|
|
|
..Pustka..
|
Wiele myśli kłębi się w moim umyśle wiele uczuć otacza rozlane łzami serce. Bo wystarczy chwila by poczuć namacalnie pustkę samotności, wszechogarnający smutek by tak wiele zrozumieć. By z nagłej ślepoty otworzyć na wszystko oczy. W gmieniu oka będąc spokojnym i nagle stać się kłebkiem smutku. Gdzie nic nie cieszy jak by przestało się być częscią życia. Częscią tego świata, samej siebie..
Wystarczy ułamek sekundy by wszystko tak pięknie mogło runąć razem z Tobą. To nie zaleznie od tego co ma miejsce i jak bardzo cały nasz swiat ulega zniszczeniu wierzymy nieustannie. W lepszy czas, w nowy kolejny dzien.. Tak złudnie i naiwnie.. Chodź nie brak ulotnych chwil szczescia cierpienie czesto przyslania kazdy jego cien..
Zdałam sobie sprawę że nie zależnie od tego ilu ludzi mnie otacza. Nikomu nie jestem wstanie zaufać na tyle by czuć się rozumianą i kochaną. Każdy z nich pozostaje jakąś czescią mojego życia, ale nie samym zyciem. Przestajac miec szacunek do siebie oraz zaufanie, przestalam te uczucia odczuwac względem innych. Za duzo rozczarowań, ludzkich kłamstw w żywe oczy. Abym zechciała zmienić swój punkt widzenia.
Stałam się żywą marionetką do zabawy, aktorką z porcelanowym uśmiechem na twarzy. Czystym przykładem sztuczności czy udawanego szczęścia. To poszukuję nieustannie punktu zaczepienia. Najmnijeszy powód by chcieć żyć i toczyć to życie nie zaleznie od tego jakie by ono nie bylo.
Jedno wiem, że dawno nie czułam się tak sobą jak dziś kiedy postanowiłam odpocząć od tej całej fałszywości, która na nowo zaczyna się jutro i tak w nieustannym cyklu aż po sam kres.
To brnę brnę póki sił znów nie zabraknie, póki chęci nie opuszczą mego ducha.
|
|
|
|
..Pustka w dzwięku muzyk,i odbijająca się nutka smutku aż do samego skutku.
|
Tak wiele rzeczy miało miejsce, że nawet nie chce się o tym pisać. Gdy w zasadzie na nic nie mam zbytnio chęci. Znów otacza mnie przygnębiający smutek i wielka przy tym obojętność. Jak by walka z deprechą po raz kolejny poszła na marne a ja daję upust negatywnym emocjom. Tak by zaprzepaścić wszelkie nadzieje pod byle pretekstem. Czasami wydaje mi się że żyć inaczej już nie umiem. Nie zależnie od tego jak bardzo bedę wychodziła z domu oraz nieustannie poznawała ludzi jak poźno przy tym wracała do domu. Nie miając chwili westchnienia ni odpoczynku na to by się wyspać. To i tak nie przestanę sobą gardzić nie pokocham życia. Bo nie doceniam aspektu wlaśnego istnienia nie doceniam niczego co jest mną i mnie tworzy. Tak bez żanych aluzji zawsze moje oczy będą siebie spostrzegać jako najgorsza szmata, robak, którego nikt nie ma odwagi zdeptać. Póki codzienność nie okaże trochę litości aby podstawiać mi na drodze przeszkody. Bym wiecznie upadając na nowo bez celu wstała idąc dalej.
Żałuję cholernie nie dokonanych przez siebie obietnic, niespełnionych zamierzeń. Szkoda wielka, że tak bardzo zapominam o smaku jakim jest egoizm. Gdy tylko się pojawi nagle ulatnia się jak chwila szczęscia. No właśnie czym jest szczęscie? Chwile spędzone w towarzystwie swojego przyjaciela wiecznie zajętego swoją dziewczyna? Widok cieszącego się psa na mój widok? Usmiechnięta buźka niemowlaka? Czy jest to szczęscie? To iluzja jak ulizją są ludzie, którzy z pozoru tak często są przy mnie, że znikają jak tylko mi źle.. Bo ile można gadać jak lepiej udawać, że wszystko jest barwne od kolorów tęczy. Sama już nie wiem. Czasami uciekając się do wszystkiego dalej nie zjaduję zaczepienia powodu do dalszej egzystencji. Jedynie zmuszona względem matki, która często wydaje się mnie nienwidzieć niż kochać.
Idę dalej przez siebie nie zaleznie od tego jak bardzo mi źle i jak mocno oczuwam że każda cząsta mnie na nowo umiera. Niezależnie jak mocno krwią będę zaciskać pięsci i ile lez przeleję nocą będę szła. Bo przecież trzeba żyć nie zaleznie od poczucia w sobie buntu i sprzeciwu.
|
|
|
|
..eine welt, eine leben, eine ich..
|
Życie toczy się dalej chodź ja nieustannie żyję w poczuciu, że dla mnie ono uległo zatrzymaniu. Tak jak nagle gdzieś w głebi coś umierło kilka lat temu, nie ożyło do dziś. Tak jak nie ożyłam ja. Dalej tkwiąc w swoim pesymistycznym i czarnym podejściu do wszystkiego. Bo jak nie patrzeć inaczej gdy wystarczy otworzyć oczy i piekło ukazuje się w każdej swojej postaci. Nie zmienna pozostała jedynie piękna natura, która tak dzwinym echem odbija swoj gniew.
