Blog: 398016 blogów  Forum: 162807 postów  Galeria: 92934 zdjęcia !  On-line: --

 COOLTURA

 SPORTY

 GALERIA

 BLOG

 GRY

 GRONET

 KOMÓRKI

 ŚCIĄGNIK

 E-MAIL
  |     |  Twój profil  |  Spis blogów  |  Kontakt  |  FAQ  |  Regulamin  |  Pomoc
BLOG: my .weird. path
    nast >>
Czy to możliwe?!
Cóż za dziwny zbieg okoliczności, żyję!
Od dłuższego czasu nie pisałam, wiem, to tylko i wyłącznie moja wina, ale jakoś nie mogę się sprężyć, żeby dotknąć klawiatury. Dopiero moment, w którym na powrót przyrosłam do komputera za sprawą internetowego poszukiwania prezentów na święta, sprawił, że ponownie tu zajrzałam. Mój październik była bardzo ciężki ,a w listopadzie chorowałam, ale teraz, jako człowiek o rok starszy, zdecydowałam się tutaj zajrzeć. Już prawie nie umiem pisać na klawiaturze!
Podświadomie pragnę zimowego krajobrazu. Śnieg jest materią tego chłodu, który powinien nas otaczać. Ten biały puch jest niezwykle przydatny - rozjaśnia ciemną o tej porze roku część naszej planety. Mam dość tej nieustającej szarości i brzydoty. Nie lubię tego! Podziwiam za to świat w odcieniach bieli. Jest niezwykły. Czekam tylko, kiedy zasłona pokryje wszystkie chodniki, ulice, dachy. Kiedy trudno będzie się poruszać, bo wszelkie ścieżki były oblodzone. Muszę przyznać, że czas, w którym na chwile pojawił się śnieg był dla mnie bardzo szczęśliwy. Kiedy znów? Oby szybko!
Krok po kroku, zbliżają się do nas święta. Wszelkie istoty w mojej szkole pocieszają się, że pozostało nam tylko dziewięć dni pracy żeby wreszcie nadeszły upragnione dwa tygodnie - w tym roku, wraz z odrobionym drugim stycznia - swobody. Wszyscy już się zagrzewają. A ja, jak zwykle podczas takich przerw nie zamierzam się zupełnie przejmować nauką. Jeżeli ktoś nie wierzy, że można nic nie robić w tym kierunku przez dwa tygodnie, miesiąc, dwa miesiące jest osobą, której należy się współczucie. Bo najbardziej na świecie uwielbiam odbierać należy sobie odpoczynek. Dlatego, gdy na to czas, uczę się ile trzeba - żebym mogła leserować! Już nie mogę się doczekać, co prawda przede mną jeszcze prawie tyle roboty, co będzie później tego wolnego, to przecież, kto by się tym przejmował. Wtedy zawsze jest inaczej. A wszelkie sprawdziany czekające mnie jeszcze... hm... nie są ważne.
Przeżywam tymczasowe otumanienie twórcze i mam problem z lewym okiem. Hm... Niedługo go pokonam, a tymczasem bardzo brak mi czytania. Mam nadzieję, że z powrotem tutaj uda mi się te zaległości nadrobić.
Dość na dziś. Mam nadzieję, że następna notka bliżej niż za trzy miesiące.
[komentarze]  (3) [23:20 08/12/08]
 
(...) Nawet wskazówki
Kiedy uciekałam stąd na moment, w powietrzu zaczynał unosić się zapach słonecznych wakacji, wszystko rodziło się do życia, dziewczęta rozpoczynały około miesięczny etap rozbierania się, dyrektor mojego uwielbianego liceum zaczął marzyć o tak zwanym "czasie letnim", czyli możliwości nie zakładania żakietów uznawanych za mundurki. Był to okres, w którym każdy zaczynał spostrzegać światełko w tunelu, koniec roku szkolnego, był niczym błogosławieństwo przedterminowego zwolnienia z długiej odsiadki.
Obecnie w powietrzu unosi się i coraz silniej oddziałuje na ludzi zapach zimy, słońce coraz rzadziej wygląda zza chmur. Włącza się stan depresyjny. Coraz więcej rzeczy zaczyna mnie denerwować. Znajduję się pod silnym wpływem stresu, który nadspodziewanie źle oddziałuje na mój organizm. Mój biedny drewniany przyjaciel (zakupiony na początku wakacji) cierpi na coraz większe bóle stawów. Ot wykręcać jego członki coraz bardziej i bardziej, to czynność, na której najbardziej mi zależy. Biedak, chyba mnie znienawidzi, cóż, zgodził się być moim nabytkiem za trzydzieści złotych, więc chyba nie ma za wysokiego o sobie mniemania. W szkole, jak zwykle wariacje, wariacje na temat wszelkich przedmiotów. Obiecałam sobie, że skupię się na przedmiotach, które znajdują się w strefie moich bardziej przyszłościowych zainteresowań, a fizyka w mojej szafce, z której sprawdzian diagnostyczny z pierwszej klasy mam nie dalej jak pojutrze, leży odłogiem, nie niepokojona przez ludzkie ręce. Jutro to przejrzę. Po południu. Z takim podejściem nie mam co liczyć na za dużo, ale naprawdę, naprawdę mi się nie chce. Mam dość dwóch poprzednich tygodni siedzenia nad książkami ze względu na głupią fanaberię dyrektora, którego zmusiło do niej chyba tylko to, że moje szlachetne liceum zostało wyróżnione wojewódzką "inauguracją" roku szkolnego. Phi!
Mieszanka nastrojów smutnych i euforycznych, przypomina mi tylko depresję, Nie potrafię się ze sobą porozumieć. Na szczęście rzadko okazuję emocje.
I tak na pewno jutro będę kuła się cały dzień.
Ten post tylko mnie w tym upewnia.

Widzieliście może Buntownika z wyboru? Ja czuję się, jak ten profesor z MIT. Owszem zdolny, ale przy geniuszu zaledwie człowiek, który potrafi zrozumieć normy ("Ty nie umiesz tego rozwiązać. Przykro mi patrzeć, jak nie radzisz sobie z tym dowodem"). Goniący tak naprawdę nie za tym, co najważniejsze, ale za pozorami. Za czymś, co wydaje się mu wpojone, mający złe priorytety. Tak jak ja.
Oglądałam ten film ostatnio, zajmując się, jak zwykle w moim przypadku o godzinie ósmej wieczorem, lekcjami. Dotarło to do mnie (oglądałam ten obraz wcześniej, ale nie pamiętałam go za dobrze) i zdjęło mnie smutkiem i pewnego rodzaju niepokojem. Nie mam już nic sobie do powiedzenia. Bywam żałosna.
Czytałam sobie opinie na temat filmu, na pewnym portalu i jeden komentarz skłonił mnie do spojrzenia na niego w kontekście bardzo aktualnym, jeśli wziąć pod uwagę program edukacji. Czyż różnica między pojmowaniem świata psychologa i profesora nie kojarzy się z wielką wojną romantyków z klasykami? Niezależnie jak bardzo doceniam poczynania tych pierwszych, nigdy nie wyjdę poza chłodne ramy drugich.

Jestem malkontentką, zamkniętą do granic w sprawach kontaktów międzyludzkich. Po trzech tygodniach codziennego kontaktowania się z jakimiś osobami czuję sę zupełnie wycieńczona. Choć nie rozmawiam z nimi dużo, czuję, jak wyczerpuje się moja dzienna norma słów. W mojej psychice jest odrobina autyzmu, z którego nigdy się nie wyleczę, ot taki mój los.

