Nastrojem i kompozycją idealnie odpowiadały przygnębieniu Armstronga.
Chłopak włóczył się bez celu po zarośniętych trawą połaciach ziemi. Gdy tylko widział majaczące w oddali sylwetki ludzi, obierał inną drogę. W pewnym momencie zapragnął jednak towarzystwa przyjaciół. Czuł, że jeżeli spędzi na ponurych rozmyślaniach choćby minutę dłużej, całkiem mu odbije.
Wiedział, gdzie można ich znaleźć. Skierował się w tamtą stronę. Wędrówka nie zabrała mu dużo czasu. Nadzieja na bliskie spotkanie dodała mu skrzydeł. Wkrótce ich spostrzegł - dwójkę splecionych w pocałunku osób, rozwalonych leniwie na murawie.
Todd patrzył w milczeniu, jak nieświadomi jego obecności, cieszą się własną bliskością.
Armstrong nie sądził, że nastrój może pogorszyć się mu jeszcze bardziej. Omylił się. Jak zwykle. Nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej.
Obrócił się na pięcie, a jego serce wypełniła gorycz.
---
Gif - Tosiaczek (mogę tak jeszcze długo :p)
Tytuł - "Ball and Chain" Social Distortion (jestem samotny i zmęczony)
Wreszcie po szpitalu. Przynajmniej na razie ^_^'
Ale mam takiego lenia, że szok. ;D
Teraz zabieram sie za nadrabianie notek!
|
|
|
|
King of Fools
|
Todd wszedł do pokoju wspólnego i nie patrząc na nikogo, opadł na fotel. Był zmęczony. Lekcje nudziły go i przyprawiały o ból głowy. Nigdy nie czuł specjalnego głodu wiedzy. Po co komu informacja, że kwiaty skrętka żółciowego zawsze wyrastają pod kątem 64 stopni względem podłoża?
Nie interesowały go zasady rządzące światem. Jeśli tylko nie wchodziły w kolizje z jego własnymi zasadami, był szczęśliwy w swojej ignorancji.
Uniósł głowę i powiódł spojrzeniem po całej sali. Odznaczała się brakiem około dziewięćdziesięciu pięciu procent populacji Gryfonów. Prawie wszyscy wylegli na błonia, korzystając z kolejnego, a być może ostatniego, dnia pięknej pogody. Jimmy i Rebel również wpasowali się w ten rekreacyjny trend.
Todd już szykował się, aby również skorzystać z dobrodziejstw świeżego powietrza, gdy zauważył w kącie pokoju Morgana z nosem w książce. Chłopak po swojej klęsce na powrót zaszył się w świecie nauki, o wiele mu bliższym i przyjaźniejszym niż świat uczuć. Armstrongowi zrobiło mu się go żal. Podszedł do niego i usiadł na krześle obok.
- Cześć, co robisz? - zapytał jowialnie.
- Uczę się hebrajskiego - padła spokojna odpowiedź.
Todd poczuł jak mimowolnie opada mu szczęka. Gdyby rozmawiał z kimś innym, na pewno pomyślałby, że to żart. Przechylił się i przyjrzał okładce. Hebrajski dla początkujących autorstwa Aarona Kidby'ego.
- Hm... bardzo ambitne... - rzucił ostrożnie. - Ale czy nie lepiej zacząć od jakiegoś bardziej konwencjonalnego języka?
- Właściwie to już zacząłem. Mówię trochę po hiszpańsku i niemiecku. I całkiem dobrze po francusku. Liznąłem też włoskiego i łaciny - W jego głosie pobrzmiewały nuty wstydu, jakby ta cała wiedza przynosiła mu ujmę.
Todd zrobił się nagle bardzo, ale to bardzo malutki.
- Ale ty przecież masz dopiero czternaście lat! Jak mogłeś się tego wszystkiego nauczyć?!
- Co wakacje chodzę na specjalne kursy. - Morgan peszył się coraz bardziej. Zdawał sobie sprawę jak to wszystko kujońsko brzmi. Ale on naprawdę lubił się kształcić.
- Hm... Brawo. - powiedział człowiek, którego jedynym osiągnięciem lingwistycznym była umiejętność powiedzenia "gówno" w szesnastu językach. - A daleko zaszedłeś już z tym hebrajskim?
