Blog: 401372 blogi  Forum: 162960 postów  Galeria: 92501 zdjęć !  On-line: 185 osób

 COOLTURA

 SPORTY

 GALERIA

 BLOG

 GRY

 GRONET

 KOMÓRKI

 ŚCIĄGNIK

 E-MAIL
  |     |  Twój profil  |  Spis blogów  |  Kontakt  |  FAQ  |  Regulamin  |  Pomoc

Blog: Niezupełnie szczupła

strona główna

spis treści

tytuł notki

następna >>

archiwum 2005
archiwum 2006
archiwum 2007
Nadal reanimuję to, czego już nie ma. Ale tak smutno niszczyć coś, co stanowiło Twoje życie :(

[komentarze]  (6) [09:16 12/06/07]
Kolejna nowa notka. Przedłużenie agonii starego, wiernego bloga. Ale już wkrotce odłącze go od aparatury. Muszę tylko mu znaleźć ładną trumnę :(

[komentarze]  (1) [00:04 21/05/07]
Wpisuję nową notkę, żeby nie skasowali mi mojego precious. Ale tylko po to. Moje życie jest już na innym blogu :(

[komentarze]  (4) [11:30 12/04/07]
Muszę Wam z przykrością powiedzieć, że ten blog nie przetrwa długo. Zmieniam adres- podejrzewam, że ten dostał się w ręce niepowołanych osób. Każdy, kto chciałby dowiedzieć się czegoś więcej, niech wyśle mi wiadomośc na gg (1817243), a podam mu mój nowy numer gadugadu i adres bloga.
P.S. Jest mi bardzo przykro, że jestem do tego zmuszona. Kochałam ten blog jak własne dziecko. Towarzyszył mi przez większą część choroby, był świadkiem moich smutków, lęków i radości. Być może jeszcze do Niego wrócę, bo darzę go przeogromnym sentymentem. Na razie po prostu nie mogłabym być szczera, co mija się z założeniami, jakie poczyniłam uruchamiając ten internetowy pamiętnik. Pozdrawiam gorąco wszystkich :*
P.S.2. Jeśli się krępujecie pytać wprost, to wpiszcie po prostu w komentach swój gg i napiszcie kim jesteście, a wyślę wam mój nowy adres.

[komentarze]  (4) [23:37 26/03/07]
Wyjdę z tego do cholery. Wyjdę!!!! Powtarzam to sobie co chwila, dzień po dniu. Ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: bulimia wróciła. Nieproszona, niechciana, tak bardzo znienawidzona. Weszła bocznymi drzwiami, które ja w swojej pyszałkowatości zostawiłam otwarte. Moje śmiałe plany nie dają efektów. Nie wiem co robić. Boziu! Może byłabym nawet w stanie prosić lekarza o pomoc. Chciałabym psychotropy, może one przygłuszyłyby moją świadomoć. Ale z drugiej strony wiem, że tego nie mogę zrobić. Bo mimo moich 20 lat, dla p.K. pozostanę zawsze małą dziewczynką, którą trzeba dać mamusi na wychowanie. Czyli po prostu zaraz po wizycie zadzwoniłaby do mojej rodzicielki, a tego bym nie zniosła. Może w normalnych warunkach... Może przełknęłabym gdzieś dumę i się przyznała. Jednak nie mogę pozwolić na to, żeby mama miała nawrót choroby. Nie potrafiłabym już nigdy w życiu spojrzeć w lustro. Wię trwam i walczę. I mam nadzieję, że nie jestem Don Kichotem...