Cóż mogę powiedzieć więcej jeśli kończąc szkołę myślałam że owa praca okaże się na tyle, że nie wpędzi mnie w gorszy stan depresyjny a więcej wyrzadziła szkody niż same pozytywne aspekty. Wiecznie chodząc zadowolona i ciesząc się najmniejszą rzeczą myślałam, że wszystko obruci pozytywny bieg. Jednak za bardzo się myliłam by móć dziś czuć wielki niesmak porażki. To mimo tego idę nie wiem dokąd poszukując wciąz swojego istnienia jakiej kolwiek zaczepki do dalszej egzystencji. Bo tak nie wiele brak by poddać się i runąć w przepaść bez szansy na ratunek.
Dbając o siebie każdego dnia, zwłaszcza jeśli mam wyjśc na miasto jestem wstanie spojrzeć na siebie w lustro. To gdzieś nieustannie czuję wstyd i poczucie jak wielkim jestem brzydkim kaczątkiem. I nie zmieni tego nikt, jeśli sama nie będę umiała na siebie spojrzeć od tej lepszej strony. Dziś wciąż wydaje się to tak odległe i nie możliwe to zrealizowania.
Najgorsze jest czuć się tak bardzo osamotnionym w wielkim świecie gdzie ludzi stale nie brak a mimo to czujesz, że jesteś sam.
Tak bardzo chciałabym czuć w sobie słowa piosenki Małe Szczęcia- Robert Janson
|
|
|
|
..Pustka tak jak pustką staję się ja..
|
Czas przemija w swojej dziko nudnej monotoni gdzie praca staje się udręką a nie koniecznością. Miejąc mnustwo czasu na przemyslenia na chwile zwatpienia i staczania się we wasne pesymistyczne podejście.
Szkoła ukończona nareście i czas zacząć kolejny etap nauki ku jakiemuś konkretnemu zawodowi. Nawet jeśli cięzkim kosztem pragnę cos osiągnać dla samego spokoju bo nie mowa o sadysfakcji.
Nie będąc zadowolona z pracy nie mogę narzekać na brak mnustwa w niej wolnego czasu. To muszę przyznać że nie robienie męczy bardziej od czynienia. Z wielkim znakiem zapytania po co się na to godziłam? To dopiero poczatki, muszę sobie dać czas i potem zdecydować jeśli wiem że w moim wielkim mieście cięzko załapać się na co kol wiek. Chodź mija już miesiąc..
Ostatnim czasem wiele się wydarzyło po wylądowaniu w szpitalu, odnawianiu starych zapomnianych znajomości czy zwyczajnie życiu. Ale co tutaj więcej gadać gdy zdrowie doszczętnie szfankuje a ja nie mam najmniejszych sił do tego aby kolejnemu nowemu dniu stawić czoła.
Jak zacząc gdy umysł ogarnia całkowity chaos z wielkim zagubieniem. W poczuciu dziwnego osamotnienia, przeszywający mnie od każdego zakamarka ciała i duszy. Znów powracając do błędnego koła z, którego nie prędko się wydostanę. Czasami przekonując się o słuszności, że nie kiedy warto poddać się znów i runąc w dól by na nowo odzyskać stracone siły. O ile gdzieś we mnie one jeszcze są?
Zaniedbując blogi w pewnym sensie zaniedbałam wszystko co miało do tej pory dla mnie sens. Ale brak czasu i ciągła walka z chorobami sprawia, że żyję w pewnym zawieszeniu. A kiedy się obudzę tego to ja już nie wiem. Znów zamykając się na otaczający mnie świat nachalnie wiruję w własnej przestrzeni wyobraźni. To i tam nie mam czego w sumie szukać.
Życie me opiera się tylko na praca dom praca dom i tak w nieskończoność nie wiem do czego mnie to w ostateczności doprowadzi , ale już odczuwam skutki, że do niczego dobrego.
Dzisiejszy dzień cały przespałam i dalej mój wymęczony organizm domaga się snu. Zauważając, że to jest jedyna moja dobra rzecz jaką mam w swoim życiu. Kto wie może szybszymi krokami zbliżam się do całkowitego wykończenia?
Nic nawet treściwego nie umiem napisać.. Czas znów częstym gościem tu być..
|
|
|
|
..Pustka i wiecznie głucha cisza..
|
Ostatnio istny chaos ma miejsce w moim życiu gdzie nie ma chwili westhcnienia. Ciągle zabieganym się jest i wiecznie zajętym. Ale nie ochrania mnie to przed mozliwością myślenia i zastanawiania się nad tym wszystkim co drzemie we mnie w środku.