- Nie, dopiero zacząłem. Ale mam dobrą motywację, ponieważ wiele starych magicznych ksiąg zostało spisanych właśnie w tym języku. Kto wie jakie tajemnice kryją?
Gdyby ambicja świeciła, Morgan byłby jaśniejszy niż eksplozja antymaterii.
- No to nie będę ci przeszkadzać... - Todd wycofał się. W tej batalii nie miał żadnych szans. A widocznie młodszy Stevenson bawił się całkiem dobrze.
Morgan kiwnął głową na pożegnanie i wrócił do lektury.
Todd zaczął iść przez pokój. Do jego uszy dolatywał cichy pomruk uczącego się Morgana.
- Alef, bet, gimel, dalet...
Todd stanął jak wryty. Rozszerzone oczy wpatrywały się w pustkę.
- ... mem, nun, samech, ajin...
Alef?
W żołądku zaczęła mu się formować olbrzymia kula lodu.
- ... kof, resz, sin, taw.
Todd odwrócił się powoli. Wlepił w niego pałające źrenice.
- Co to było?
---
Gif - Tosięciątko ;)
Tytuł - piosenka Social Distortion (król głupców)
Trochę mnie nie było, ale znowu jestem. :)
Dziękuję za wszystkie głosy i stałą obecność na tym blogu ^^
W czwartek idę do szpitala. Jeśli przeżyję, to nowa notka być może powstanie jeszcze w sierpniu.
In my life I love you all
;*
|
|
|
|
Sex is not the enemy
|
Następnego dnia lekcje minęły wyjątkowo szybko i bezboleśnie. Żaden leń ani niezdara nie stracił punktów dla Gryffindoru, co nie zdarzało się zbyt często.
Sara i Jimmy wyszli z klasy wróżbiarstwa razem z resztą odurzonych zagadkowymi oparami piątoklasistów.
- Stara wariatka - prychnęła z rozbawieniem Rebel, robiąc zeza i gestykulując chaotycznie. Jej interpretacja profesor Trelawney była uderzająco podobna do pierwowzoru. - Och, chłopcze! Mój biedny chłopcze! Gwiazdy odsłoniły przede mną smutną tajemnicę. Będziesz cierpiał. Po krótkim okresie szczęścia w zimie, spadnie na ciebie bolesny cios. Och, mój biedny chłopcze... - Rebel porzuciła prześmiewczy ton i spojrzała z czułością na swojego chłopaka. - Jakbym miała pozwolić, by spotkało cię coś złego - mruknęła wojowniczo. Widząc dziewczynę w takim nastroju, gwiazdy powinny jak najszybciej odszczekać niepomyślne proroctwo. Dla własnego dobra.
Jimmy nie wyglądał na specjalnie przejętego.
- Ona na każdej lekcji przepowiada komuś jakieś nieszczęście. - Wzruszył chudymi ramionami. Ani na chwilę nie schodził mu z twarzy ten radosny uśmiech, tak charakterystyczny dla jego osoby.
- Taa... Każdy ma w końcu jakieś hobby...
Przechodzili koło okna wychodzącego na błonia, kiedy Rebel gwałtownie się zatrzymała. - Jaki piękny dzień! - westchnęła z zachwytem. Istotnie, wszystkie czynniki opowiadały się za prawdziwością tego twierdzenia; błękitne niebo przytulone do kłębiastej pary, delikatny wietrzyk igrający w koronach drzew, wesołe promyki słońca igrające na tafli jeziora i czubkach niskiej trawy. W powietrzu nie wyczuwało się jeszcze zapachu jesieni. Większość uczniów wyległa na zewnątrz. Przy takiej pogodzie i powszechnym nastroju leniwego rozprężenia zagrożenie ze strony Dementorów czy Syriusza Blacka wydawało się wręcz śmiesznie.
- Chodźmy na dwór! - zaproponowała euforycznie. Wolała nie wracać do pokoju wspólnego i patrzeć na przygaszonego Morgana. Przynajmniej przez jakiś czas.
- Dobra.
Chwycili się za ręce i podążyli ku wyjściu.