Jak zwykle okropnie smutno, ech... Nie jestem dobrym człowiekiem, nie jestem w stanie pogodzić się z sobą.
[komentarze]  (5) [23:28 20/09/08]
 
Kilka radosnych uwag, frustracji
oraz
niezwykle (nie)ciekawa opowieść o przypadkach Taranah
Jeżeli mieliście nadzieję, że już nie żyję, pomyliliście się. Powracam, jak zawsze zbrodniczo, niespodziewanie...
Ku słodyczy mego serca, nareszcie wakacje. Wyczekałam z tą notką, wiem, ale nareszcie mogę przekazać jakieś radosne informacje. Jestem osobą niezwykle stałą, a zatem cały rok skończyłam ze średnią równą, całkiem taką samą jak na półrocze. Ale dość o szkole, bo o tym naprawdę, szczególnie teraz, nie ma co mówić.
Zacznę od koncertu. Chociaż siedziałam w miarę daleko od sceny i ledwo widziałam PJ (tak, a do tego mój słaby wzrok...), to i tak było niesamowicie. Możliwość zobaczenia na żywo człowieka, którego doceniasz i którego nigdy nie przypuszczałeś, że będziesz tak blisko (no wiecie, zawsze to było tylko kilkanaście metrów) jest po prostu niewyobrażalna. Były piosenki nowe i stare, Polly zdradziła, że chociaż wszyscy tak sądzą, nie jest to jej pierwsza wizyta w Polsce - kiedy była nastolatką jedna z jej pierwszych tras koncertowych w zespole Johna Parisha odwiedzała właśnie nasz kraj. Bawiłam się doskonale, a artystka użyła całej swojej magii, by zaczarować publiczność, w tym mnie. Było wesoło, a Harvey podchodziła do siebie z niezwykłą, jak na artystkę światowej sławy, skromnością. Usiłowała nawet zagrać "Lying in the sun" na życzenie jednego z słuchaczy, jednak nie pamiętała akordów... Sądząc po tym, że Kongresowa to naprawdę duża sala, koncert wcale nie był tym, czego spodziewają się zwykli ludzie - widowiskiem, ale Polly stworzyła między sobą, a uczestnikami koncertu pewną intymność. Każdy czuł się zaproszony, a nie był tylko obserwatorem. Bardzo mi się to podobało.
Ostatnio bardzo żywiołowy w moich notkach temat szaleństwa sprawdza się niezwykle w moim obecnym stanie. Moja całkowicie zdarta i odrapana noga wydaje się być tego oczywistym przykładem. Ale tutaj rodzi się pytanie, jak tak naprawdę zdobyłam moje rany. Odpowiedź mogłaby być prozaiczna - coś w typie: "spadłam z roweru", bo to też przecież jest powodem jednej z ran. Nie jest to mimo wszystko historia najbardziej barwna i zabawna. Tej ranie mogłabym nie poświęcać uwagi. Otóż najwięcej problemów dostarczyło mi spadnięcie do rowu. I to nie byle jakiego! Od kiedy rozkopali całą moją ulicę codziennie rodziło się niebezpieczeństwo. A dół się rozrastał. W chwili tej komicznej sytuacji miał może metr dwadzieścia, a może nawet metr pięćdziesiąt. Nie pamiętam doskonale, poza tym było ciemno. Co zadziwiające, powodem mojego wypadku było nie ociemnienie alkoholowe, ani nawet lekkie zamroczenie, gdyż tego dnia byłam trzeźwa jak nikt z towarzystwa. Mój występek polegał na tym, że idąc za chłopakami napotkałam na nieco wąską sztachetę, po której odważyłam się przejść. Wydawało mi się, że moi poprzednicy też przebyli drogę w ten sposób, a poza tym nie chciałam skakać przez ten rów. Pierwszy krok się powiódł. Przy drugim deska zaskrzeczała paskudnie i nim się obejrzałam znajdowałam się na dnie dołu. Oj, nie lada to była gratka dla chłopaków, którzy zaśmiewali się, przemierzając "okopy". Na szczęście, zawsze można liczyć na pomoc przyjaciółek i siłą barek moich i Agnieszki wydobyłam się z rowu niemal tak szybko, jak tam wpadłam. Teraz jestem bardzo ciekawym okazem i powodem do śmiechu dla klasy mojej siostry, ale... Odwdzięczę się im jeszcze kiedyś.
Zauważyłam ostatnio, prawie mimo sobie, że zacieśniam krąg moich znajomych. Coraz więcej osób mnie denerwuje, z coraz mniejszą grupą chcę spędzać czas. Jak na osobę w moim wieku, to dość dziwne działanie (przynajmniej dla obserwatora), ale jakoś tak mi wychodzi. Fakt, jestem odrobinę (!) malkontentem i to, zapewne, przeszkadza mi w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich, ale nigdy nie byłam też osobą otwartą, a zatem jestem gotowa przyzwyczaić się do tych praktyk. Kiedy dzieliłam się tymi spostrzeżeniami z siostrą, uznała ona, że robię to celowo, ale któż kontroluje własną podświadomość? Superbohater? Nim na pewno nie jestem.
[komentarze]  (7) [21:25 20/06/08]
 
Niewrażliwa dusza?
Szalej póki możesz, eh? Ostatnia moja odrobina szaleństwa skończył się chorobą. Ale i tak nie zaprzestanę.
Tak naprawdę większość osób uważa mnie za opanowaną i niezwykle rozważną osobę. Jak widać - mam wiele osobowości, bo przecież jest także ta, która nic sobie nie robi z naturalnych zahamowań. Po prostu dla niej nie istnieją. Trudno uwierzyć, że we mnie - takiej, z pozoru, rozsądnej osobie, może się zmieścić tyle szarży i braku wyrachowania. Ale juz chyba o tym pisałam. Prawda jest taka, że jestem po prostu emocjonalnie chłodna, a wręcz zimna. Pod zamarzniętą kopułą gotujący się gejzer. Rzadko wybucha. Ale za to - jak. Kawał ze mnie skurczybyka. Ech... Najwyraźniej ... Ale to też oklepany temat.
Czuję już w kościach i w czerwonych krwinkach zbliżający się koniec roku. Wszelkie organy dostosowują się do wakacyjnego poziomu adrenaliny. Mózg przygotowuje się na zanik stresu. Powstaje idealna harmonia. Po trosze coś na kształt "olewactwa". Ale to przecież nie moja wina, tylko organizmu (coś ostatnio często to powtarzam). Nauczyciele planują, jak tu jeszcze dorzucić klasom pozostałym w murach przesławnego liceum, podczas gdy mają jeszcze w obowiązku siedzieć na maturach. No i szykują strajk. A zatem zawaleni pracę belfrowie narobili sprawdzianów, kartkówek i zapewne szykują kolejne, żeby móc ze spokojem serca wystawić uszykowane naprędce oceny. Im też się nie chce, nie oszukujcie mnie. Sama mam sztandarowy przykład w domu. Ale... Nawet jeśli to nie reguła, wszędzie zdarzają się pracoholicy!
W momencie, w którym piszę tę notkę zostało 158290 minut do zdjęcia musicalu Rent z broadwayowskiego afisza. Tak naprawdę, od kiedy obejrzałam film na podstawie musicalu, miałam nadzieję, że uda mi się zobaczyć to przedstawienie na żywo, polecieć do Nowego Jorku, pójść do Netherlander Theater i zwyczajnie rozkoszować się tym musicalem. Miałam nadzieję, że będą grali go przynajmniej tyle czasu, żebym mogła go zobaczyć. Ech... Jak widać rzeczywistość nie jest tak piękna, jak nasze marzenia, czego bardzo żałuję.
Zawsze mogę mieć jednak nadzieję, że Rent wróci na scenę i będę jeszcze miała okazję to przeżyć.
I can't believe this is goodbye
Wracając odrobinkę do rzeczywistości i tego, co jeszcze może się wydarzyć, cieszę się niezmiernie z tego, że jutro jadą do stolicy na koncert PJ Harvey. Cieszę się, także z tego powodu, że niezbyt tani bilet kupiłam z własnych funduszy. Cieszę się, że to przeżycie będzie naprawdę MOJE. Czuję niecierpliwość i ekscytację oraz przyjemną ciekawość - jak to właściwie będzie, co Polly zagra... Jak to będzie wyglądać. Trochę się boję i jestem jednocześnie zdenerwowana tym, że koncert odbywa się w Sali Kongresowej. W końcu pomimo niespotykanej łagodności ostatniego albumu Harvey, drzemie w niej prawdziwie rock 'n' rollowa dusza. Wybór miejsca uważam za dość dziwny... No, ale cóż. Nie mnie przecież na to wpływać. Ja jestem tylko maluczki fan. . .
Ale jestem wredna i jeszcze ograniczam siostrę w jej dobroci, oj oj...
siostra: Jak można narzekać na znieczulicę i jednoczesnie nie pomagać.
ja: ja nie narzekam!
Ach... Nic, czym się można pochwalić.
[komentarze]  (8) [20:50 20/05/08]
 