Czas tak nieubłaganie biegnie aż ogarnia mnie strach, że z każdym miesiącem coraz szybciej, że człowiek nie jest wstanie nacieszyć się nawet najmniejszą cześcią dnia. Tak jak by wcale go nie było siedząc w dziwnej kopule czasu, którego niestety nie da się zatrzymać.
Podąrzam gdzięś gdzie niosą mnie obowiązki ale nie kierują mnie one do niczego konkretnego po za powolnym realizowaniem planów o wprowadzce i zarabianiu na siebie na tyle ile jest to mozliwe. Chodź nie cieszy mnie prawie nic czuję w sobie pustkę smutku z faktu jak czasami mam dość własnego domu. Ciągłego narzekania na mnie z byle gówna a przecież nie trzeba mi uświadomiać jakim jestem śmieciem jeśli już dawno dano mi tego cholerną świadomość.
Szkoła już za mną czując ulgę, że nie wyleje z jej powodu ani jednej słonej łzy, nie odczuję lęku przed kolejnym nowym dniem kiedy muszę stać u jej progu i modlić się o przerwanie jakiekogś chorego koszmaru. Chodź nie wykluczone, że gdzieś dalej będę realizować swóją edukację ale tym razem ku jakiemuś celu. A co najważniejsze zaczynam pracę, która nie będzie łatwa ale muszę dać radę jeśli najwiekszym problemem jestem ja sama a nie ludzie wokół.
Mam nadzieje, że przyszłość przyniesie mi kiedyś dawkę poczycia, że warto było się starać nie zaleznie do tego jak wielu wokół fałszywych przyjaciół. Jednak nie wielu jest wartych oddania wszystkiego co się ma dla ich szczęścia.
Dosyć pozostawiania za sobą niepsalnych mostów i pamieników życia jeśli każde wypowiedziane słowo może uwietrznić tylko myśl wypisana na pentagramie czystego papieru.
PS: Szczęście to móc się cieszyć każdym nowym dniem, kochać siebie za za tak wiele i za nic..
|
|
|
|
Pustka jak zawsze pustka
|
Wraca jak zawsze szara rzeczywistość, która po kroć zadaje jeszcze większy cios w plecy, kolejne nowe ukryte łzy.
Wszystko jest dobrze póki nie stanę na przeciw samej siebie i nie dostrzerzę prawdy, przed która tak bardzo czasami staram się ucieć. Lecz to nie wychodzi.., zbyt trudne okazuje się być myśl złudnego oczekiwania na nie realne szczęście i to sztuczne jego wytwarzanie jest niczym. Zdając sobie sprawę, że nie tak łatwo jest oszukać samą siebie jak innych..
Mimo, że straciłam wiarę w ludzi to nie przestałam do konca tak całowicie wierzyć.. Czując, że jedyna rzecz jaka jest zawsze przy mnie to natura. Ona posiada duszę.. Duszę odczuwająca moje nastroje i wołanie o pomoc starając się wszelkimi sposobami swojego piękna utarowac mnie przed samą sobą i tym złem świata, przed którym niestety nie da się ucieć dobrowolnie.
Tak siędząc sama w tym pustym pokoju ze swoim małym wiernym przyjacielem pytam samą siebie czy rzeczywiście cierpienie ma jakiś sens? Czy aby czlowieka uszlachetnia a nie dodaje mu goryszy? Im więcej patrzę na podłość z każdej mojej strony tym mocniej pragnę się zamknąc sama w sobie i rozmawiać tylko z wiatrem. Gdyż jak by on tylko słuchał mej rozrywającej się w sercu rozpaczy.
Przestałam lubieć dni wolne, wtedy mam tyle czasu na to by rozmyślac o wszystkim z tej najgorszej czy smutnej perspektywy. Czas i tak nie zaleznie od wszytkiego umyka mi zapominając o chwili westchnienia. Zabiegana całymi dniami i zajęta wszelkimi nie istotnymi sprawami dla mnie samej czuję się chwilowo odepchnięta od swoich mysli i uczuć. Jak by gdzieś we mnie zanikały do chwili kiedy nie moje oczy nie kierują się w dal a serce zakłuca pracę umysłu.
Wciąz uważam że życie nie ma najmniejszego znaczenia, że nie warto się starać. To mimo tego kontynułuję swój zywot w nie wiedzy co przyniesie jutro. W tej całkowitej bezsensowności czekam kiedy rozpocznę za tydzień pracę kolidującą z moją nauką, ale do jej końca i tak nie wiele zostało. Gdzie nie będzie czasu by płakać, by myslec i zastanawiac się nad własnymi uczuciami.
Piszę tak bez sensu i treści gubią się sama w sobie.., zakręcona i rozkojarzona nie mogąc znaleść sobie miejsca czekam na dalszy bieg wydarzeń jak w jakimś filmie, którego kiedyś wybije końcowa godzina. Czując się lepiej wypisując wszelkie bzdury, które niczego nie zmienia.. Póki ja sama się nie zmienię.
|
|
|
|
..Niby tak niby nie ale kto to wie..
|
Jak długo mogę siebie okłamywać, ile jeszcze zdołam znieść jeśli dziś czuję nie dosyt chęci życia? Nigdy nie będąc gotowa na przeżywanie kolejnego nowego dnia.
