Blog: 398016 blogów  Forum: 162807 postów  Galeria: 92934 zdjęcia !  On-line: --

 COOLTURA

 SPORTY

 GALERIA

 BLOG

 GRY

 GRONET

 KOMÓRKI

 ŚCIĄGNIK

 E-MAIL
  |     |  Twój profil  |  Spis blogów  |  Kontakt  |  FAQ  |  Regulamin  |  Pomoc
BLOG: A Perfect Mess
   
Freakin' in the rain
Lawrence spojrzał z roztargnieniem w niebo spod przyklejonej do oczu grzywki.
- Pada deszcz? Nie szkodzi. Nie jestem przecież z cukru - roześmiał się. Nie było chyba takiego wydarzenia, które mogłoby rzucić cień przygnębienia na jego czoło.
Storm szedł beztrosko z rękami w kieszeniach, pogwizdując melodię z "Deszczowej piosenki". Wyobrażał sobie, że oto stał się nagle Donem Lockwoodem, zmagającym się z początkami filmu dźwiękowego. Ma swoje ambicje, problemy i tą ckliwą miłość, którą wyśmiewają ludzie nowego stulecia, tak naprawdę tęskniąc za nią boleśnie w skrytości ducha.
Jego fantazja sięgnęła jednak dalej. Rozpuścił jej wodze na całą szerokość, pozwalając cieszyć się wolnością.
Wystarczyło, że o tym pomyślał, a szare budynki przybrały wszystkie kolory tęczy. Latarnie zakołysały się, jakby dreszcz spłynął wzdłuż ich kablowego kręgosłupa, i mrugały swoim pastelowym okiem do pędzących ulicami pomarańczowych krokodyli o zębach pokrytych toffi.
Lawrence uśmiechał się szeroko. Tańczył w kałuży, omiatając chodnik płachtą torreadora. Uchylił kapelusza przed pędzącym na trójkołowej hulajnodze wiceprezydentem. Grupka gołębi, przywiązana do ziemi ciężarem wspólnego dzioba, chichotała dźwięcznie. Drzewa wzięły się za ręce i szeptały swoje celulozowe tajemnice niezrozumiałe dla wszelkiego ucha, w którym pulsuje czerwona krew.
W szybach, stojących gdzieniegdzie na asfalcie jak figury na szachownicy, odbijało się niebo.
Niebo...
Niebo pieszczące oko obserwatora czystym błękitem, doprawionym nutą pomarańczowej zorzy. Niebo, gdzie puchate obłoczki pasły się niespiesznie niczym wielkie, łagodne owce.
A Lawrence leciał do niego, leciał, leciał, wyciągał rękę, chwytał chwilę na skrawek motylego skrzydła...
Nie podobał mu się tylko ten wibrujący pisk, rozdzierający rzeczywistość na dwoje.

- Jezu Chryste!!! Życie ci nie miłe?!
Niebo zniknęło, a on stał zmoknięty na środku ulicy. Nie wiedział, co się dzieje. Rozejrzał się zdezorientowany.
W czerwonej Skodzie siedział wystraszony czterdziestolatek. Ciemne, szeroko otwarte oczy odcinały się wyraźnie od bladości jego policzków.
- Przepraszam, ale chyba nie rozumiem... - Lawrence uśmiechnął się do niego bezradnie.
- Popieprzyło cię?! Włazisz komuś pod koła i jeszcze się głupio pytasz? - krzyczał, rozpryskując ślinę na przedniej szybie. - A, mam cię dość, świrze. Spierdalaj mi z drogi!
Lawrence zszedł grzecznie na chodnik.
- Pierdolone ćpuny... - wysyczał facet, zamykając okno po swojej stronie. Odjechał z piskiem opon.
Lawrence zamyślił się. Chyba znowu miał "atak". Nie panował na tym. Dostał od lekarza specjalne tabletki, które miały mu pomóc. On jednak w tajemnicy przed braćmi wrzucał je do umywalki. Wiedział, że Virgilowi by się to nie spodobało. Wrzeszczałby i ciskał się na wszystkie strony. On by nie zrozumiał.
Law nie zażywał pigułek, bo nie mógł po nich pisać. Twórczość i pasja nie znoszą ograniczeń.
Chłopak spojrzał na nieznaną sobie nazwę ulicy.
- Chyba będzie najlepiej jak wezmę taksówkę - powiedział do siebie z przekonaniem.
Nie zauważał ciekawskich i pełnych lęku spojrzeń przechodniów, wwiercających się w jego oddalającą się sylwetkę.