Szybko znaleźli dla siebie ustronny kawałek łąki. Rebel odrzuciła od siebie torbę z książkami i ułożyła się wygodnie na trawie, splatając ręce pod głową. Jimmy poszedł w jej ślady. Położył się tak blisko, że dziewczyna czuła żar jego ciała.
- Mogłabym tak leżeć cały dzień - westchnęła, tonąc wzrokiem w jasności nieba. - Jimmy, co ci przypomina tamta chmura? - zapytała, wskazując palcem określony punkt firmamentu. - Bo mi serce...
Starszy Stevenson przyglądał się chwilę chmurze, marszcząc czoło.
- Udko z kurczaka - odpowiedział w końcu.
Sara dźwignęła się na łokciach i posłała mu zdumione spojrzenie.
- Dlaczego?
- Bo jestem głodny - odparł prostodusznie. Dziewczyna ryknęła śmiechem, opierając policzek na piersi Jima. Trwała tak przez kilka minut wsłuchana w ciche tony komór i przedsionków. Myślała nad sobą, nad nim i wreszcie nad więzią, łączącą te dwie istoty.
Uniosła głowę.
- Kocham cię, Jimmy - wyszeptała płomiennie, przyciskając wargi do jego ust. Jednym szybkim ruchem wdrapała się na niego, wypełniając swoim ciałem wszystkie nierówności chłopca. Jimmy błądził nieporadnie dłońmi po jej plecach. Rebel zaśmiała się lekko i z kocią zwinnością przesunęła ręce chłopaka na swoje pośladki.
- Tym sposobem kolejny etap już za nami - wyszczerzyła się drapieżnie, spoglądając w zaskoczone i tak rozkosznie niewinne oczy w kolorze szmaragdów. Ten widok zupełnie ją rozczulił. Pocałowała Jima w czubek nosa i wplotła palce w jego zmierzwione włosy.
Naprawdę, mogła leżeć tak cały dzień, zamknięta w ramionach własnego raju, do którego nikt inny nie miał dostępu. Była zdecydowana przeszyć ognistym mieczem każdego, kto ośmieliłby się zbliżyć do bram Edenu. Jej Edenu.
Każdego...
---
Ten gif mnie zabija. Gópi Jimmy :D
Tytuł - piosenka Garbage (Seks nie jest wrogiem). ;]
Nie wiem czy coś jeszcze napiszę przed wyjazdem dlatego informuję, że 6 sierpnia wyjeżdżam na dwa tygodnie nad morze :(
Znowu mam kryzys - nie umiem pisać ^^'
|
|
|
|
Friends Will Be Friends
|
Miał wrażenie, że spada w otchłań bez dna. Pierwszą jego reakcją był wybuch paniki i odbierająca oddech chęć ucieczki. Druga myśl obstawała już tylko przy panice.
Nie wiedział jak zacząć pertraktacje. Nie zdążył ułożyć w głowie stosownej przemowy. Każde słowo wydawało się głupie i nie na miejscu. Gdyby był mniej przerażony, pewnie zacząłby przeklinać swoje szczęście.
Improwizacja nie była najmocniejszą z jego stron. Zawsze działał po starannym rozważeniu nawet najdrobniejszego aspektu danej sprawy. Perfekcjonista w każdym calu.
Teraz jednak nie miał na to czasu.
Cisza sprawiała wrażenie tak doskonałej, że aż dzwoniła w uszach. Było mu gorąco, bardzo gorąco, jakby został zamknięty w łaźni parowej. Kręciło mu się w głowie. Cały świat wirował. Żołądek zacisnął się w pulsujący węzeł. Płuca nie chciały chwytać powietrza. Przed oczami tańczyły czarne punkciki. Stanowczo za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Czuł, że zaraz zemdleje.
W końcu jego organizm nie wytrzymał napięcia i uruchomił biologiczny odpowiednik klawiszy ctrl, alt i delete. Zresetował system.
Morgan bezwładnie poleciał w przód.
- Morgan! - wrzasnęła Rebel ze strachem, chwytając go w ramiona i zapobiegając jednocześnie bolesnemu upadkowi. - Morgan! Co ci jest?!