Jak długo będe się łudziła w złudnym chorym przekonaniu, że mimo to warto. Zarazem przekonana o optymistycznym nastawieniu na wszystko obojętnie przechodząc koło problemów. Jak długo.., siebie samą pytam?
Póki co przeżywam każdy dzień zwyczajnie zapominając o własnych uczuciach, wszelkich toksycznych myśli, nie narzekając póki co. Z drugiej jednak storny czuję, że to nie ma sensu. Gdzie jedna połowa mnie bije się z druga. A czuje jak czasem nie zaleznie od wszelkich czynników odechciewa się wszystkiego. Gdy samo patrzenie na innych odbiera Ci najmniejsze siły na dalszą egzystencję.
Człowiek człowiekowi najgorszym wydaje się być katem.. a ja nie mogąc znieść tego jak brakiem człowieczeństwa możemy być wobec siebie samych.. W zasadzie nie wiedząc na co ja czekam i czego oczekuję? Może to chore głupie jak sama przestałam być wobec siebie jakim kol wiek sensem. Tracac szacunek i poszanowanie wlasnych praw, których pozwalam innym łamać. Udając ja gdyby nic że wszystko jest ok.. w sztucznym usmiechu zadowolonego i szczęsliwego człowieka.
Może ja nie potrafię być szczęsliwa? może zwyczajnie zapomnialam jak to jest? Nie dajac sobie praw na jego przezywanie? Znów dajac upust negatywnym przekonaniom oraz powodom do tego aby zagłebiać się w pesymistycznym patrzeniu na swiat. Ale co w nim może być piękego po za jedyna nie raniąca mnie samą naturę.
Kiedy okłamuję samą siebie i zyję tym kłamstwem cały czas zaczynam to wierzyć jak w realną prawdę. Lecz jakie to przyniesie później korzyści? Niby niczym się nie przejmuję ale tak zasiadając spokojnie w samotości nic się nie zmienia i nie ucieka ode mnie poczucie bezsilnosci wobec otaczajacego mnie realiów życia.
Czasami nie wiem czy jest jakiś sens ciągnąc to dalej? Czy warto.. dokąd iść i jak patrzeć na otaczający Cie krajobraz? Jak mocno krzyczę do siebie chodź to niczego nie zmieni. Wypłakując wszelki żal, pustkę w ciemną samotną noc. By jak zawsze o poranku z uśmiechen na twarzy udawać żę wszystko jest cudownie kolorowe.
|
|
|
|
Dlaczego więc ziemia kręci się i życie wciąż swój bieg ma?
|
Czas sobie dalej wedłóg własnych zasad płynie a ja nie godząc się na nic brnę jak by dalej bez dalszego w sercu celu. Byle trwac i trwać po sam tego kres.
Wiele myśli i uczuć mi towarzyszy to jednak zostawiam je gdzieś na dnie nie pozwlając się im ujawnić albo wypisując na kartce papieru zapominam o ich istnieniu. Dając upust nowym kolejnym nie zrealizowanym by dać mi poczucie spokoju w spełnianiu ich.
Zbliża się koniec dni wolnych i zacznie się kolejna dalsza harówa. Miejąc małą nadzieję, że nie podupadnę własnym słabościom i nie ulegnę wielkiemu upadkowi na dno. Wierząc, że jak zawsze podniosę się z podniesioną głową. Nie zaleznie od poczucia smutku czy goryczy w sercu.
Żadko pozwlam dość do siebie pełnym głosu optymizmu to daję upust zwyczajnym przyjemnościom pieczenia smakoczy, chodź uparcie będę dorzyć do zrzucenia kilogramów dla lepszego poczucia się w swoim własnym ciele. Gdzie pod maską makijażu jestem wstanie na siebie spojrzeć byle ukryć te straszne ślady przeszlości i wszelkich niedoskonałości.
Lękam się swoich lęków chcąc uciekać byle przestać stale stawiać im czoła ale po co dawać poczucie przegranej jak ciągle przegywam. Omijając szerokim łukiem z udawaną w oczach slepotą własnych porażek.
Jakoś nie wypoczełam w tym okresie, czuję się bardziej zmęczona to lepsze to od faktu stałego błądzenia we własnych myslach. Rozpaczając za dokonanymi błedami nie mogą nic już zmienić. Czas dać sobie wolnośc zapomnienia zarazem przestania ciągłego użalania się nad sobą. Bo to i tak niczego nie zmienia ani tym bardziej nie uszcześliwia mnie. Chodź świadomie nie dąrzę do szczęścia. To jednak nie mogę oszukiwać siebie że go nie pragnę. Lecz jaki sens wyczekiwać czegoś co wcale może nie nadejść?
|
|
|
|
Chwila bez chwili ale chwila dla chwili.
|
Życie dalej toczy się swoim biegiem czy zwyczajnie rzecz mowiąc rytmem. Nie kiedy gdzieś zdala ode mnie nie kiedy czystko w centrum mnie samej.