[komentarze]  (0) [22:56 26/03/07]
Jestem już w domu. Wczoraj wróciłam z Krakowa. Te trzy dni dały mi naprawdę dużo do myślenia. Już wiem, co jest dla mnie najważniejsze, ułożyłam sobie plan, odnalazłam prorytety.
A więc najważniejsza teraz jest dla mnie matura. Zostało mi tylko 40 (słownie: CZTERDZIEŚCI) dni do egzaminu dojrzałości. Nerwy mnie żżerają, ale i tak jest już lepiej. Poukładałam sobie dokładnie czego i w jakim wymiarze godzin powinnam się uczyć, więc już nie ma wokół mnie tak ogromnego chaosu, jak wcześniej. Postanowiłam sobie też, że jeśli nie dostanę się na państwową uczelnię, to nie będę kombinować, tylko pójdę na SWPS. Wiem, że to nie to samo. Wiem, że to nie ten prestiż. Ale nie mogę zawsze ślepo podążać za swoimi ambicjami, bo one niszczą mnie. Sprawiają, że nie jestem w stanie udźwignąć niczego.
To odnosi się też do wagi. Przez te dni w Krakowie przytyłam mimo całej kanonady "środków zapobiegawczych". A więc postanowiłąm, że muszę coś z tym zrobić. A więc jeszcze do końca marca, tj. przez 11 dni będę na ostrej diecie. Ale takiej, jak wcześniej, czyli bez wymiotowania i przeczyszczaczy, z wizytami na fitness itd. Po tym 1,5 tygodnia przechodzę na zdrowe odżywianie. 1000 kcal dziennie, 5 posiłków, pełnoziarniste, zdrowe produkty itp. Koniec z ćwiczeniami ponad miarę i wiecznym zimnem. Chrzanię to! W ramach zmiany image`u kupiłam sobie też pierwszą w życiu spódniczkę mini (!). Tak, tak, powiecie, że zwariowałam, ale chyba nadszedł mój czas, żeby dorosnąć. Kiedyś byłam pewna, że tylko ważąc 48 kilo mogę nosić takie ciuchy. Teraz wystarcza mi świadomość, że spódniczka ma rozmiar 36 z Zary, a więc nie zawyżony. I tyle.
Mam nadzieję, że wytrwam w tych postanowieniach, że się nie ugnę. Będę na bieżąco was informować o mojej autoterapii :) Wiem, że to nie koniec walki. Wiem, że nawet jeśli wyzdrowieję, to i tak zawsze muszę być czujna. Ale wiem też, że mogę się podnieść z samego dna piekła, czego i Wam życzę :*

[komentarze]  (4) [11:22 21/03/07]
Pierwszy dzień w Krakowie nie zapowiadał się jako porażka. Dojehałam około południa, zaniosłam walizkę do hostelu i poszłam na Stare Miasto. Weszłam do kościoła, spędziłam godzinę na mszy. Akurat było kazanie o synu marnotrawnym. Hmm... Potem chodziłam po rynku, zżarłam precla (już drugiego tego dnia) i wróciłam do hostelu, żeby dostać swój pokój. Mam fajny, dość kolorowy room. Później poszłam do Galerii Krakowskiej, którą mam dosłownie 2 minuty od hostelu. Tam coś mnie podkusiło i weszłam do marketu :( Co prawda kupiłam tylko jabłka, wafle ryżowe i jednego wafelka, ale to wystarczyło. Wróciłam do hostelu, zadzwoniła mama i powiedziałam, że wszystko ok. A potem żżarłam wszystko to, co miałam, potem kupiłam sobie jeszcze bułkę toffi, maksymalnego subway`a frytki.... Wiecie jak to się skończyło. Ten dzień ma być inny. Zaraz zadzwonię do Olgi, mojej wychowawczyni z obozu, czy by się ze mną nie spotkała, pójdę też do Galerii Kazimierz. Wczoraj zaczęłam planować różne rzeczy, ale wobec wpadki musze to jeszcze raz przemyśleć. Na razie pozdrawiam wszystkich. :*

