|
archiwum 2004
archiwum 2005
archiwum 2006
archiwum 2007
archiwum 2008
archiwum 2011
archiwum 2012
|
|
|
Znowu Bryll. Żywo-bolesny. Bo parę dni temu świętowaliśmy (jak?) Zwiastowanie. A niedługo będzie Hosanna. Potem Na Krzyż Z Nim. Nie znam tego Człowieka. I znowu Hosanna. Alleluja. Czy da się inaczej???
Anioł niósł zwiastowanie
Ciężko jak złoty kamień
Albo jak krwawy owoc
Płakał nad każdym słowem
Bo co miał powiedzić tej małej
Co bezradnie pod niebem uklękła
że tak straszna będzie dziecka męka
Co się właśnie zaczyna w jej krwi
że sam Bóg u wieczności drzwi
Czeka
Na Jej nie albo tak
Jaki dała przedwiecznemu znak
By mógł dotknąć jak człowiek człowieka
|
|
|
|
|
Już drugi dzień gimnazjaliści z Gima nr 2 na Mokotowie znoszą cierpliwie moje smęcenie. Wczoraj pojechałem m.in. Powstaniem. O Panu Bogu było mało. Dziś więcej. Jak na stereotypy dotyczące gimnazjalistów, a czasem przykrą rzeczywistość, jestem bardzo miło zaskoczony zasłuchaniem. Godzina to długo. Ale tradycja zobowiązuje. Obecnie szkoła nosi imię Kawalerów Orderu Wojennego Virtuti Militari. W konspiracyjnym mieszkaniu w budynku sąsiadującym z Sanktuarium św. Andrzeja Boboli za akcję w Pińsku Virtuti wręczono cichociemnemu mjr Janowi Piwnikowi, "Ponuremu"... Powiedziałem młodym o tym. I męczyłem ich m.in. Hemp Gru (z Mokotowa), 63 dni chwały... Szczęściarze, codziennie na wyciągnięcie ręki mają echo tej chwały. Oby dorośli na miarę swoich Poprzedników. A rekolekcje w pewnym sensie rozpocząłem już w poniedziałek. Przed południem spędziłem sporo czasu na Powązkach Wojskowych. Zbierałem myśli. Prosiłem o siły. Świętego Andrzeja Bobolę również. Działa...
|
|
|
|
|
Warszawo, moja Warszawo, piękna Warszawa, jestem przy Tobie... właśnie słucham chóru Juranda... na Rakowieckiej. Powróciłem. Nie na długo, ale i tak po raz pierwszy od paru lat na dłużej niż na 3 dni. Tym razem na ponad 2 tygodnie. :D Rekolekcje dla Gim-2 i dla Liceum Kochanowskiego w zestawie. :)) Ale pierwszy szok i tak przeżyłem w środę, kiedy tylko na parę godzin zagościłem w stolicy. Na moment nawet się przeraziłem, że ACTA weszły w życie w pełni w najgorszej wersji. Zaledwie zdążyłem wyjść z pociągu z Wrocławia na Centralnym i dojść na przystanek tramwajowy, a tu... już pierwszy telefon po wielu latach ;-P Czujniki na rogatkach zamontowali czy co?! ;-))) Ale cóż, nie na wakacje tu przyjechałem...