Nie uzyskała odpowiedzi. Czuła jednak jego słaby oddech na obojczyku.
- Nie wpadaj w histerię. On tylko stracił przytomność - mówiła do siebie uspokajająco, oblizując suche wargi. - Jak to robili na filmach?
Przypomniała sobie te wszystkie wakacyjne wieczory, gdy siedziała z siostrami przed telewizorem. Nareszcie baczne śledzenie "Ostrego dyżuru" mogło się do czegoś przydać.
Sara położyła Morgana na podłodze. Rozluźniła mu ubranie pod szyją na ile pozwalała na to szata. Następnie uniosła ręce i nogi chłopaka, przytrzymując je w tej pozycji.
Mimo zwykłego ludzkiego lęku, odczuwała też pewien rodzaj dumy. Statystyczna uczennica Hogwartu zaczęłaby piszczeć i wzywać pomocy. Ona poradziła sobie sama. Szybko, konkretnie i całkiem przyzwoicie.
Po chwili Morgan otworzył oczy. Był bardzo blady.
- Wszystko w porządku? - zapytała z troską. Do Stevensona jakby dopiero teraz dotarło gdzie i w jakiej pozycji się znajduje. Usiadł gwałtownie, wyrywając się z uchwytu Rebel.
- Czy ja... - wyjęczał kulawo, przykładając dłonie do zmarszczonego czoła.
- Tak, zemdlałeś - potwierdziła, siadając obok niego i podkurczając nogi. Te słowa były dla Morgana jak cios obuchem.
- Co za dzień! - ukrył twarz w dłoniach. Jego samoocena spadała na łeb, na szyję i groziła złamaniem kręgosłupa. - Na każdym kroku robię z siebie idiotę. Przepraszam, tak mi wstyd...
Rebel położyła mu dłoń na ramieniu.
- Daj spokój, każdemu może się zdarzyć - uśmiechnęła się krzepiąco. - Dobrze się czujesz? Może chcesz się czegoś napić?
- Nie jesteś na mnie wściekła? - Był naprawdę zdumiony.
- Za to, że zemdlałeś?
- Nie! To znaczy, może trochę też... Ale chodzi mi o to, co powiedziałem. Wtedy... - sprostował z bólem.
- Aha - Zapatrzyła się na swoje dłonie. - Właściwie trochę byłam. Szybko jednak zrozumiałam, że postąpiłam zbyt... brutalnie. Nie chciałam, żeby to wszystko tak wyszło. Może... - zawahała się. Morgan cierpliwie czekał aż dokończy, a igiełki nadziei przewiercały go na wylot. - Może po prostu zapomnimy o tej rozmowie, co?
- Dobrze - pokiwał powoli głową. - A czy to oznacza, że mam jakąś szansę? - zapytał, uśmiechając się z wysiłkiem. Rebel westchnęła.
- Nie - odpowiedziała szczerze i przytuliła go. Po przyjacielsku.
- Szkoda. Ale będę cieszyć się tym, co mam. - Odwzajemnił uścisk. Odrobinę bardziej niż po przyjacielsku. I z nutą dojmującego poczucia straty.
--
Gif - Sweet children of mine ^^
Tytuł - chyba nie muszę mówić, nie? ;)
To co zwykle: leń. Trzyma i nie puszcza ;]
|
|
|
|
Are we getting closer or we just getting more lost?
|
Piosenka wkrótce się skończyła, a oni siedzieli w ciszy. Morgan analizował w duchu wydarzenia tego długiego dnia. Sądząc po zmarszczonym czole i napiętych mięśniach, właśnie zbierał siły, aby stawić czoła rzeczywistości.
-Idę! - oznajmił niespodziewanie i podniósł się raptownie z miejsca. W jego oczach błyszczało zdecydowanie. - Porozmawiam z nią.
-Trzymam kciuki. - Todd uśmiechnął się na pożegnanie.
Morgan przystanął na chwilę w progu.
-Todd... dziękuję - wyszeptał zakłopotany.
-Chyba od tego są przyjaciele, nie? - rzucił wesoło Todd, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów.
Stevenson poczerwieniał aż po końcówki włosów. Coś jeszcze nie dawało mu spokoju.
-Todd...