A ja co w zasadzie robię? Albo w tym czymś uczestniczę albo uciekam najdalej gdzie się da. Byle nie było mnie słuchać ani czuć. Byle by nie było po mnie śladu i pamięci. Ale bywają chwile kiedy pragnę być częscią wszystkiego co dobre i piękne. Tworzyć w czyimś umyśle coś pięknego i niezapomnianego. Moc tak cieszyc sie daną chwila w zapomieniu o tym co w sercu stale gra i zabija szklany widok swiata. Zatopiona w wlasnej przepasci nie dostrzegam wartosci jakie otacza moje zycie. Zamknieta na piekno oddalam sie w otchlan nienaiwsci i smutku.
A do okola moge sprawic ze wszystko przybierze pozytywny smak i wszelkie czarne barwy zamienia sie znow jak za dawnych czasow w kolory tenczy. Szkoda tylko, że tak którtko trwa we mnie motywacja do zmian a przede wszystkim wiary, że coś mogę zmienić i stać się wartościa dla innych.
Codzienność upływa sobie zwyczajnie jak by z boku.. mimo to staram się myslec pozytywnie i odczuwac dobre rzeczy. Bo mysl ma wielka moc przyciagania. Póki co wszystko nabiera tego znaczenia, byle uwolnic sie od demonów przeszłości, byle wzrokiem patrzec ku terazniejszosci i lepszej przyszlosci. Bez toksycznych ludzi wokól i mnie samej od czarnej strony.
Został ostatni tydzien wolnego i powrot do szarej rzeczywistosci. To jakos czas obecny pozwolil mi sie uskoic i trzezwo spojrzec na otaczajacy mnie swiat. A przede wszystkim zrozumiec mechanizmy jakimi sie kieruje, swoje postepowanie i kłedne kolo w jakim twie nieustannie tyle lat.
Chodź wiele bym dpowiedziała kończe swoją marną z usmiechem na twarzy mysl z powodu teroryzowania przez Ciebie Moja Cudowna Nikusiu :*
PS: Chwytac szczescie pelna para
|
|
|
|
..Brud życia..
|
Patrząc na siebie odczuwam odrazę i obrzydzenie. Gdzie nawet nałożona sztuczna maska makijażu niczego nie zmienia.
Bo oczy wciąż dostrzegają tą okaleczoną brzydotę pod postacią choroby jak, że będąca moim kalectwem wiecznym. Jak siebie akcpetować gdy tyle defektów widać i co nowe przybywają?! A wykazanie się zrozumieniem wobec samej siebie wydaje się być takie cięzkie i nie realne do zrealizowania. Zarazem jak cięzko jest się przyznać wobec swojego oblicza, że właśnie tak jest a nie inaczej. Chociażby się chciało.., niczego nie zmienię i nie cofnę biegu czasu. Bo blizny wspomnien w pamięci pozostały, jedynie cielesne blizny wydają się miec swój blask i urok piękna.
Zmuszona patrzeć na siebie staram się uciekać wzrokiem byle nie widzieć własnego odbicia. Zarazem budząca się nieanawiść do samej siebie staje się ponownie jakims rytuałem i chorą obsesją. Stale uciekanie od tego i złudne myślenie, że mam to wszystko gdzieś w końcu pękło w szklanym odbiciu i otworzyło nie zagojone rany.
Demony przeszłości dają o sobie znać i krążą nademną. Szukając słabego punktu do zaczepienia i zachęty do tego abym znów się poddała dając upust złym myślom.
Wciąż jak chora w omani twierdzę, że jestem przeklęta! A po prostu czuję się nieszczęśliwa w sobie samej. Nie mogą zapomnieć o brudzie swojego ciała i umysłu. Chcąc poczuć się czysta i wolna, aby gdzieś zaczerpnąc chwilę oddechu i poczuć się beztrosko szcześliwa. Jednak zmarnowałam wszeslkie szanse na odkupienie własnych grzechów i ciosów wymierzonych przeciwko sobie samej. Tak pragnąć każdą swoją myśl spalić w ogniu i dokonać rytualnego oczyszczenia. Zostawiajac po sobie czystą pustkę bez wspomnien i pamięci o sobie.
Płaczesz i krzyczysz, że wszystkiego masz dość. Czujesz jak krzyk rozpaczy wyrywa Ci serce i wołasz do niebios. Ale krzyk Twój jest tak stłumiony, że tylko ty go słyszysz i wszystko inne pozostaje tak głuche, aż martwe.
|
|
|
|
Uratuj mnie przed samą sobą.
|
Żyje każdym dniem tak jak bym była do tego zmuszona. Marnując każdą chwilę westchnienia. Stale upadając na ziemię i popłakując nad własną bezsilnością.