[komentarze]  (2) [10:10 19/03/07]
Dotarłam do skraju przepaści. Dosłownie. Gdy zaczynałam odchudzanie obiecałam sobie, że nie przekroczę pewnej granicy: nie będę wymiotować i nie będę brać leków. Przekroczyłam tą granicę.
W środę wróciłam od p. Kś. Byłam słaba, bo jak wiecie mało jadłam. Pomyślałam, że czas coś zmienić. że mam maturę. I zjadłam 2 pomidory i 2 kromki Wasy. Czułam się najedzona za 3, dostałam nawet lekkiej temperatury. I wszystko byłoby dobrze, tylko, że potem mama zaproponowała mi zjedzenie jakiejś kanapki i uległam, bo pomyślałam, że skoro chcę być zdrowa... Tylko, że nie skończyło się na jednej kanapce. Ale ja jeszcze pomyślałam, że to nie porażka i poszłam spać. a rano coś mi odbiło :( Zżarłam garść przeczyszczaczy. Nie wiem dlaczego. Dawny nawyk chyba :( A popołudniu znów jadłam. Tylko, że tym razem się nie zatrzymałam w porę... Wypiłam szklankę wody z solą i spędziłam pół godziny z głową w sedesie. :( Nie chciałam tego. Zaryczana i upokorzona nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. To było dla mnie nie do pomyślenia. Nałykałam się znów senefolu. Balansowałam na granicy desperacji, gdy pomyślałam, że skończyć ze sobą jest zawsze łatwo. A ja nie lubię prostych ścieżek. Spałam 2 godziny, a rano nie poszłam do szkoły. Pojechałam prosto do p.Kś., szukając ratunku. Właściwie, to nie wiem, czego chciałam, w głowie miałam już zarysowany plan. Potrzebowałam tylko potwierdzenia. W związku z tym jutro wyjeżdżam. To jest właśnie mój plan. Jadę na 4 dni do Krakowa. Będę nocować w hostelu i chodzić po miejscach, w ktorych przed rokiem rozmyślałam o zdrowiu i powrocie do życia. I modlić się o to, bym odnalazła tamtą siłę. Poszukam sensu w tym wszystkim. Wracam w środę. Będę tam miała internet, więc być może będę wchodzić na blog, jeśli nie- opisze wszystko po powrocie. Trzymajcie za mnie kciuki :*

[komentarze]  (1) [18:34 17/03/07]
Dzisiaj notka dużo sympatyczniejsza, bo rozpiera mnie radość. :D
Osatnio jest ze mną nie najlepiej. Jem 20-30 kcal dziennie, a mimo to chudnę tylko 200-300 g dziennie. ćwiczę też bardzo dużo. Jestem przygnębiona, osowiała i wiem, że źle robię, a jednak...
Nie chcę jednak dziś o tym pisać. Mam piękniejszą nowinę. Wczoraj moja mama z moim ojczymem polecieli do Rzymu. Wczoraj też, po 12 latach bycia razem oświadczył się jej, a mama przyjęła oświadczyny. W cieniu Panteonu, przy muzyce ulicznych grajków... Czy może być coś wspanialszego? Jestem bardzo szczęśliwa. Czuję, jakby to mnie się oświadczono :) Teraz nareszcie będziemy prawdziwą rodziną i już nikt nie zarzuci nam, że nie. Resztę przemyśleń zachowam dla siebie i zanurzę się w fali radości.

[komentarze]  (3) [09:47 11/03/07]
Czasami zastanawiam się, czy z ed można się tak naprawdę wyleczyć. Czy nie jest tak, że do końca życia trzeba uważać, by znów nie wpaść w to gówno. Wystarczy silny stres i zapominam o tym, że przecież wyzdrowiałam, że nie mogę wrócić do tego, co było. A ja nie chce być chora. Nie chcę być nieszczęśliwa. Z drugiej strony…
W środę strasznie się wkurzyłam. Przestraszyłam się, że rzeczywiście mogę wpaść w ed. Zjadłam więc gotowaną rybę. Pomyślałam- co mi tam, taka ryba przecież nie ma dużo kalorii… Ale potem ogarnęły mnie wyrzuty sumienia i silny głód… Wiecie jak to jest. Zjadłam, więc pieczywo chrupkie, a potem to, co nawinęło mi się pod rękę. Jadłam i jadłam. Dopiero po godzinie zorientowałam się, co robię. Ale już było za późno… Nie, nie zwymiotowałam. W całym zezwierzęceniu obiecałam sobie, że nigdy nie wrócę do wymiotowania i tussi. Ale płakałam. Ryczałam na całego. Miałam ochotę w tempie natychmiastowym coś sobie zrobić. Potem emocje na szczęście minęły. Cały czwartek i piątek znów nic nie jadłam. Ale w sobotę pojechałam z mamą do Wawy na zakupy i znów wpadłam w ciąg. Dwa dni żarcia. Jedynym moim ratunkiem był senefol… Jestem słaba. W poniedziałek zjadłam jajko gotowane i kromkę chleba Wasa, ale od wtorku znów nic i ćwiczę. Bilans na ten tydzień: przybyło 3 kg, stracone 5 kg. W tym tygodniu mam tak poplanowane, że uda mi się do przyszłego piątku nie jeść nic. Potem weekend, nie ma mamy, bo jedzie do Rzymu, więc też żal nie wykorzystać… Oprócz tego od wtorku znów będę chodzić na fitness.
W szkole coraz gorzej- nie mam siły się uczyć, jest mi potwornie zimno… Ale proszę nie dawajcie mi żadnych przestróg- sama wiem, że to złe. Z drugiej strony to jest jak narkotyk…