-Mhm? - mruknął pytająco, trzymając tytoniowego skręta zębami i grzebiąc po kieszeniach w poszukiwaniu różdżki.
-Ja... chciałbym cię o coś prosić - wydukał nerwowo.
-Wal - odparł, przypalając końcówkę papierosa zaklęciem. Czasami magia potrafi być całkiem użyteczna.
-Czy... czy mógłbyś nie wspominać nikomu o tym, co się stało? - Zerknął niepewnie na zasnutą dymem twarz.
Todd miał już na końcu języka pełną sarkazmu odpowiedź "Żartujesz? Już pędzę do tej starej plotkary na obrazie". Powstrzymał się jednak. Morgan po raz pierwszy postanowił zaufać drugiemu człowiekowi. Todd nie chciał, by nawet przez chwilę pożałował swojej decyzji. I bez tego unosił się na wzburzonym oceanie wstydu niczym wątła tratwa zdana na łaskę niszczących fal.
-Jasne.
-Dzięki - odpowiedział czubkom swoich butów i opuścił pokój. Nie dało się jednak przeoczyć faktu, iż jego plecy wyprostowały się jakby zdjęto z nich olbrzymi ciężar.
Gdy tylko za Stevensonem zamknęły się drzwi, Todd rzucił się bezwładnie na łóżko, uważając, by nie przypalić pościeli.
Nareszcie mógł zdjąć maskę i przestać się uśmiechać.
Było blisko. Bardzo blisko. Sam bardzo często doświadczał podobnego stanu destruktywnej melancholii. Doskonale wiedział jaki jest on niebezpieczny.
Tylko, że Todd prawie nigdy nie zawahał się przeciąć skóry...
Westchnął.
Morgan przeżył załamanie, ponieważ podeptano jego uczucia jak młode chwasty.
Todd uśmiechnął się niewesoło.
Uczucia...
Wciągnął dym głęboko do płuc jakby był skazańcem wypalającym ostatniego papierosa w życiu. Tym wyobrażeniem wytłumaczył sobie nagły i bolesny skurcz serca.
Morgan sunął powoli korytarzem, wlokąc się noga za nogą.
Czuł się jak kompletny kretyn. Co on właściwie jej powie? Co można w ogóle powiedzieć w takiej sytuacji? Jak jej teraz spojrzy w oczy?
Szedł ze spuszczoną głową, zaciskając mocno pięści. Kolejne metry jego samotnej wędrówki odchodziły w niebyt, a on coraz głębiej zanurzał się w smutku i wątpliwościach.
Nagle drzwi do pokoju jego brata stanęły otworem. Dobiegł zza nich śmiech i serdeczne życzenia dobrej nocy. Czarne włosy zafalowały w powietrzu niczym niesforne nitki babiego lata. Delikatna ręka nacisnęła klamkę, wtapiając na powrót drewno w ścianę. Istota o głębokich orzechowych oczach odwróciła się do niego. Morgan patrzył z przerażeniem jak jej źrenice rozszerzają się na skutek zdumienia.
Stał twarzą w twarz z Rebel.
---
Gif - Tosiątko :)
Tytuł - Rise Against "Swing Life Away" (Czy stajemy się sobie bliżsi czy tylko coraz bardziej zagubieni?)
Mam strasznego lenia do pisania. Ale może się zmuszę i szybko powstanie coś nowego ;)
|
|
|
|
Don't hang your head in sorrow and please don't cry
|
Todd nie dał po sobie poznać, jakie wrażenie zrobiły na nim te słowa. Musiał zachować zimną krew. Wiedział, że człowiekowi w takim stanie ducha jak Morgan, na pewno nie przyniesie ulgi spanikowany pocieszyciel.
-Wcale tego nie chcesz - powiedział opanowanym głosem, starannie dobierając słowa.
Morgan spojrzał na niego z wrogością.
-Skąd możesz wiedzieć czego chcę, a czego nie? - syknął. Jego psychika była potwornie rozchwiana. Emocje tłumione przez tak wiele lat niespodziewanie wyrywały się na wolność. Chłopak z dna rozpaczy wspinał się szczyty wściekłości, by po chwili zsunąć się gwałtownie w dolinę odrętwienia.