USUAL FRUSTRATIONS
Zacznijmy od środka.
Jutro integruję się z klasą. Nie wiem właściwie dlaczego, bo ani nie pije setnie, prawie nie znam tych ludzi. Może to jest właśnie powód. Rzec by można, zejście z butlą przed wielkim nurkowaniem, jakim będzie wycieczka do Krakowa. O... tak - ta wycieczka zdaje mi się niewidzialną zjawą. Nie mam pojęcia, z kim w końcu uda mi się zawiązać jako - takie kontakty, żeby zamieszkać w jakimś pokoju. Czasem zdaje mi się, że wszyscy są zgrani, tylko ja odstaje. Sobek, odludek, gniewny człowiek. Zdaje mi się, że zamiast lubić coraz więcej ludzi jest wręcz odwrotnie. Tak naprawdę nie wiem już, kogo lubię, a kogo nie. Przechodzę fazę głębszego poznawania siebie i mojego światopoglądu. Muszę przyznać, że bywa to zadziwiające. I chyba nieco za bardzo cenię siebie i moje tak zwane "osiągnięcia" ponad innych. Chociaż ostatnio miałam pewną fazę zwątpienia w siebie i możliwości. Ale... Jestem twarda. Jedno zdarzenie i podnosisz się, by iść dalej. W gruncie rzeczy - o to chodzi. (?)
Zdaje się, że zupełnie dziwaczeję. Cóż, mają na to wpływ te i inne czynniki.
Chociaż rozkopali mi pół drogi do szkoły, słońce, świecące mi prosto w oczy, kiedy przemierzam kolejne przecznice drogi, napełnia mnie optymizmem - już niedługo wakacje! - myślę sobie, choć zapewne nieco przedwcześnie. Ale to się nie liczy. Grunt, że można już wychodzić na dwór na przerwach i napełniać płuca czymś innym niż zwyczajny, szkolny zaduch. Chyba wolę ciepłe pory roku, albo przynajmniej zdecydowane. A wiosna jest właśnie jedną z tych bardziej narzucających się - atakujące organizm pyłki, wszechobecna zieleń. Ogólny optymizm (oczywiście, nie myślę tu o alergii). Zadziwiająco wiele mnie ostatnio śmieszy.
No i cała pokryłam się już drobnymi siniakami związanymi z graniem w siatkę, kosza, jazdą na rowerze i ogólnie niezbyt ostrożnym obnoszeniem się ze swoim organizmem. Wyznać jednak muszę, że jestem w tej kwestii jeszcze niedojrzałym dzieciakiem i te siniaki uznaje za doskonały wyznacznik. Ach, ta szarża!
Po tatusiu.
Już miałam się zagalopować i napisać, że charakter odziedziczyłam po mieczu, ale w porę spostrzegłam, że moja psychika jest dziwną mutacją nadanych przez rodziców sygnałów. nie jestem zatem w stanie stwierdzić jednoznacznie, po kim jestem, taka jaka jestem. Nie mogę nawet stwierdzić, jaka jestem dokładnie, bo mieszają się we mnie różne sprzeczności. W kontaktach z innymi - zakorzeniony introwertyk, natomiast, gdy tyczy się wysiłku, czy nauki, raczej ubiegam się o coraz więcej. No i nieustannie muszę coś robić.
Ale to już pewnie jakiś inny rodzaj zaburzeń (^^').
No tak... Ale... dobrze.
Byłam ostatnio w kinie na "Juno". Mentalnie, dziewczyna podobna do mojej siostry (prócz tego jeszcze the Stooges i Patti Smith..). Ogólnie film całkiem mi się podobał, pozytywny. Nie był moralizatorski i ciężki, odpowiedni na wypad z przyjaciółmi. Może nie jest to nazbyt ambitne kino, ale na pewno przyjemne.
I tak nie wierzę ludziom, którzy twierdzą, że lubią tylko ambitne kino.
Mogliby popełnić samobójstwo widząc poziom ogólny obecnej kinematografii.
P.S.:"Potop" mnie załamuje. Kurr...
[komentarze]  (4) [23:23 30/04/08]
 
LOOK, I FOUND...
mój dom murem podzielony
Niby dom pełen gości, a jednak jakby sama w mieszkaniu. Wychładzam sobie pokój, na ile mogę. Właściwie nie mam pojęcia dlaczego. Po prostu otworzyłam okno jakieś trzy godziny temu i czekam aż będzie tak zimno, że będę musiała je zamknąć. To pewnego rodzaju masochizm, ale ... z drugiej strony eksperyment.
Ale może dziwne zachowania dążące do autodestrukcji (to tylko taka przenośnia - wiem, że wyziębienie pokoju raczej mnie nie zabije) wiąże się z lekiem, który zażywam? Czasami lepiej nie oglądać programów informacyjnych...
Na pewnej religii (czy jak tam... katechezie?), kiedy ksiądz usiłował w nas wmusić coraz to nowe tezy na temat zbawienia i tym podobnych, nagle mnie olśniło. Nie, ale nie tak, jakby nasuwało się z początku tego akapitu, otóż - wręcz odwrotnie. Zaczęła zastanawiać się, czy wieczność nie jest nudna, czy w ogóle jest sens żyć po śmierci? W końcu nie powinniśmy marnować życia ziemskiego (o ile jakieś inne istnieje...). Dotarło do mnie nagle, że gdybym po śmierci nagle dowiedziała się - "hej, idziesz dalej", to bym się zawiodła. W końcu nie po to żyjemy. Ale, bez sensu, nie będę zatruwała wam głowy tajnikami mojej nieskoordynowanej filozofii. Bo nie jestem typem filozofa (choć czasem się może wydawać...).
Siostra znowu pałęta się po jakichś przeglądach teatralnych, a ja mam okazję przez chwilę poczuć się jedynakiem. Dziwne uczucie - jak na wakacjach. Wakacje od rodzeństwa. Coś, co każdy brat lub siostra muszą przeżyć, żeby zrozumieć, jak jest bez rodzeństwa (jedynacy muszą przeżyć wakacje od siebie) - szczególnie bliźniacy, którzy, że się tak wyrażę, "zawsze dla siebie byli" (bez żadnych podtekstów politycznych, ale dlatego że sama jestem bliźniaczką). Można wtedy odkryć wiele prawdy o sobie - na przykład (jeżeli dzielisz pokój) czy jesteś bałaganiarzem, czy bardziej starasz się utrzymać porządek, jak spędzasz wolny czas, gdy robisz to właściwie sam, jakich znajomych wybierasz do towarzystwa, kiedy tylko ty masz z nimi wyjść. To ciekawe rzeczy, których naprawdę o sobie nie wiem. Większość czasu spędzam z siostrą (no, chyba, że w szkole), a życie z kimś non stop jest, jak wiadomo, wielkim kompromisem. Mogę też zrobić to, czego nigdy w życiu nie zrobiłabym będąc z siostrą, obejrzeć film, który jej się nie podoba, przeczytać książkę, bez obawy, że ktoś zaraz zawoła cię o pomoc przy komputerze, czy pracy domowej z niemieckiego lub matematyki. Skrótem mówiąc, jest to czas pozwalania sobie na bycie mały egoistą, wyzwolenie swojej osoby. Możliwość zobaczenia, jakim się jest, gdy nikt nie patrzy. Jak na razie, na szczęście, nie zauważam u siebie żadnych złowróżbnych zmian...
Staję się coraz bardziej cyniczna z momentu na moment. W ferie dopiero to wyzwoliłam z siebie i zasiałam ziarenko. Teraz ono kiełkuje. (Nie bez przesady) mama zaczyna uważać, że chwilami bywam okropna. Bo bywam. Zdarza mi się zażartować wtedy, gdy inni boją się cokolwiek powiedzieć. Ale wiem, że dużo ludzi tak faktycznie myśli, tylko uważa, że chwila jest nieodpowiednia. Tego wyuczonego postępowania staram się z siebie wyzbyć. Ktoś może powiedzieć, że zarzucam normy moralne. Heh, wątpię...
Oglądałam ostatnio (no, jakoś przed świętami) "Niebo nad Berlinem" Wima Wendersa. Muszę przyznać, że jest to kawał dobrej roboty - reżyserskiej, scenograficznej, aktorskiej. Taaak... Podzielony Berlin bardzo fascynował artystów. Jak śpiewał Kazik z Kultem Mój dom murem podzielony. Jednym z głównych bohaterów tego filmu jest właśnie Berlin i jego społeczność - ciało podzielone na dwie strony w zupełnie dziwaczny sposób. Na pewno inspirujące było to jak sąsiedzi, znajomi, mieszkańcy jednego miasta, stali się nagle osobami zmuszonymi do swej nieznajomości. Warto obejrzeć ten film prócz wszystkich zalet, właśnie dla Berlina.
[komentarze]  (4) [21:46 04/04/08]
 