Żyję wszystkim co nie ma dla mnie znaczenia ani wartości. Czując że tak naprawdę staram się uciec od wlasnych mysli i uczuć. Z wielka w sobie porazką niespełnienia własnych oczekiwan. Zarazem jednak nienawidzę wokól otaczającego mnie świata fałszywych mord, które nigdy nie żywiły do mnie szczerych intencji. A jednak jakoś brnę byle moc kiedyś zasiąć i zastanowic się jaką iść drogą i ku czemu wciąz zmierzać?
Ciągle z czyms walczę i przed czymś uciekam, bez zadnego skutku czy chociazby najmniejszego sukcesu. To mimo wszystko staram się nieustannie poszukiwać lepszej strony tego chaosu. Chaosu, chwilami nie zdolnego do poukładania.
Smutne jest zdać sobie sprawę że nic nie cieszy, nawet jeśli wszelkie pragnienia zostają zaposkojone. Bo chodź się uśmiecham i rwę wszelkie brzegi do tego szczęścia to kładąc się nocą do łóżka z moich oczu nieustannie płyną łzy. A serce ogarnia smutek tak nieznośny, że chwilami zabijający. Gdzie nieustannie niesienie komuś pomocy wydaje się jedynym i ostatnim poczuciem jakiegoś sensu w życiu. Tylko jak budować ten sens jeśli samemu nie czuje się jego sensem? Dobre pytanie, na które niestety nie znaduję w sobie odpowiedzi.
Wyrwana na chwilę obecną z biegu nieustannej nauki i zaplanowania całych feri zimowych. Nie cieszy mnie myśl znikania na cale dnie z domu tylko po to by wyjśc z hołotą na miasto. W nie wiedzy gdzie podziała się we mnie ta iskierka życia? To mimo wszystko staram się uśmiechać nawet jeśli czuję jak przez to wywieram na sobie puste przekonanie o sztucznym szczęściu.
Tak siedząc i nie mogąc znaleść swojego miejsca w głowie nieustannie kroża tylko trzy myśli o nadaniu mi chwilowego spokoju w duszy i sercu. Plaza, piwo i żyletka. Niby nic wielkiego i tak osiągalnego a końzczące się jedynym wyrokiem. Mimo tęksnoty za tymi trzema cudownymi rzeczami w moich oczach wiem, że muszę zapomnieć o swoim nałogu i bez niego wyruszyć na samotny spacer. Czująć pod sobą mrożny pisaek zasypany śniegiem i doknąc zlodowaciałe morze, moje kochane morze.
Ostatnio nawiedzają mnie demony przeszłości, które nie pozwalają obudzić we mnie chęci na wybaczenie sobie błedów. Uczynionych świadomie w chwilowym zaćmieniu umysłu. I chyba nigdy nie będę gotowa na zbobycie się do tak wielkiej dla mnie rzeczy.. Idąc dalej bez celu poczukuję gdzieś czegoś co tkwi głeboko w moim sercu i nigdy nie umrze nie zależnie od karania siebie za grzechy.
|
|
|
|
Przegrywam
|
Może wcale nie powinnam rezygnować z większej dawki psychtropów gdy coraz częsniej psychika mi nawala. A jednak wiem że z drugiej strony przywoluje sie w mojej glowie jakas szalona mania brania tego wiecej wiecej do granic możliwości. Nie kiedy bez pochamowan mysl by tylko przedawkować i przelecieć się w świat własnych marzeń czy poprostu na druga stronę kopnąc w swój ostateczny kalenarz życia. Czasami nie pojmujac jak bardzo udany dzień może nagle przywowłac psymistyczne myslenie, pełne natretnych mysli i checi histerycznego placzu w ukryciu. Zdala od czeko kol wiek i kogo kol wiek. Po prostu byc samemu i drzec ryja gdzie tylko poniesie mnie wlasne uczucie. Tak wziąc żyletkę i do granic możliwości ciąc rece poki nie kapnie ostatnia kropla krwi. Nie wyleje się ostatnia łza z oczu. Kiedy nagle przestanę czuć tą nicość wypełnioną tak brudnymi uczuciami smutku i wszechogarniajacego w sercu cierpienia.
A jednak tłumie w sobie to wszystko, dusząc się z każdym dniem coraz mocniej do momentu kiedy nagle wszystko znów we mnie nie wybuchnie. Wszystko nagle rónie w dól razem ze mną by modlić się o ponowne dodanie sił i wyzbycia się tego co nie daje szans na lepsze zycie. Bo nawet ulotne szczescie nie daje mi na to żadnych szans. Zastanawiajac się nad tym gdzie podziała się ta wola bycia, doznawania wszystkiego tak namacalnie bez utraty w sercu wiary. Pozostajesz w tym zupełnie sam bez mozliwości uchwycenia się czego kolwiek byle dalej przetrwać ile sił w nogach. Dając tylko poczucie nieustannego spadania nie wiedzac kiedy nastaje koncowy upadek.
Kochana Śmiercio.
Przyjdź do mnie dzisiaj
Połóż się obok mnie
I otul mnie skrzydłem zwierciadła
I połączymy się w całości całość
I odpłyniemy na kres przepaści
Albo...do piekła
Do granic ciemności
Do bólu i krzyku
Do cierpień z przeszłości
Czy tam będziemy szczęśliwi - Śmiercio?!