-Bo gdybyś naprawdę pragnął śmierci, z twoich nadgarstków już dawno tryskałaby posoka - oświadczył z brutalną dosadnością. - Nie miałbyś wątpliwości...
Młodszy Stevenson rozważał te słowa w milczeniu. Todd westchnął bezgłośnie i podjął dalej:
-Ochłoń trochę i przemyśl to wszystko na spokojnie. Czy naprawdę wolisz umrzeć? Chciałeś przecież osiągnąć tak wiele! Zobaczyć tyle miejsc, przeczytać tyle książek, rozwikłać tyle tajemnic! Morgan, czy naprawdę odrzucisz to wszystko? Czy, na litość, jesteś zdolny zdradzić samego siebie?
Wstrzymał oddech w napięciu, czekając na reakcję przyjaciela. Morgan chłonął jego słowa w posępnym milczeniu. Łzy na jego twarzy zdążyły już wyschnąć, zostawiając po sobie dwie srebrzyste smugi. W końcu przemówił melancholijnym tonem, wpatrując się niewidzącymi oczami w jeden punkt.
-Masz rację. Nie chcę umierać - przyznał. - Ale nie chcę też żyć.
Todd odprężył się odrobinę. Nigdy nie miał się za wielkiego psychologa, bo co to za psycholog, który sam powinien się leczyć, lecz przemowa najwyraźniej odniosła jakiś skutek.
Armstrong mógł tylko domyślać się, co wznieciło tak nagły wybuch depresji u Morgana, ale sądząc po objawach, powód był aż nazbyt oczywisty.
Morgan dostał kosza. I to brutalnie.
-Każde złamane serce kiedyś się zrośnie. Cokolwiek zaszło między wami, nie jest za późno na odnowienie więzi. Jeszcze nie wszystko stracone. - Starał się mówić łagodnie, lecz Stevenson powstrzymał go ruchem ręki.
-Jest stracone. Zachowałem się jak idiota - przyznał ze szczerym żalem, opierając podbródek na kolanach. Todda zdziwiło to wyznanie. Widział jak Morgan zawsze się starał, aby utrzymać pozę doskonałości. Przyznanie się do błędu musiało kosztować go naprawdę wiele. Todd docenił to.
-Każdy ma prawo czasem pobyć sobie idiotą. Najważniejsze jest, że nawet będąc idiotą, nie można być głupcem - uśmiechnął się do niego krzepiąco. - Poza tym, Rebel jest skłonna wybaczyć idiotom bardzo dużo...
Morgan parsknął śmiechem. Idealnie pojął aluzję.
-Więc daj sobie siana z tym samobójstwem i po prostu pogadaj z nią. Wyjaśnij co i jak. Przeproś, a będzie dobrze.
Stevenson zasępił się.
-To nie będzie łatwe...
-Ale ty na pewno sobie poradzisz - uspokoił go. Todd mógł sobie pogratulować. Nastrój rozmówcy wyraźnie się poprawił. Czasem naprawdę nie potrzeba wiele, aby pomóc drugiej osobie. Przeważnie wystarczy sama obecność przy niej.
- Always look on the bright side of life! - zaśpiewał i z uczuciem wygwizdał melodię. - No, Morganku, teraz ty!
-Ale ja nie umiem śpiewać - bronił się z zażenowaniem.
-Nieważne. No dawaj, ty sztywniaku! - Tak długo wiercił mu dziurę w żołądku, aż wreszcie się zgodził.
-Always look on the light side of life... - wyjąkał z wysiłkiem.
-Nie było aż tak źle - skłamał gładko Todd. - Trochę praktyki i skończysz na Eurowizji.
Pod sufit popłynęły dwa głosy kaleczące nuty w mniejszym lub większym stopniu. Armstrong zerkał kątem oka na twarz Morgana, która wyraźnie się rozpogodziła.
"Jeszcze wyjdzie na ludzi" - pomyślał Todd, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu.