I'M LIVING IN THE ICE AGE
Sprężyna od kukiełki kupionej na targu w Pradze trzęsie się w rytm basów muzyki wygrywanej przez moje głośniki. Nic dziwnego, w końcu podkręciłam je na maksa.
Gdybym wyłączyła muzykę wszelkie dźwięki ustałyby. Rozkoszuję się bezsenną samotnością, raz jeszcze, oddając się wszelkim przemyśleniom, jakim nigdy nie oddałabym się w rozmowie z kimś. Robi się trochę depresyjnie, ale ja się przecież nigdy nie dam. O nie, jestem życiową masochistką, bo w końcu tułanie się na tym padole łez boli bardziej od jakiejkolwiek śmierci. Czasami to wręcz pocieszające, tak znać odwagę od podszewki, nadstawiając każdego dnia policzek życiu. Nie mam ochoty nigdzie wychodzić, nie mam ochoty nic robić, a jednak żądam swego bólu każdego dnia, stawiając krok służący wymknięciu się z łóżka.
Osiągam powoli perfekcję w cieniowaniu, poświęcając przyglądaniu się cieniom czas. Grunt to je poznać, poznać ich natężenie, poznać ich fakturę. Poznać ich miękkość, twardość, skupienie lub rozszczepienie. Poznać ich charakter, czy są czarną masą, czy tylko subtelnym, wędrującym po powierzchni półcieniem, czy ich miejsce jest wieczne, czy wynika z chwilowej gry światła z cieniem. Nic nie jest tak absolutne, na jakie się wydaje.
Wszystko jest względne nawet to, co wydaje się być zaprzeczeniem bezwzględności. Zawsze można odnieść to do czegoś innego i stworzyć zupełnie inny obraz poszukiwanego przedmiotu. Sama jestem względna i zauważam to coraz mocniej w życiu i zachowaniu. Każdy jest względny i nie da się ustalić traktowania. Wystarczy spojrzeć z innej strony, na inny punkt psychiki i człowiek gotów jest wydawać się inną osobą. Bez granic płciowych, wiekowych, skierowania umysłu na tory ścisłe lub humanistyczne. Wszystko to przeobraża się w nas, każdy jest hybrydą swoich własnych osobowości. Szczególnie taki pieprzony schizofrenik jak ja.
Wydaje się, że porzuciłam pewne kwestie charakterystyczne dla większości ludzi otaczających mnie i zamieszkujących gdzieś na tym terenie. Wydaje się, że bezgranicznie się od tego odcięłam. Mam już dość waszych ważkich argumentów, nieznaczących nic słów, którymi nie umiecie obronić swojego zdania (to nie do wszystkich, to tylko do pewnych "wych"). Mam dość waszych pogardliwych odzywek i tego, że umiecie się bronić tylko napaścią na kogoś, kto sądzi inaczej niż wy. Bardzo mi przykro, ale to do mnie nie przemawia. Czy żądam od was zbyt wiele prosząc o przedstawienie, dlaczego uważacie, że właśnie wasze zdanie jest słuszne? Chyba tak, bo nie umiecie powiedzieć, dlaczego tak jest. To wcale nie świadczy na waszą korzyść.
Frustracje. Wybaczcie (niezamieszani w całą awanturę), że musicie słuchać tych wszystkich wyrzutów, ale mam je między innymi do siebie. Za brak ostateczności w wyrażanych opiniach. Mogłam im powiedzieć, co sadzę do cna, do głębi. Gały by im wyskoczyły z orbit i tak by się skończyło. Ale dziękuję za coś takiego. Na przyszły raz, jak mnie wyproszą nie będę się już z nimi gryzła, bo nie da się z nimi normalnie dyskutować, ale tym razem musiałam pomóc kilku osobom. Nie zostawiłabym ich samych za nic w świecie, bo wiem, jak to jest stać naprzeciw trzydziestce najeżonych apologetów. O, w życiu.
Zupełnie przez przypadek, przez kazuistyczną konfigurację klawiszy wkleiło mi się w mój wywód We knocked on the doors of Hell's darker chamber. Całkiem na temat...

Widział już może ktoś z was Control? Jestem ciekawa co oni tam wymodzili z historii Joy Division.
Podobno coraz więcej ludzi ich słucha. Ja zauważyłam tylko, że jest o nich coraz więcej w gazetach. I dobrze.
[komentarze]  (2) [19:28 15/03/08]
 
she said so
I've been acting like a child

Ruszyła wielka machina edukacji, ferie, jak zwykle, okazały się za krótkie. To tak... Zmiękczające, poczuć się po raz kolejny jak w pociągu, z którego nie da się wysiąść. Znaczy - teoretycznie da, ale nie, jeśli bierze się siebie dalej na poważnie. Ostatnio (o zgrozo!) zaczynam siebie widzieć, jednak bardziej jako przyszłego artystę niż człowieka, który może się czymś uporządkowanym zająć, ale pewnie znowu się mylę. W końcu zaimponowałam sobie ostatnią pracą domową z fizyki. Przecież była łatwa! Ech... No tak, po tej dwói patrzę na moją naukę fizyki w nieco inny sposób. Zresztą, może nawet dobrze - wydaję się dzięki temu być troszkę bardziej usatysfakcjonowana.
W ferie z tych i innych względów (między innymi podnoszenie babci na duchu) filmami, jakie głównie oglądałam były komedie romantyczne. Z tego względu, wymiotuję już tym gatunkiem filmów. Niektóre są sympatyczne, ale większość z nich bezdennie głupia. Co prawda... No fakt, udało mi się nie trafić na żadną taką, która sprawia, że zaczyna się wątpić w inteligencję otaczających ludzi, ale przesyt jest i tak wystarczający w tej sprawie, prawie nie wierzę w to, że w ogóle udało mi się coś takiego wytrzymać.
Chyba jestem potworem... Przepraszam siostrę i babcię za ilość mojego marudzenia. To mogło być zwyczajnie niesmaczne. Mam nadzieję, że nie odmóżdżyłam się zbytnio... bo lubię to robić tylko przy pasjansie! Ech... Gadam od rzeczy.
Nieustannie się przeobrażam. Powoli ewoluuję w kierunku bliżej sobie nieznanym. To dzieje się samoczynnie, nie mam na to wpływu. Mam nadzieję, że nie wyjdę z pewnych ram, bo grunt to dla mnie pozostać sobą. Tą sobą, którą jestem. Może nieco dziecinną i niedojrzałą w usposobieniu, zamkniętą w sobie (chociaż to się raczej, mogę rzecz, zacieśnia). Człowiek ma ostoję w swej nieustanności, dlatego nie mogę przeobrazić się z jednej formy w drugą, zupełnie odmienną. To wydaje się bardziej być szukaniem właściwej kreski w tworzonym przez całe życie własnym portrecie psychologicznym. Krok do przodu, krok w tył, dwa do przodu, jeden w tył. Czasem błędne, ale zawsze przecież można spróbować coś z tym zrobić... Człowiek w końcu nie jest materiałem w pełni plastycznym. Pewne rzeczy pozostają, nie da się ich poruszyć.
Stałam się trochę maniaczką wypełniania własnej woli. Istotą jest dla mnie teraz brak skrępowania. Nie muszę się otwierać, jeżeli nie chcę, nie muszę słuchać tego, co inni radzą mi, że jest słuszne. Pewne wypadki ostatniego czasu, książki, jakie przeczytałam, czy rozomowy, które przeprowadziłam, wydają się tylko potwierdzać moje postępowanie. Grunt to przecież nie żałować. A na razie zdaję się nie cierpieć z powodów wyrzutów sumienia. No... może tylko z powodu jednej rzeczy, ale to chyba... To - kiedy indziej. Mam nadzieję, że uda mi się wyzbyć tego głupiego lęku przed ocenianiem, choć wiem, że nieśmiałości raczej już nie ruszę.
To właśnie robienie tego, co mi się podoba uwarunkowało moje ostatnie przemyślenia dotyczące mojej osoby, pozwoliło zauważyć zdziecinnienie i, w pewnych względach, dbałość o szczegóły. Mimo wszystko, mam wrażenie, że pomaga mi to, w pewien sposób, wyrazić się artystycznie.
Tylko tak dalej.
Z właściwą dla siebie nutką egoizmu.