|
|
|
|
|
Ale gwiazd w kurorcie było i jest więcej. :D Nie byłby to dla mnie czas prawdziwej próby, gdybym zmagał się tylko z wiekiem (podeszłym), cierpieniem i chorobami. Trzeba było stawić czoła również wiekowi ;-P, zdrowiu i...zdrowiu. :D hehehe Zawartość alkoholu w spirytusie bywa mniejsza niż siły życia w żeńskim personelu :D Z bezpiecznego (chwilowo) dla mnie miejsca pozdrawiam więc te, od których tak wiele się nauczyłem. Bo żarty żartami, ale cierpliwości, pokory, profesjonalizmu... itd.itd. miałem się od kogo w Baranówce uczyć. Starsze (jest taki tytuł) pielęgniarki Ewa i Małgosia. Rehabilitantki Aga i Ol(g)a. Emilka (od wszystkiego) :D. Ania (managerka). I pozostałe siostry. Tu nie wymieniam imion, bo pominięcie choćby jednego oznaczałoby dla mnie ukrywanie się przez lata przed gorzej niż śmiertelnym niebezpieczeństwem... hihihihi A chciałbym tam jeszcze od czasu do czasu powracać. Pensjonariuszom (też) obiecałem... The war is still going on... ;-P
|
|
|
|
|
Ś.p. Ś.p Pani Jadwiga, "Dziadzio" Władzio, Pan Zbigniew... zaczynam wspomnienie od Tych, którzy są już w Niebie. Kiedy Człowiek odchodzi naprawdę głupie się wydaje zachowywać w pamięci to, co było trudne. Dobro pozostaje jako wieczne. I tak jest dobrze. A sztuką pozostaje w ciągu życia zapominać złe, a pamiętać dobro. Z tych w tzw. kurorcie ;)) którzy wciąż są i do których próbuję i będę wciąż próbował powracać to, oczywiście, mój ulubiony Pan Edwin. I Mariusz. I Tadeusz z Markiem. I Pan Tadeusz D., tato Grzesia. I Panie. Czekające na mnie Panie: Irenka i Władysława :D I Pani Jadzia z Ciekawą Ksywką ;-P I Pani Janina. I Jadzia, i Henia, i Pusia, i Teofila... A każdy człowiek to konkretne wspomnienie, konkretna historia. Człowiek. I nie trzeba wymyślać sensu. Jest. Potrzebuje. Jest potrzebny. To wszystko tylko słowa... A czekanie na...u wszystkich nas wygląda podobnie.
|
|
|
|
|
A po Gdańsku nastała Baranówka. To taka przepiękna osada koło Trzcińca. A Trzciniec niedaleko Lubartowa. Lubartów położony jest ok. 20 km na północ od Lublina. A Lublin... to każdy powinien wiedzieć. O ile skończył (samodzielnie) podstawówkę. ;-P Heh, miejsce piękne, choć zasięg telefon (w Orange) miał tylko czasem. Zależy, skąd wiał wiatr. Ja się troszkę podśmiewam, ale czas spędzony w Baranówce wyrył się w moim sercu na zawsze. Trafiłem tam do Geriamedu (ośrodek rehabilitacyjno-leczniczego im. św. Faustyny Kowalskiej) na tzw. próbę pokorną. I ta próba dała mi lekcję (wcale nie tak zwanej) pokory. Co prawda na dzień dobry musiałem wobec każdego z osobna dementować plotkę, że jestem... misjonarzem. Autora plotki nie ustaliłem ;-)) Oprócz tego większość pensjonariuszy spodziewała się otyłego księdza zakutanego w sutannę, który odprawi raz dziennie Mszę Św. i będzie się migał od innej służby. Te oczekiwania też, w znacznej części, zawiodłem. Pierwszą pobudkę zaliczyłem o 4.45, potem barłożyłem się czasem aż do 6.30... A kładłem się różnie: czasem już ok. 21.00-22.00, czasem znacznie później. Obawiam się, że w jednej notce nie zmieszczę wszystkiego, co chciałbym napisać. Pokochałem pensjonariuszy bardzo szybko. Personel zresztą również ;-P Było o tyle łatwiej, że (nie licząc Doktora i pana Sławka - złotą rączkę) z facetów na stałe był tylko Irek. :-))) Irek to prawdziwy gość, dzięki niemu można uwierzyć, że na świecie są jeszcze fajni faceci. Szacun za jego postawę wobec ludzi. Potoczne określenie k.o.-wiec źle się kojarzy, ale Irek z czasu poświęcanego ludziom, w większości w dojrzałym wieku, uczynił prawdziwą sztukę. A każdy człowiek w Geriamedzie to osobna historia... Niezależnie od przeszłości, dziś bywa trudne. Bo trudno samemu skorzystać z toalety. Bo bliscy odwiedzają bardzo rzadko. Bo chce się wciąż tego, czego nie można...cdn.