---
Tytuł - fragment "Don't Cry" Guns 'n' Roses
Mam napisany jeszcze kawałek dalej, ale żeby całość miała ręce i nogi, musiałam tu urwać. Znowu to "cudowne" ograniczenie znaków...
|
|
|
|
I curse the day that I was born and all the sorrow in this world...
|
Todd nie wierzył własnym oczom. Morgan - zawsze chłodny, wyniosły, rozsądny, ukrywający przed światem emocje i uczucia - płakał...?
-Morgan... - zająknął się. Był absolutnie zdezorientowany. Nie wiedział jak powinien zareagować. Wybuchu rozpaczy mógł spodziewać się po każdym. Każdym. Ale nie po panu "dumnym racjonaliście"...
-Odejdź! - krzyknął Stevenson głosem zniekształconym przez płacz. Uniósł lekko głowę, wbijając w Todda znękane spojrzenie zaczerwienionych oczu. Całą twarz miał zapuchniętą i wilgotną od łez. Ciężko było rozpoznać w nim tego pewnego siebie i lekko zarozumiałego nastolatka, który ze wzgardą traktował przeciwności losu.
Morgan patrzył na niego chwilę, a potem znowu skrył głowę pomiędzy drżącymi ramionami.
-Po prostu zostaw mnie w spokoju - wychlipiał bełkotliwie. Każde słowo musiało długo walczyć o opuszczenie krtani.
Todd stał niepewnie w progu. Wahał się. Czy powinien postąpić według rozkazu spękanych ust, proszących o błogosławiony przywilej samotności w cierpieniu, czy raczej usłuchać niemego i skrytego nieuchwytnie pomiędzy wyrazami wezwania o pomoc?
Nie miał pewności, ale postanowił jednak nie zostawiać Morgana samego sobie. Był mu to winien.
Wszedł do środka, omijając chłopaka szerokim łukiem i usiadł na łóżku. Oparł podbródek na splecionych dłoniach, pogrążając się w zadumie.
Zawsze czuł się nieswojo gdy widział płaczącą osobę. Nienawidził przyglądać się bezsilnie spływającym po policzkach łzom. Zbyt wiele naoglądał się łkającej matki, aby pozostać obojętnym. Nigdy jednak nie wiedział co zrobić, co powiedzieć, żeby przepędzić ból.
Jeden błysk, jeden odbity promień słońca nakazał mu skierować wzrok ku podłodze. Na brązowym, wypłowiałym dywanie srebrzył się niewinnie cienki, metaliczny listek.
Żyletka.
Serce Todda znieruchomiało na chwilę, by po sekundzie zacząć przetaczać gorącą krew ze zdwojonym tempem. Morgan chciał się zabić?
Jakby na potwierdzenie bezładnych myśli Armstronga, zza ugiętych kolan odezwał się głos pełen przytłumionych nut cierpienia.
-Chcę umrzeć...
---
Tytuł - fragment "Sorrow" Bad Religion (przeklinam dzień swoich narodzić i wszelkie cierpienie na świecie).
Przepraszam, że tak długo nic nie pisałam a po owym długim okresie notka jest taka krótka. Po prostu jest stanowczo za gorąco i Toddziak się przegrzał. Mózg Toddziaka wyłącza się w temperaturze powyżej 20 stopni ^^'
Postaram się szybko napisać coś nowego. Tutaj, na Roberciku, Drenie, Lawie. Choć muszę przyznać, że moje myśli oscylują głównie wokół tego nowego opowiadania (na które serdecznie zapraszam ;P).
Do rychłego przeczytania :D
|
|
|
|
Hides my true shape like Dorian Gray
|
Poczuł delikatne ukłucie w miejscu zespolenia skóry z metalem. Krew jednak nie zaczęła płynąć. Rana wciąż była zbyt płytka, zbyt subtelna, aby przynieść śmierć.
W chwilach wielkiego poruszenia z otchłani pamięci zaczynają wyłaniać się bezkształtne myśli i dawno zatarte wspomnienia, te pomniejsze fragmenty naszego "ja", o których dawno już przestaliśmy pamiętać. I tak przed oczami Morgana stanęła scena, zdarzenie wyrwane z kontekstu życia, odciskająca nieświadome piętno na całej psychice.
Widział szczupłego, przeziębionego kilkulatka, pociągającego nosem.