P.S. Postanowione, jadę na koncert PJ Harvey. Moje zadowolenie jest niezmierzone, tym bardziej, że sama ponoszę za to odpowiedzialność finansową, aye!
[komentarze]  (3) [17:48 02/03/08]
 
szczypta myśli
W środku ferii (nareszcie!) odnalazłam siebie głównie jako cynika. ale cynika w pełnym znaczeniu obecnym. Moja filozofia polega w gruncie rzeczy na wyśmiewaniu rzeczy, zdarzeń i statusu obecnego. Oddziaływaniu na status quo jedynie poprzez wyśmianie go. Takie podejście na pewno nic nie zrobi dobrego ze światem, ale przecież jest jeszcze sześć miliardów ludzi na świecie, z o wiele większą siłą przebicia, którzy mogliby sobie z tym poradzić. Ludzie mówią, że młodzi to idealiści, że życie temperuje i sprawia, że rzeczy dawniej uznawane za najważniejsze liczą się nieco mniej, ale pytanie numer jeden, czy ja kiedykolwiek byłam idealistką? Może kiedyś. Teraz już tylko w kilku względach. Ale zamierzam się tego trzymać. Hm... Może jednak się mylę i jestem całkiem idealistyczna? Nie... zbyt wiele wiem.
Środowisko artystyczne w półświatku mojego miasta jest cierpiące. Ot spójrzmy na jednego z lepszych gitarzystów, który występuje przecież w lokalnej kawiarni, tak zwanej "galerii". W końcu nie bez powodu zostaje się zbitym na kwaśne jabłko, prawda? Świat nie daje człowiekowi zgłupieć, kiedy już idyllicznie zaczynałam wierzyć, że moje miasto nie jest takie złe okazało się, ze jest to niczym nadstawianie drugiego policzka pod pięść. W końcu nie można przesadzać, zawsze trzeba się liczyć z nieprzewidzianym. Chyba zaczęłam po prostu zbytnio przyzwyczajać się do tej starej nory. Trzeba zobaczyć, że tu nie jest tak pięknie, jak by się mogło wydawać.
Ech...
No, cóż - każdy ma swoją nauczkę. A ja znów będę snuła się po ulicach tej dziury zastanawiając się, czy właśiwie to mój dom, czy nie.
Wygląda na to, ze dzisiaj walentynki. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wam dużo miłości, jakiej tylko chcecie. Nikogo nie nakłaniam do usilnego poszukiwania partnerki/partnera, bo sama też nie mam takiego zamiaru :). Nie trzeba mieć miłości w takim sensie, by mieć kogo kochać. Wszystkiego dobrego.
Jest taki dziwny okres, kina zapałniły się komediami romantycznymi, a ja już wiem, że dla niektórych są one po prostu ucieczką od rzeczywistośći, bo miło im popatrzeć, jak komuś się układa. Super, ale i tak mam już serdecznie tego dość. Siostra, która zamęcza mnie Zakochaną złośnicą wydaje się być dla siebie łaskawsza niż dla babci, która za to ogląda seriale.
Każdy jest na swój sposób popierdolony. Każdy, na tym świecie (bo innych nie znam). Ja, oczywiście, także. I to aż nadto.
[komentarze]  (6) [22:23 14/02/08]
 
as if
Jestem jakąś bezładną plątaniną nigdy niewypowiedzianych myśli.
Nie umiem mówić o sobie. Zauważyłam to przejrzyście wczoraj i zostało to we mnie zauważone. Nie wiem, czy było to dla mnie dobre, w każdym razie - tak, jestem typem słuchacza, mało mówię i dużo zapamiętuję. Nie mam jednak na celu zrobić nikomu w związku z tym przykrości. Po prostu... nie umiem, nie chcę mówić o sobie. Nie potrafię się otworzyć.
Wczoraj dotarło dotarło do mnie, że w czasie trwania rozmowy o sprawach, że użyję takiego zwrotu, "osobistych" prawie nic nie mówiłam, natomiast, kiedy tematy zeszły na naukę i inne sprawy, włączyłam się w dyskusję. W związku z tym zaczęłam się zastanawiać, kiedy otworzyłam się przed kimś tak do końca, obnażając wszystkie swoje myśli i zauważyłam z przestrachem, że nie pamiętam. A ile poza tym ukrywam przed samą sobą? Czasami to bywa przerażające. Tylko jeden krok do schizofrenii od czagoś takiego.
Chyba prędzej przyjdzie mi pogodzić się z tą myślą, niż opowiedzeć komuś, co się dzieje w moim czerepie.
Ale wtedy zostanie tylko żal.
Mimo całej tej odpowiedzialności i tak nie potrafię.
Mam coraz więcej pretensji do samej siebie, ale przecież potrafię z tym żyć. Siła przyzwyczajenia.
Po co zaczynać wszystko od nowa, kiedy potrzeba do tego wyskakiwania z pędącego z prędkością światła pojazdu? Można się przecież zranić.
Czasem moja postawa sprawia, że czuję się beznadziejnie. Mam w sobie egoistę, doskonale o tym wiem. Zamiast wypleniać go z siebie, wciąż tylko dokarmiam jego rozrośnięte ego. Moje rozrośnięte ego. Jak w takim razie mogę być słuchaczem?
Niektórzy mówią, że człowiek ma w sobie dwie natury - jedną, która ukazuje to, że jest otwarty na ludzi, druga każąca mu uciec od wszelkeij cywilizacji.
We mnie zamieszkuje o wiele więcej osobowości, ale żadna z nich nie wykazuje otwarcia na ludzi. To jest ich cecha wspólna. Może ta cecha, ma pewną rozpiętość - zależnie od nastroju 0 do pięciu osób. Zależnie od... okoliczności, zależnie od osobowości.
Każdy ma swoje problemy.
To jeden z moich.
Nie musicie jemu poświecać czasu, bo z tej notki - może dowiecie się, na czym on polega, ale nie co jest jego istotą.
Chyba dramatyzuję.
Dzięki, już wiem.
Wreszcie do mnie dotarło. Niektórzy biorą życie zbyt poważnie. Nie chcę do nich należeć.
[komentarze]  (6) [14:17 26/01/08]
 