A może lepiej do nieba
By czesać Aniołom warkocze
I wpijać się w zajętą miłość?
Śmiercio... Powiedz
Gdzie będzie nam lepiej...?
|
|
|
|
..Wciąz krzyczysz i wolasz ale pozostaje tylko cisza..
|
Nie wiem jak to dalej będzie. Czasami miejąc po prostu tego wszystkiego dość. Z przyczyn czasem nie wiadomych nie wiem dlaczego dalej to piekło ciągnę. Lecz kiedy nad tym się zastanawiam dochodzę tylko do jednego wniosku. Każdy posiada chęc i wolę do życia nie zaleznie od tego jak bywa źle. Ona nie opuszcza Ciebie, taki nas dziwny instykt samozachowawczy. Nawet nie pamiętam sytułacji w której przestałam się smiać i cieszyć z samego bycia tu i teraz. Nie znajduję w sobie powodu tego istotnego bym miała tak się czuć. A może po prostu tak wlaśnie ma być a nie inaczej.
Ostatnio spotkam się z zalotami facetów w moim kierunku. Ale nie daje żadnych szans na to by kto kol wiek się do mnie zbliżył. Wyznaczając stale granicę nie możliwą do przekroczenia. Zdając sobie sprawę, że krzywdy zadane przez poprzednich nie dają się tak po prostu wymazać z moich wspomnien. Zbyt swiezych i zbyt bolesnych. Na nowo brzydząc się boleścią dotyku, niezależnie od jego tresci. Czuję strach, strach który zmusza mnie do ucieczki. Wciąz jednak nie potrafię sobie wybaczyć, nieustannie czując zal do samej siebie. Jak mogłam się tak zachować? Dalej tego nie pojmuję chodź tylko jedna odpowiedz w moim umyśle się nasuwa, lecz nawet ona nie sprawia że czuje jakąs ulgę. Nie potrafię, to tak jak bym wcale siebie nie znała nie wiedziała kim w zasadzie jestem. Nie mam w sobie pozwolenia na wybaczenie tych okrucienstw ze swojej strony przeciwko samej sobie. I te echo w głowie słow dawnej psychoterapełtki: "Jesteś najwiekszym katem samej siebie" Kiedyś nie wywowyłało to we mnie zadnych emocji, dziś przerażam się tym. Ake jak poprzestac mam na tym jesli nie jestem wstanie zostawic spraw z przeszlosci, nie jestem wstanie zapomniec i nie miec poczucie winy?
No ale mimo tego staram się smiać i jakoś życ każdym nowym dniem. Znajdując miłe zajęcie w gotowaniu czy pieczeniu słodkości, bez których jakoś nie umiałabym i nie była bym w stanie poradzić sobie ze swoimi stanami smutku. Grunt bym szła dalej i dalej..
|
|
|
|
Gdy myśli się, że jest tak źle, iż już gorzej być nie może. A jednak może..
|
Czasami nie wiem co mam czuć ani co mam o wszystkim myśleć. Bo nie kiedy chodź przytłacza mnie same bycie tu i teraz w danym momencie. Nie zaleznie od wydarzeń od czego kol wiek. To siedzę i staram się wywalić z siebie wszystko co czuję co sprawia najmniejszy ból. Stając się czystą obojętnością nie kiedy jak by można było nazwać nicością. Nic nie porusza, nic nie sprawia przykrości. Ale też są momenty kiedy nagle w nieoczekiwanym momencie serce ogarnia siła. Siła, której nic by nie mogło wstanie zniszczyć. Miejąc cheć i wole zmian. Lecz nie mija chwila to wszystko gdzieś się ulatnia i pozostawia po sobie jakąś nie pojmowaną przeze mnie pustkę. Pustkę, będąca zawsze poczatkiem pesymistycznego spostrzegania. Bo odeszła myśl, że wszystko jest depresją bo ile można jeśli wystarczy fakt ciągle brania pigułek, które niby uleczą mnie z tej chroby. Stale stawiając jej czoła na przekór temu co się odczuwa i nie kiedy pragnie. Tak błogo oddać się znów w jej wir i zacząc wariować. To jednak wystarczy mi tego na tyle by zrozumieć tak wiele. Wystarczy by pojąc jakim wariactwem jest zycie od bycia samym wariatem kiedy zyjesz w swoim pięknym świecie..