Chłopiec siedział na parapecie, przyciskając kolana do klatki piersiowej, wstrząsanej gwałtownymi atakami kaszlu. Bawełniana piżama nie chroniła przed zimnem - skóra na rękach i karku pokryła się gęsią skórką. Nie zwracał na to uwagi. Znacznie bardziej dokuczał mu inny rodzaj chłodu. Niefizyczny.
Z czołem przyklejonym do szyby obserwował starszego brata, grającego z ojcem w piłkę. Tarzali się po wilgotnej murawie, a ich donośny śmiech, tak idealnie ze sobą współgrający, w dziwny sposób przygnębiał go. On nigdy nie potrafił śmiać się w ten sposób.
Drzwi do jego pokoju uchyliły się lekko i do środka weszła kobieca postać, niosąca na metalowej tacy szklankę soku i salaterkę pełną świeżych, obranych owoców.
-Morgan! - powiedziała z oburzeniem, podnosząc głos. - Natychmiast wracaj do łóżka!
Chłopiec posłusznie zeskoczył na podłogę i wślizgnął się pod pierzynę. Elisabeth Stevenson położyła tacę na biurku i podała synowi szklankę.
-Pij - nakazała odrobinę zbyt szorstko. Morgan przyłożył szkło do ust i upił kilka łyków.
Sok pomarańczowy. Jego ulubiony.
-Jak się czujesz? - spytała niepewnie. Nie wiedziała jak rozmawiać z własnym dzieckiem. - Lepiej ci po tych tabletkach?
-Tak.
-To dobrze - wstała szybko i odwróciła się w kierunku drzwi. Zawsze zabiegana, zawsze odległa, zawsze niedostępna.
-Mamo... - wydusił z wysiłkiem, wpatrując się w swoje dłonie.
-Tak? - spojrzała na niego z napięciem.
-Mogłabyś mnie przytulić? - zapytał, wlepiając w nią smutne błękitne oczy. Kobieta zawahała się.
-Oczywiście... skarbie - dodała po nieznośnie długiej chwili i otoczyła ramionami trawione chorobą ciało. Kołysała nieporadnie chłopca w rytm melodii, która słyszał tylko on. Brakowało mu takiej czułości i tęsknił do niej każdego dnia. W tamtej chwili, przez te kilka minut, czuł się szczęśliwy.
Myśli zawirowały. Tym razem zobaczył siebie, Todda, Jamesa i Sarę siedzących przy stoliku w Trzech Miotłach. Wszyscy śmiali się beztrosko z opowieści młodego Armstronga o jego ostatniej przeprawie z Filchem. Kiedy to było? Rok temu?
Wspomnienia przyszły i odeszły niczym tchnienie wiatru, zostawiając po sobie jedynie podmuch głęboko skrywanych i zapomnianych uczuć.
Ręka z żyletką zadrżała. Cieniutki listek wysunął się z bezwładnych palców.
Mamo, Tato, Jimmy, Rebel, Toddzie...
Rozpłakał się. Objął rękami kolana i pozwolił łzom płynąć wartkim strumieniem.
Nie potrafił nawet się zabić. Żałosne...
Todd wspinał się po schodach wiodących do dormitorium. Czuł się kompletnie wycieńczony i wyprany z emocji. Transmutacja potrafiła wykończyć każdego.
-Walnę się na łóżko i trzasnę w kimę - zarzucił slangiem, planując resztę dnia. Już z korytarza zauważył jednak, że drzwi do jego pokoju stoją otworem. Zmarszczył czoło w zamyśleniu. Podkradł się do wejścia i zajrzał ostrożnie do środka.
Żadne słowa nie były w stanie oddać zdumienia Todda, gdy zauważył skuloną postać, opierającą się o ścianę i szlochającą bezradnie we własne kolana.
-Morgan? - zapytał z niedowierzaniem...
---
Tytuł - znów Blunt i "Tears in Rain" (Ukrywam swój prawdziwy kształt jak Dorian Gray).
Dawno mnie tu nie było. Cóż, szkoła się kończy więc Tosiątko odżywa ;)
Może jednak będzie ten ITN...
A w poniedziałek Toddziak śmiga do teatru po wyróżnienie za opowiadanie xD
Though I know I never lose affection...
|
|
|
|
|
|
|