|
|
|
|
|
Łacińska dewiza z Herbu Wielkiego Miasta Gdańska. Po ponad dwóch miesiącach niebytu powróciłem na stare śmieci ;)) Cóż mogę napisać? Wróciłem do siebie. I u siebie będę tu za każdym razem. Nie ma to jak poranna herbata (rzadziej kawa) w Credo ;-P I oczywiście wiele innych radości znajduję każdego dnia i nocy w Wolnym Mieście. :D Kiedy opuszczałem, po paru tygodniach, to piękne miejsce to nawet żywioły (z pomocą czynnika ludzkiego) sprzysięgły się, bym pozostał w Trójmieście. Podmyty nasyp kolejowy, pożar w stoczni...i nic. Wyjechałem. Ale wrócę... :-)))
|
|
|
|
|
Im dłuższy mija czas od Wielkich Rekolekcji tym trudniej mi ubierać w słowa moje przeżycia. Siłą rzeczy pozostają w pamięci sprawy dziejące się na zewnątrz. To, co w sercu, pozornie zanika, obumiera. Oby jak ziarno, dla większego owocu w przyszłości. W trakcie tych 30 dni przeżywanie każdego zdawało mi się łatwe. Dopiero po zakończeniu, kiedy obejrzałem się wstecz, zdziwiłem się jak wiele przeszedłem i jak daleko, nie o własnych siłach. Było i przeoranie całej przeszłości, z dobrem, ale i z moimi grzechami, pomyłkami, złem i głupotą. Całkiem wielką głupotą. Ale Jezus przecież przyszedł powołać grzeszników... Ot, pociecha.
Chociaż po kontemplacji ad Amorem pozostała radość i (s)pokój, to i tak łatwo wcale nie ma. Dopiero w niebie dowiem się czy w pewnej chwili mego życia zachowałem się jak bohater, czy straszny tchórz... I tak musi zapewne pozostać. Całkowitej pewności człowiek myślący nigdy nie osiągnie. Musiałby przestać myśleć. I czuć. No właśnie, czuć... Wybór, by zauważać, przyznawać się (przede wszystkim przed sobą) i godzić się z tym, co jest w sercu nie jest łatwy. A próba unikania znieczuleń czasami może przyprowadzić w pobliże szaleństwa. A może nawet ciut dalej...
Poza tym przez większość czasu było ciepło, cudownie świeciło słońce, Tatry były piękne, zęby bolały, górna jedynka wypadła (i wcale nie po raz ostatni owego roku), grypa żołądkowa i wiele innych atrakcji... :D
|
|
|
|
|
Nie wszystkie notki były i będą relacjami. Czytacie je wszystkie zresztą na własną odpowiedzialność i dobrowolnie. Nieprawdaż?! ;-))
Parę dni temu znalazłem, choć nie szukałem, więc może raczej zostałem znaleziony (sam nie wiem). W moje ręce trafił zbiór poezji Ernesta Brylla. Wykąpałem się w nim. Ciągle nie mogę się z niego wydostać, wyrwać... I nie chcę.
Dla was tylko mała próbka. Niektórym zapewne znana. Tytułowa Rozmowa...
Czy przyjdzie czas, że zatęsknimy choć do nienawiści
Jaką miał Judasz - bo w niej żyła miłość
On nie wędruje z Bogiem tak jak my poszliśmy
Spokojni, bogobojni jakby nic nie było
Pewno - nikt z nas nie zdradzi bo i co ma sprzedać
Nawet gdy chleb i ryby były pomnożone
Myśmy jedli półgębkiem. Nazbyt były słone
Nie dla nas to jedzenie. Każdy ma w kieszeni
Własne śniadanko. Potem do obiadu
Spacerek i Msza święta. Wreszcie gadu, gadu
I na cmentarzu kawałeczek ziemi
Nikt z nas nie był Judaszem. A więc na pomniku
Wytną 'Ave Maryja' Kościół nas pochwali
Krzyżem odznaczy jak swych męczenników
Jakbyśmy kiedy pod tym krzyżem stali.