[komentarze]  (1) [13:31 02/03/07]
Byłam dziś u p. Kś. W ciągu 10 dni schudłam ponad 6 kilo. Nie jadłam prawie nic. Ale wiecie co? Nie dam się! Nie dam się za nic wkręcić ponownie w ed. Nie pozwolę na to, żebym spędzała dnie w kiblu i trzęsła się po zażyciu tussi. Już nigdy nie wrócę do tego koszmaru. Teraz chcę tylko dobrnąć do zdrowej granicy, a p.Kś obiecałą, że będzie to kontrolować i mnie w porę zatrzyma. Okres ed był najgorszy w moim życiu. Nigdy już świadomie nie wepchnę się w ten koszmar!

[komentarze]  (3) [14:28 21/02/07]
Mam nadzieję, że to tylko zdenerwowanie przed maturą. Że nie wraca najgorsze, że koszmary i płacz, to tylko skutek stresu. Że jedzenie wróci do normy. Ja już nie chcę nigdy być chora.... ;(

[komentarze]  (2) [22:10 12/02/07]
Zaniepokojonym uprzejmie donoszę, że u mnie wszystko ok. :) Nawet lepiej niż ok. Zakończyłam semestr ze średnią 4,8. Cały dom mnie wielbi ;) Jestem szczęśliwą i zadowoloną z siebie osobą. Dbam o siebie bardzo, ćwiczę, robię sobie ciepłe kąpiele i namaszczam się pomarańczowo-waniliowym balsamem. Czuję się dorosła tak bardzo, jak tylko to możliwe. Od pół roku funkcjonuję już bez jakichkolwiek leków, nie wróciły mi żadne smutki, ani ed. mam wspaniały przyjaciół i przed sobą całę życie. Tylko czasami to szczęście przykrywa cień, że to wszystko się kiedyś skończy. Ale wiem, że wtedy będę już silna. buziaki przeogromne dla wszystkich, obiecuję, że w ciągu najbliższych paru dni poodwiedzam blogi. :*

[komentarze]  (4) [12:34 19/01/07]
Szykuję się już do Najważniejszego Dnia W Roku. Upiekłam sernik, piernik, zrobiłam kutię, jutro robię pierogi. Mam przyszykowaną sukienkę, byłam u kosmetycki. Ten Dzień będzie szczególny. To Wigilią, gdy jestesmy wszyscy zdrowi, gdy tata dostał dobrą pracę, gdy jesteśmy szczęśliwi. Mam nadzieję, że i Wam udzieli się to moje szczęście. A więc życzę: dużo radości, mało smutków, bycia pewnym siebie i swojej wartości oraz spełnienia wszystkich marzeń. Ściskam Was
Ola

[komentarze]  (6) [17:27 23/12/06]
Miałam dzisiaj wspaniały dzień. Nie poszłam na angielski, za to spotkałam się z M. w Galerii Łódzkiej. Chodziliśmy po sklepach, gadaliśmy, ja uzupełniałam prezenty gwiazdkowe. Potem poszliśmy na kawkę do Nescafe, a później musiałam lecieć do babci na obiad. U babci jak u babci, tata powiedział jej, że w tym roku po raz pierwszy nie przychodzimy do niej na gwiazdkę. Tata- bo jedzie z S. do jej mamy, a ja z bratem, bo się wymigaliśmy. W ten sposób będę miała tylko jedną wigilię od niepamiętnych czasów. Będę mogła celebrować święta, bez latania jak kot z pęcherzem i niepotrzebnych kłótni. Cudo! Gdy wróciłam do domu, puściłam sobie kolędy i popakowałam wszystkie prezenty. To był piękny czas...

[komentarze]  (1) [23:45 09/12/06]
kontakt | firma | regulamin | polityka prywatności | pomoc