Zastanawiam się pytajac sama siebie wrecz rozmawiając ze swoim wewnętrznym ja. Jak mam być szczęsliwa jak mam się smiać i krzyczeć w otchłań jakie to nie przepełnia mnie szczęście. Gdy z boku słyszę krzyk ciszy pełnej błagania o pomoc, cierpienia i tysiąca wylewanych stale łez. Jak się cieszyć gdy bogaty żyje w luksusie gdzie jego sąsiad żyje w biedzie licząc ostatni gorsz w portfelu. Jak? Gdy jeden się cieszy miłością bliźniego a drugi obojętny dla wszystkich modli się o skrawek najmniejszej czułości. Stale mogąc wymieniać w nieustanna nieskonczonść. Bo niby każdy mi powie że wszystko musi stanowić równość jak dobro i zło. To spogladając z boku nie widzę tej stabilności. Dostrzegam jedynie brak wewnętrznej dojrzałości i w powietrzu wiszący egoizm. Zdając sobie sprawę, że głuchy lepiej słyszy i ślepy lepiej widzi od tego całego chorego społeczeństwa. Nie wiem czemu przepełnia mnie taki żal. Może z świadomości stykania się z tym co zwę ludzką obojętnością. To mimo tego miło jest jeszcze czasem poczuć, że coś może dać chodź odrobinę radości i wywołać szczery uśmiech płynący z serca.
Zaraz miliony przywita Nowy Rok a ja o tej jeden rok się postarzeję. Dobrze pamiętając słowa że kiedy ukończy się osiemnastkę to lata będą biegły tak szybko, że już czasowi nie będzie się w stanie dorównać. Dziś własnie zdając sobie z tego oczywistą sprawę. Ale czy nie czas na zmienia, nie uczy i wiele przynosi nie kiedy często wiele zabiera? Jedno wiem na pewno iż każdy dzień jest mądrą lekcją. Nawet jeśli czasami doceniając wszystko co się ma nie do końca czyni nas szczęsliwymi. Bo najtrudniej jest oszukać słuszność odczuwanych uczuć w taki a nie inny sposób.
|
|
|
|
Pytasz o sens życia nie znajdując odpowiedzi
|
Tak patrzę na swojego bloga i myślę jak dużo zaprzepaściłam stale opuszczaniem go. A przecież tak wiele tutaj miało miejsce, tak wiele zrodziło się pięknych rzeczy. Trwałych przyjaźni, które gdzieś mi umkneły i poszły swoją drogą tak jak ja. Tam gdzie nikt nie jest wstanie mnie dosięgnąc ani czuwać gdy codzienność przekracza wszelkie możliwości mego umysłu.
Wciąż gdzieś siedzę w tej swojej mrocznej samotności nie dopuszczając wiekszej bliskości do swoich dzwi. Bo po co gdy wszystko i tak swój kres ma. Niezależnie od tego jak wydawać by się mogło że się człowiek stara. Ja chyba przestalam sie starać na tyle by to wszystko zatrzymac. Chodź bolesne się to wszystko wydaje nigdy nie wróci to co kiedyś nadawąło największy sens życia. Sprawiało że mimo upadania, szło się dalej z nadzieją na lepsze jutro. Dziś nie ma z tych rzeczy zupełnie nic, zostając zupełnie samemu z własnej ręki. Może gdzieś nigdy do końca nie umiałam uwierzyć w wartość jaką mogłabym kiedyś dla kogoś stanowić. Pytanie jak? skoro wobec samej siebie tego nie czułam.
Z drugiej zaś strony jakoś śmieję się sobie w twarz bo komunikacja nigdy nie stanowiła dla mnie problemu a uciekam od wyjść w miasto, od znajomości. Nie zaleznie od poczucia bycia słuchaną w końcu nadchodzi dzien w którym przekonujesz się o błednej opini. Gdzie każdy zaczyna mieć Cie w dupie gdy zdobęcie Twoje zaufanie na tyle by przyjśc kiedy będzie tego potrzebować nie liczać się z potrzebami drugiej strony. Przyaciół dziś nie ma a jeśli stanowią jaką cząstkę świata to już bywa żadkością. Żadkością nie daną mi możliwości. Bo co do interenetowych znajomości każdy swoje już wie że jak już jest.. Jakie miłe jest uczucie kiedy każdy pierdoli jak Cie kocha że nawet zwykłych życzeń nie uczyni wysłać. Może właśnie tak ma być? To wszystko czasem nie ma najmniejszego sensu.
Nie ma chwili kiedy bym się we wszystkim nie powtarzała. Ale czy coś zmienia, czy coś ulega zmianie? Nie gdy nawet na ta codzienną motnotonię gdzie warto czasem być ślepym i na tą cała okrótną rzeczywistość daje poczucie obcości i niechęci do dalejszej egzystencji. I niech ktoś mi powie jaką wartość stanowi życie jeśli nie ma się szans na jego godne doświadczanie? Wydaje mi się że wartością jest wieczna męga cierpiania, którą być może kończy śmierć albo daje jej nowy początek. Tyle nie kiedy odpowiedzi, że żadka nie wydaje się być wiarygodna tylko ta wiara ma zatąpić nam jedynie strach jaki tkwi w sercu, clele, umyśle w duchu wszędzie. Ja jednak myślę sobie że czasem nie wierzę nawet w tą cała prawdę o własnym istieniu. Gdzie wszystko wydaje się być jakimś nie kończącym się koszmarem. Nie umiem od tylku lat spojrzeć chodź trochę optymistycznie na to wszystko i nie spojrzę.
|
|
|
|
|
|
|