|
|
|
|
|
Z Wrocławia do Zakopanego, potem Wrocław (krótko), Gdańsk, Baranówka k/Lubartowa, Garwolin, Warszawa, znów Wrocław. Na krótko. Potem znów Warszawa, być może Ziemia Święta, Gdańsk (na moment), Wrocław. Heh, rok na walizkach, a właściwie na wojskowym worze z demobilu. Z jednej strony wciąż coś nowego, z drugiej - wraz z wiekiem - coraz większa tęsknota, by osiąść gdzieś na stałe, zakorzenić się, usiąść na werandzie i... zaznać spokoju. Hm, ciekawe jak długo bym wytrzymał, gdybym się tego w końcu doczekał. ;-))
Powinienem zacząć od podziękowań, ale zacząłem od wzdychania. Dziękuję!!! Wszystkim, którzy myśleli o mnie, modlili się, wzdychali, tęsknili, męczyli się moją obecnością lub nieobecnością. Bez Was nie dałbym rady. Ani wczoraj, ani dziś, ani jutro. Świadomość, że ktoś gdzieś tam jest i... wiecie o co chodzi! :D Dziękuję!!!
Milczałem tak długo, bo przez zdecydowaną większość czasu nie miałem dostępu do komputera, sieci itp. gadżetów. Dla mnie miało to też dobre strony.
Nie wiem, czy mam szerzej rozwinąć się na temat tego gdzie byłem, co robiłem, co się ze mną działo. Moja próżność walczy tu z lenistwem. Co ma zwyciężyć?! ;-P
A od paru dni, odkąd wróciłem do Wrocławia, zasłuchuję się w jednej piosence. Ostatnia kula - Lecha Makowieckiego. To piosenka z filmu Historia Roja czyli w ziemi lepiej słychać. Filmu, który z pewnych powodów - jeśli chcecie odkryjcie jakich - nie może wciąż trafić na ekrany kin. A powinien... Sapienti sat.
|
|
|
|
|
Dziękuję.
Przepraszam.
Proszę.
Ruszam w drogę.
Bye.
Do miłego...
|
|
|
|
|
Powoli szykuję się do kolejnych podróży. Jutro będzie ta krótsza i łatwiejsza, 369 kilometrów z ulicy Stysia we Wrocławiu do domu rekolekcyjnego w Zakopanem. Od soboty wieczorem zaczynam(y) miesięczne zamilczenie i podróż wgłąb siebie. Wielkie ryzyko, że odnajdę nie głębię a głąba w sobie. Chociaż to także zysk. Prawda wyzwala.
Dlatego proszę, błagam, żebrzę waszej pamięci i modlitwy...
Przyjmę każdy grosik.
Już, z góry, Bóg zapłać!!!
AMDG
|
|
|
|
|
Może to banalna historia. Może wszystkim dobrze znana. Ale mnie mocno porusza.
Cyla Cybulska. Jerzy Bielecki. Żydówka z Łomży. Polak z kielecczyzny. Oboje więźniowie Auschwitz. On z pierwszego transportu, numer obozowy 243, trafił do KL AUschwitz I w czerwcu 1940 roku. Ona trafiła do Auschwitz II - Birkenau w styczniu 1943 roku. Piekło to nie miejsce na miłość. A Oni się tam spotkali. I zakochali. On obiecał, że zabierze Ją z tego piekła. Dotrzymał słowa. 21 lipca 1944 roku wyprowadził Ją z obozu. Musieli się rozdzielić. Obiecali sobie odnaleźć się po wojnie. On wysłał Ją do swej rodziny. Przeżyła wojnę. On trafił do lasu, do AK. Po wojnie Jej powiedziano, że zginął. Jemu - że Ona wyjechała do Szwecji i tam zmarła.
W maju 1983 roku Ona, mieszkająca w Nowym Jorku, dowiedziała się, że On jednak żyje. Zdobyła Jego numer telefonu. Zadzwoniła w środku nocy. Rozmawiali wiele godzin. 18 czerwca 1983 roku przyleciała do Polski. On czekał na Nią z bukietem róż. 39, po jednej za każdy rok rozłąki.
Cyla zmarła w 2006 roku.
W tym samym roku On był jednym z tych, którzy przy bloku 11 w Auschwitz spotkali się z Benedyktem XVI.