all 'n' nothin'
out of depths i have cried to thee
Ostatnio zaczął przepełniać mnie żal ze względu na moje kontakty z osobami mi znanymi - ze znajomymi z gimnazjum spotykam się coraz rzadziej, co strasznie mnie frustruje, natomiast z osobami z nowej klasy nie udaje mi się przełamać lodów do końca. Ja wiem, wiem nieskończenie, to jest moja wina. Nie można przecież tylko czekać, żeby ktoś do ciebie zagadał, samemu nie poświęcając siebie. Ale... Cóż, muszę przyznać, że mam już tego dość. Jak widać nie jestem nazbyt rzucającą się w oczy osobą, żeby przerzucać się do innego środowiska. Powinnam na zawsze pozostać samotnikiem, jakimś zamkniętym w swej norze, pustelnikiem, pożal się Boże. (ale rym, ech...). W każdym razie, nie mam na to sił. Nie wiem, czy to jest bardziej słabością - przez to, ze nie potrafię być taka, czy bardziej siłą, ze względu, że potrafię wytrzymać samotność. Kto wie?
Mimo wszystko miałam ostatnio niesamowicie dobry humor, jeżeli tak można nazwać niekontrolowane wybuchy śmiechu. Ja wiem, czasem stan euforyczny bywa oznaką depresji, ale to raczej nie ten przypadek. Wszystko zaczęło się od czwartku. W czwartek miałam nadspodziewanie dobry dzień, pomimo ośmiu lekcji. Po lekcjach poszłyśmy z dziewczętami pod Arkady, a tam przez cały czas się śmiałam. W piątek dałam upust moim artystycznym frustracjom malując niezwykle żywiołową torbę na kole. Sobotę przeżyłam, a w niedzielę o mało nie umarłam ze śmiechu słuchając wywodów komentatorów podczas turnieju masters w snookera, o tym, co też ciekawego robią zawodnicy w swoich pokoikach podczas przerw pomiędzy framami. Moja przepona nie mogła wytrzymać tych głupot.
Trzymając się tematu, moja siostra jest ostatnio wielce zainteresowana snookerem. Ciekawe dlaczego, prawda? Powodem jest pewien gracz, a raczej nie pewien gracz, tylko zwycięzca turnieju (Mark Selby). Jej podejście, zawsze wprawia mnie w dobry nastrój, bo ona przecież tak naprawdę się tym zainteresowała, a tak miała tylko komu kibicować! (taaaak). Fakt, facet jest bardzo angielski, nie da się temu zaprzeczyć. Znaczy nie tyle angielski, co brytyjski, bo chyba nie pochodzi z osławionej England, England.

A teraz skok tematów.
Dzisiaj na informatyce umierałam z nudów, więc postanowiłam wejść sobie na onet, przeczytać świeże informacje, jako ze dziwnie mi jest siedzieć tak, że ekran monitora, przy którym siedzę jest doskonale widoczny dla profesórki. A zatem wchodzę na portal, przewijam pasek w dół i zagłębiam się. Polityka: nic interesującego. Sport: a i tym razem również. Kultura: "Heath Ledger nie żyje". Nie mogłam uwierzyć. Ennis del Mar z Tajemnicy Brokeback Mountain Anga Lee, Jacob Grimm z Nieustraszonych braci Grimm Gilliama? Ale przecież to był młody facet! Nie mogłam w to uwierzyć. A wydawało się, że po roli w tak dobrym filmie, już nic złego nie może się zdarzyć. Hm... Jak to mówi Joanna, nawet małe rzeczy, które wydają się być odległe, nie mieć wpływu na nasze odbieranie świata, są zapisane w naszej świadomości. A dla świadomości to zawsze zmiana. Odbieranie rzeczywistości warunkują zmiany, dlatego po śmierci aktorów zupełnie inaczej patrzy się na filmy z ich udziałem. Może to i racja. Może i tak jest.
[komentarze]  (2) [19:18 23/01/08]
 
...ostatnio...
Półrocze za mną. Nie jest źle. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest nawet za dobrze. Nie wiem, czy będę w stanie dokonać tego także w drugim półroczu szczególnie przez tę fizykę. Fizykę... Ech... A wszystko wskazuje na to, że czeka mnie jeszcze na maturze. Wolę o tym nie myśleć. Wyrobiłam się teraz na czwórkę, ale muszę zacząć się naprawdę przykładać do fizyki. Bez olewactwa. A to mi przyjdzie bardzo ciężko. Dlaczego zwykle przedmioty, na których mi najbardziej zależeć będzie przyszłości, nie przychodzą mi z łatwością? Ech...
W nowym roku - 2008 znajdujemy się już od nieco ponad tygodnia. Musze przyznać, ze weszłam w tę nową cyferkę zdumiewająco dobrze, odsypianie się za wszystkie czasy przed tym dniem pomogło znacznie. Przynajmniej wytrzymałam jeszcze tych kilka godzin. Rodzicom nie przyznałyśmy się, do której nie spałyśmy, a raczej podałyśmy ocenzurowaną wersję. Chyba by nas zabili, jakby się dowiedzieli, co naprawdę oznacza "poszłyśmy spać o czwartej". Hie hie. Nieco spóźniłyśmy się z otwarciem szampana (jakieś 10 sekund), bo oglądałyśmy "Moulin Rouge"... Takie uroki przerw reklamowych. (do pokoju wpadła mama, ledwo uratowałam ją od przeczytania tych wynurzeń...).
Usuwam niepotrzebne sobie profile, na wszystkich portalach typu myspace, czy osada, na które nie mam zwyczajnie czasu i głowy do systematyczności. Czuję się nieco dziwnie, bo to jednak zamyka definitywnie pewne drzwi, które (chociaż przymknięte od wielu dni) były ciągle uchylone. Mam jednak wrażenie unikania rozczłonkowania. Tak naprawdę przesiadywanie w Internecie na takich profilach to nic innego jak tworzenie sobie drugiej osobowości, uciekanie do innego świata. Ja mam już tego dość. Kiedyś tak było, ale teraz mam już tylko kilku znajomych w sieci, tylko takich, na których mi zależy. A i w realu, przecież, z przejściem do liceum zdobyłam nowych znajomych. Jeżeli młodzież tworzyłaby to miasto byłoby naprawdę świetnie. Szczególnie, jeśli chodzi o młodzież, jaką znam. Niestety tak nie jest i dlatego tak nienawidzę tej mieściny.
A tak na marginesie ostatnio głośno o niej w mediach... Ta sprawa nie jest mi obca i, ja wiem, różne ludzie mają zdania, ale mimo wszystko trzymałam (i trzymam) kciuki za lekarzy z tej miejscowości. Widziałam nawet tatę w telewizorni (ale szpan). A teraz moi koledzy i koleżanki ze szkoły wymyślają reformy, żeby naprawić Rzeczpospolitą (tak, są na etapie renesansu) i wykombinowali różne ciekawe rzeczy dla służby zdrowia. Hie hie. Małe reformatorki.
Wczoraj ksiądz na kolędzie wyklął mnie (z całą rodziną) z Kościoła. A raczej tylko pogroził. Po cholerę się wypytywał. Tylko się wkurwił, a my i tak wiemy swoje. A nazywając moją siostrą głupią, przegiął pałę. Oj, oj. Niech się boją. Reformy nadchodzą!
[komentarze]  (3) [22:15 08/01/08]
 