Jerzy dołączył do Celi pięć dni temu.
Wierzę, że są szczęśliwi razem.
Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają
i muszą się spotykać aby się ominąć
bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze
piszą do siebie listy gorące i zimne
rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty
by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało
są inni co się nawet po ciemku odnajdą
lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać
tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął
byliby doskonali lecz wad im zabrakło
bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej
niektórzy umierają - to znaczy już wiedzą
miłości się nie szuka jest albo jej nie ma
nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek
są i tacy co się na zawsze kochają
i dopiero dlatego nie mogą być razem
jak bażanty co nigdy nie chodzą parami
można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem
Tyle ksiądz Twardowski.
Ale cóż księża mogą wiedzieć o Miłości?!
Pana dał, Pan zabrał.
Pan odda.
Baruch HaSzem Adonai.
|
|
|
|
|
To święta prawda. Nieustannie przekonuję się o tym. Czasem myślę, że nie zasłużyłem na tyle dobroci i życzliwości, jakie są mi dane. Dlatego czasem tak ciężko wzdycham, bo wiem, że życie jest zbyt krótkie i nie jestem w stanie odwdzięczyć się za każde dobro. I wielkie, i małe.
Po paru latach intensywnej pracy padł twardy dysk w moim komputerze. Jeszcze rozegra się walka o odzyskanie choć części danych. Może do wiosny się uda :)) Na razie dzięki Przyjacielowi, po paru dniach pustyni, mogę korzystać z czyjegoś komputera. A za dwa tygodnie i tak rozpocznę dłuższe milczenie. 30-dniowe Wielkie Rekolekcje w Zakopanem. Ale to za dwa tygodnie :D
|
|
|
|
|
Koniec żartów, panowie, zaczynają się schody...
To oczywiście słynne słowa de Lasalle'a podczas konnego szturmu na piętrze pałacu w Perugii. Wykorzystywane również przez cudownego Wieniawę na końcu niemal każdej imprezy ;-P
Aktualne. W różnych wymiarach.
Dziś dzień silnych emocji. Na konferencji przed południem zaproszenie do przeglądu osobistej historii życia. Ze wszystkim, co daje poczucie dumy, ale także z dotykaniem spraw, o których wolałbym nie pamiętać. Przede mną dotykanie zarówno blizn, jak i otwartych ran. Nie na darmo III probacja w Towarzystwie Jezusowym nazywana jest Szkołą Uczuć. Sporo nauki mnie czeka w tej szkole. Ale pragnę być pilnym uczniem. Choćby bolało. Może to nawet i lepiej.
Po południu wybrałem się na długi spacer. Trochę planów, trochę improwizacji. Jak zawsze.
Wrażeń moc. Jak zawsze.
Dotarłem do placu Tadka Jasińskiego. Sprawdziłem któż zacz. Wszystkim radzę. Nogi się pode mną ugięły. Pierwsze (dziś) łzy. No i wstyd, że do tej pory nie wiedziałem...
Pomnik Pomordowanych na Kresach. Kolejne łzy. I wyryte na kamieniu słowa podziękowania tym sąsiadom, którzy pomagali, a nie mordowali...
Jakby łez było mało, dotarłem do Anioła Zagłady. Katyń, Charków, Miednoje. Niesamowity pomnik. Żywa rana. Matka z synem. W jej rękach przestrzelona głowa. Ciało syna bezwładne, ręce z tyłu związane. A Ona wpatrzona w Anioła. Z pytaniem w oczach. O sens. Dlaczego? A na mieczu k****** sowiecka gwiazda. Odpowiedź?!
W pobliżu galeria handlowa. Pełna ludzi. Też czegoś tam szukają.
Czasem tak niewiele potrzeba, by zobaczyć coś lepiej. Prośba, by pomóc. Czy mogę wrzucić wózek inwalidzki do bagażnika? Pewnie, że mogę. Dzięki. Dzięki. Paweł. Ryszard. Tylko kto tu komu bardziej pomógł?!
Czasami wystarczy dostać jeden email, by oddychać łatwiej. :))
|
|
|
|