would you still love me, anyway?
things that I wish you
Minęły Święta, powiem wam, że w końcu się na nie nastroiłam. Przyszły, delektowałam się nimi nawet. Co prawda tym razem Wigilia była nieco mniej tradycyjna niż wcześniej, bo... spędzałam ją u innej części rodziny, która nieco mniej uszanowała wszelkie Świąteczne zwyczajnie. Od Świętego Mikołaja (yay! ^^) dostałam pewne małe urządzenie, które pomogło mi wrócić do dawnej muzyki teraz tylko siedzę na shuffle i z wielką przyjemnością wysłuchuję znalezionych mi utworów Joy Division czy Misfits (if I cut off your arms and cut off your legs, wold you still love me, anyway?). Poza tym przeżyłam jakoś zachowanie małego kuzynka, z czego jestem naprawdę dumna, z drugim trochę pogadałam, całkiem sympatycznie (chociaż ścianę pomalowaną przez tego szkraba niebieskim pastelem musiałam wycierać ze dwie godziny...). alr to puste miejsce przy stole (a raczej - jego brak) to straszne zaniedbanie, bo czyż tak można? A co ze strudzonym wędrowcem, dla którego nie było miejsca? Ech... Chyba jestem troszkę staroświecka.
Naprawdę uważam święta za magiczne chwilę - racja, nieco skomercjalizowane, ale można przecież przymknąć oko na te tabuny wspomnień o nich, bo chodzi tak naprawdę o czas spędzony z naszymi bliskimi o bycie otoczonym przez tych, których kochamy. Mawia się czasem duch świąt, poczuć ducha świąt. I ten duch jest chyba najważniejszy. Nie jest to przecież dusza zmarłego, tylko ten nastrój. Specyficzny nastrój... Taki charakterystyczny tylko dla tych obchodów. Wzbogacony o zapach świątecznego świerku, pomarańczy i przypalającego się odrobinkę plastiku choinkowych lampek. Tak, połączyć się z kimś naprawdę rodzinnym węzłem, ujrzeć w nim prawdziwego bliźniego. Święta to czas przebaczania sobie, a więc ważne przebaczyć innym i sobie. Obdarować kogoś i zostać obdarowanym, spełnić iskierkę czyjegoś marzenia, uwierzyć w historię brzemiennej, której nikt nie chciał przyjąć i porodziła dzieciątko w grocie/stajence. Jak to można było wynieść z tegorocznego przemówienia królowej angielskiej nie należy zamykać się na innych, odrzuconych przez społeczeństwo (nie wiemy tak naprawdę, za co ich porzucono)m dlatego w te święta należy być szczególnie łagodnym i wyrozumiałym.
Udało wam się to? Myślę, że w tej sprzyjającej atmosferze - tak. Święta to ten krótki okres, przez który można być dziecinnie naiwnym. Wykorzystałam to.
Mamy obecnie czas zbliżającego się końca roku, wymyślania sobie coraz to trudniejszych noworocznych postanowień. Ja nie mam nic takiego. Nie myślę o rozpoczynaniu wszystkiego od początku, myślę bardziej o kontynuacji. Nie mam pragnienia nagłego wybicia się albo "wstąpienia" pewnym krokiem do jakiegoś nowego otoczenia. Czasami to przyjemne przezimować jakiś rok w znajomym otoczeniu.
Jeżeli już jestem w tym temacie, pragnę zauważyć, że skoro ostatnio mam tendencję do pisania co dziesięć dni, wypadałoby złożyć wam życzenia, skoro na Boże Narodzenie nie zdążyłam:
A zatem, życzę wam:
zdrowia, bo choć nie jest najważniejsze, jest niewątpliwie bardziej nam potrzebne niż pieniądze;
pomyślności, żeby to, co sobie wymarzymy krok po kroku nam się spełniało podług naszego planu;
patrzenia na świat przez różowe okulary, gdy tylko jest to nam potrzebne, a potrzebne jest często...
znajdowania się wśród ludzi sprzyjających nam i nie obgadujących nas za plecami. Takich, którym możemy zawierzyć, których zaliczamy do naszego "kręgu zaufania";
inwencji twórczej, kreatywności na każdym kroku - by wasze (nasze) pomysły nie były odwzorowaniem projektów innych, ale czymś zupełnie innowacyjnym;
aby nikt się nam nie narzucał, by nasze kontakty z innymi wyglądały tak, jak chcemy -abyśmy w momentach, gdy chcemy być sami otrzymali tę samotność;
366 odkryć, jednego na dzień - nie muszą być znaczące, ale w myśl aforyzmu, że dzień bez jakiegoś odkrycia jest dniem straconym - aby żaden nie był stracony;
abyście byli szczęśliwi - nie przesadnie, ale w sam raz, w sposób taki, jaki chcecie; aby wasze założenia się spełniły.
[komentarze]  (5) [23:07 28/12/07]
 
nastroić sie na Święta
Wcale nie czuje świąt - to ta harówka bezdenna. Wciąż tylko praca i praca, i praca, i praca. No, ale cóż - wiedziałam, do jakiej szkoły się wybieram w końcu... Eh... No cóż. W każdym razie, mimo braku atmosfery, odliczanie idzie mi nadzwyczaj dobrze - wychodzi mi, że mam jeszcze dwa dni względnej pracy, wigilię klasową i już mogę cieszyć się wolnością. Ach! Żeby jutro przebiegło pędem i takoż pojutrze. Pobożne życzenie, ma jednak jakąś tam szansę się spełnić. Wczoraj myślałam - przeżyć wtorek, będzie z górki - zobaczymy. Jeżeli nikomu nie wpadnie do głowy jakiś szalony pomysł, to rzeczywiście będzie już luz. Ale kto siedzi w głowie niektórych ludzi? Zapewne jakiś bies.
Jak zwykle w pobliżu Świąt (tych szczególnych) bierze mnie lekka zimowa deprecha. Ciężko stwierdzić, czy bierze się ze zwyczajnego, częstego w tym okresie, braku światła, czy z jakiejś nadludzkiej walki podświadomości - szczęśliwego oczekiwania na ten czas cudów konfrontującego z tym, co odeszło. Nie uniknie się bowiem wspominania ubiegłych chwil podczas takich rodzinnych spotkań. W tym roku zamierzam być twarda i nie rozpłakać się podczas składania życzeń. Nie wiem, co mnie wtedy tak rozkleja. Chyba ta ulotność marzeń. Albo... nie bądźmy górnolotni - tęsknota.
Balkony za oknem jarzą się tysiącem lampek. Ludzie już naprawdę poczuli atmosferę. Ja tylko na to czekam. Może jutro, a może pojutrze, kiedy poczuję, że już nie mam wiszących nade mną obowiązków? Oby. Oby jutro, a może już dziś podczas snu. Can't wait.
Powiem wam szczerze, że jestem ciekawa mojej pierwszej wigilii klasowej w nowym środowisku (ze to tak niefortunnie nazwę). Dochodząc do pewnych etapów w życiu (po raz kolejny niezbyt udana nazwa) zaczynam patrzeć na rzeczy umiejscowione wokół mnie w inny sposób i tak, zastanawiam się, jak odbiorę to wydarzenie w klasie I m.-f. '91 w moim sławetnym liceóm. Też się nie mogę doczekać. Przyznaję, że ludzie, choć specyficzni, są ciekawymi osobistościami - dlatego moja ciekawość jest podwojona. Ciekawość zabiła kota (jak mawiają Anglicy) i jest pierwszym stopniem do piekła, ale mam nadzieję, że tak świątecznie zostanie mi to wybaczone...
Trochę zmieniam wyraz, może jak jeszcze trochę pociekawię się o tych świętach to zanim położę się spać poczuję już tak bożonarodzeniową atmosferę, że bardziej czują ją już tylko najwięksi propagatorzy bliżej linii zmiany daty (oczywiście - czas do przodu). A tymczasem, jeszcze troszkę u mnie o świętach (trzeba jakoś się nastroić). Nie mogłam się doczekać momentu, gdy to tu wstawię.

Uciekali
Tej nocy Anioł przyszedł do Józefa:
"Zbudźcie dzieciątko, co tak słodko śpi
Judea dziś to niebezpieczna strefa
I policzone małych chłopców dni."

Namiestnik Herod ciągle drży w obawie,
Że chociaż władzę dzierży jego dłoń
I rzymski cesarz patrzy nań łaskawie
To w rączkach dziecka może kryć się broń.

Ref:
Uciekali, uciekali, uciekali
Na osiołku przez pustyni żar
Jak najdalej, jak najdalej, jak najdalej
Ukryć Dziecię, największy ich skarb.

Ciężko ojczyznę wspominać w pustyni
Mieliśmy jakoś zapewniony byt
Choć czasem patrol mijał drzwi świątyni
Zawsze się modlić mógł pobożny Żyd.

Lecz może trzeba szlakiem iść wygnania
Tak jak przodkowie nasi kiedyś szli
Może nie tu jest Ziemia Obiecana
Może gdzie indziej będzie rósł nasz Syn.

Ref:
Uciekali, uciekali, uciekali
Na osiołku przez pustyni żar
Jak najdalej, jak najdalej, jak najdalej
Ukryć Dziecię, największy ich skarb.

Jeszcze nie wiemy, co nam przeznaczone
Lecz choć przeczucia czasem dręczą złe
Ojciec Niebieski weźmie nas w obronę
I znowu Anioł zjawi się we śnie.

Piasek przysypał szlaki do Betlejem
Zabłądzić łatwo, trudny każdy krok
Tak mało mamy, tylko tę nadzieję
Która rozjaśnia nam codzienny mrok.

Ref:
Uciekali, uciekali, uciekali
Na osiołku przez pustyni żar
Jak najdalej, jak najdalej, jak najdalej
Ukryć Dziecię, największy ich skarb.
[komentarze]  (3) [23:31 18/12/07]
 
Ale miałem wrażenie, że tracę coś ważnego
No i po Metrze. Obsada nie zmieniła się znacząco od zeszłego roku. Zresztą czego się spodziewałam? Taki naprawdę podobała mi się tamta obsada. Hie hie, pewnie ma sie jakiś sentyment do takich inicjacyjnych rzeczy. No... prawie do wszystkich mam sentyment - wyłączając Nataszkę Urbańską. Co za szczęście, że jak pierwszy raz byłam, to nie grała Anki. A teraz przecież nie ma czasu na takie rzeczy (albo mam nadzieję). Bo jak tu grać w takim spektaklu, będąc absolutnym zaprzeczeniem jego przesłania?
Ech, nie - grywa Ankę. Grrrr...
Ale nieważne - nie będę tutaj wylewać swojej nienawiści. Dość. Tyle, że jak zwykle mogę się rozpływać nad tym musicalem, a najważniesjza jest jego wymowa, a nie to, że kolejne gwiazdy, które można w nim zauważyć szmacą się jak ściery do podłóg. Uh.
I skoro ideą teatru jest rozwiązać problemy widza, a nie swoje to chyba dlatego tak lubię Metro - pewnie pomaga mi trochę otworzyć się przed samą sobą i zobaczyć, czym nie chciałabym być, spotrzeć, gdzie jest sens. Chociaż w wydźwięku smutne, to jednak można uwierzyć, że da się żyć, biegnąc po prąd - chociaż jest to bardzo trudne, szczególnie, jeżeli wszystki bliskich on porywa ze sobą. Czasem to może jest egoizm, a i owszem. Ale nasze założenia nie są niczym innym jak ramami, według, których żyjemy. I przekroczenie ich zazwyczaj kończy się tak samo, jak największe cierpienie. Czasami te ramy się krzyżyją i wtedy musimy podjąć wybór. Czasami nie sposób powiedzieć jednoznacznie co jest dobre, a co złe i można się łatwo w tym zagubić. Nie wiem, tak naprawdę Metro nie podtrzymuje mnie na duchu, ale jest do głębi duszy prawdziwe, chociaż zamieszczone niejednokrotnie w stylistyce snu, to jednak opowiada o naszej rzeczywistości lepiej niż niż niejeden psycholog. Zagubieni w żądzy pieniądza napędzającego nasz świat często gubimy to, co najważniejsze, natomiast, kiedy jesteśmy w opozycji do pieniądza możemy być tylko i wyłącznie samotnikami.
Daj mi siłę.
Ja nie chcę być sławna. Ja chcę żyć będąc w porządku wobec siebie. To wydaje sie najważniejsze, chociaż nieco egoistyczne założenie. No cóż.

Od czterech dni jestem oficjalnie szesnastolatką. Jak sie z tym czuję? Absolutnie normalnie, zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy miałam piętnaście :). Siedemnasty rok mojego życia jakoś mnie nie oświecił, chociaż minęły już cztery dni jego trwania. Cóż, chyba źle podchodzę do takich wielkich chwil typu: zmiana szkoły, bierzmowanie i inne pierdoły. W Ameryce mogłabym już chociaż zacząć prowadzic samochód:).
[komentarze]  (4) [13:26 08/12/07]
 
    nast >>
archiwum 2004
luty
marzec
kwiecień
maj
archiwum 2005
luty
wrzesień
październik
listopad
grudzień
archiwum 2006
styczeń
luty
marzec
kwiecień
maj
czerwiec
sierpień
wrzesień
październik
listopad
grudzień
archiwum 2007
styczeń
luty
maj
wrzesień
listopad
grudzień
archiwum 2008
styczeń
luty
marzec
kwiecień
maj
czerwiec
wrzesień
grudzień
 
Alter-ego
Artysta dewiant
To nie tylko pociągnięcia pędzlem
[.węg.]
[.beardsley.]
[.dali.]
[.delvaux  .]
[.munch.]
[.warhol.  ]
Komiksy nieinfantylne
Angel Sanctuary
Emily the Strange
Ghost World
Nana
Paradise Kiss
Suppli
Wolf's Rain
Vampire Princess Miyu
Światy wykreowane przez Większych
William Golding - fatalista o wielkim wpływie
Terry Pratchett - kreator z poczuciem humoru
Sylvia Plath - cierpiąca i diabelsko zdolna
Susanna Clarke - guru niespiesznych narracji
Oscar Wilde - dandys, piszacy z pomysłem i urokiem
Neil Gaiman - władca wyobraźnii popularnej
Mario Puzo - pan nie tylko od mafii
John Irving - najlepiej zna amerykańskie wady
Jerome David Salinger - rozumiany po latach
George Orwell - obserwator postaw ludzkich
Frank Herbert - ekolog z wyobraźnią
Fiodor Dostojewski - badacz psychiki
Edgar Allan Poe - mistrz makabry
Andre Norton - dama wyobraźni
Uderzają w bębenek uszny jak w perkusję...
'and what a scummy man'
'brought to america'
'but money can't buy me love'
'co robi nam górniczo - hutnicza orkiestra dęta?'
'cuz it only happens once in great'
'die, die my darling, don't utter a single word'
'don't waste your time on me'
'gimme world war three we can live forever'
'he said: >>sheela-na-gig, you exhibitionist<<'
'i can still hear the footsteps'
'i don't belive i searched the truth'
'i'm too tough to die'
'if it's true that the rich man weads sad life...'
'it's just one of my lies'
'jesus died for somebody's sins but not mine'
'lend my ear, destination'
'little bird lit down on Henry Lee'
'mój dom murem podzielony'
'nie ufaj nikomu, wracaj szybko do domu'
'people are strange'
'reach the top and hit the ground'
'sell the kids for food'
'standing here staring at the lights for hours'
'the opposite of war isn't peace, it's creation!'
'the sky, the air so soft and clear'
'tolerancji trzeba, aby ludzi uzdrowić'
'victim of the cycle of intimidation'
'what does he see?he sees the sign and hollow sky'
'why don't you walk away?'
Kiedy wyciągam rękę oni nie boją się jej chwycić
Mojkaz
Ginger Fish
Toddziak
Kona
Czikita, old friend
Bijou
Tiula
szalona Miho
Opowiadania, pomogą się przenieść w inny świat
⇒Todd Armstrong ← (z)
⇒Samanta Black ← (z)
⇒Robert Fallout ← (z)
⇒Jimmy Armstrong ← (z)
⇒Dren Wagner ← (z)
⇒Aimee Neveu ← (z)
⇒ Reynard Gautier
kontakt | firma | regulamin | polityka prywatności | pomoc