---
Z dedykacją dla Lex ;*
Nie ma to jak wrócić do opowiadania po ponad pół roku :P
[komentarze]  (4) [stworz. 21:13 05/02/07 
mod. 21:18 05/02/07]
 
Youngest Brother

Pasażerowie spoglądali na niego z rezerwą. Nie wiedzieli czy zacząć bić mu brawo, czy raczej odsunąć się jeszcze bardziej. Wariaci potrafią być przecież niebezpieczni. A ten potargany i niekompletnie odziany młodzieniec o przedziwnych manierach, z pewnością nie mógł zostać zaliczony do osób poczytalnych.
Lawrence zdawał się wcale nie zauważać powszechnej sensacji jaką wzbudził. Powiódł nieprzytomnym wzrokiem po zebranych, nieświadomy kilkudziesięciu zaintrygowanych spojrzeń wbitych w jego marzycielską twarz.
Storm puścił niespodziewanie uchwyt i przepraszając wszystkich gorąco, przetransportował się do innego wagonu.
Bez wyraźnego powodu.
Ekscentrycy tak mają.

W drugim wagonie ludzi było znacznie mniej, tak, że gdzieniegdzie wciąż znajdowały się wolne miejsca. Lawrence jednak nie siadał - zawsze mógł znaleźć się ktoś bardziej zmęczony od niego. Stał więc przed pustym siedziskiem i zatopiony we własnych światach. Gdzieś pomiędzy bezmiarem elizejskich pól a mistycznym empireum, na żyznej glebie fantazji zaczął kiełkować nowy pomysł na snucie opowieści.
Nagle z zamyślenia wyrwał go głośny śmiech. Wydawał się znajomy.
Law obrócił się zdziwiony. Od razu rzuciła mu się w oczy spłowiała czupryna, przepasana granatową bandaną, poruszająca się w rytmie kolejnych salw śmiechu. Nie było najmniejszych wątpliwości, że należy ona do najmłodszego z braci Stormów.
Lawrence przeszedł parę kroków i nachylił się nad dwójką siedzących nastolatków. Zauważyli go dopiero gdy przemówił.
- Witaj, Locke - przywitał brata. - Witaj, Sapphire - powiedział ciepło do dziewczyny Virgila.
Oboje wyglądali jakby trzasnął ich piorun. Wymamrotali niepewnie powitanie.
- Dokąd to jedziecie, jeśli można wiedzieć? - zaczął przyjaźnie. Locke wymienił spojrzenia z dziewczyną i nabrał powietrza. Nie można o nim było powiedzieć, że jest przystojny w ścisłym tego słowa znaczeniu. Ale twarz miał sympatyczną a w oczach wiecznie tliła się łobuzerska iskra. Miał w sobie to "coś", czym zjednywał sobie ludzi.
- Tak sobie jedziemy na przejażdżkę - wydukał, a Sapphire gorąco mu przytaknęła.
- Ale czy nie powinniście być w szkole? - zapytał ze zmarszczonym czołem. Oboje chodzili do jednej klasy i mieli po szesnaście lat.
Po twarzy Locke'go przemknął cień strachu.
- Aa... yyy...ee.. Dzisiaj mieliśmy skrócone lekcje!
- Aha - przyjął do wiadomości i nie wnikał w szczegóły. Młodszy Storm odetchnął z ulgą i wyraźnie się rozluźnił. Z Virgilem nie poszłoby mu tak łatwo.
- Tylko pamiętaj, że masz dzisiaj zrobić zakupy - przypomniał mu Law.
- Jasne.
Pociąg zaczął powoli zwalniać, zbliżając się do stacji.
- O! Ja już tutaj wysiadam. Miło było was zobaczyć - zapewnił Lawrence.
- Nam też - zachichotała dziewczyna.
Lawrence opuścił wagon.
- Twój brat jest naprawdę uroczy - powiedziała Sapphire, odrzucając długie brązowe włosy splecione w warkocz. Naprawdę go lubiła. Kojarzył jej się z romantycznym poetą przebywającym częściej w świecie wyobraźni niż w rzeczywistości. Po prostu tu nie pasował.
- Strach go wypuszczać z domu - odparł z przekonaniem Locke, rozwalając się na krześle.

Lawrence rozejrzał się uważnie po peronie.
- Hm... To chyba jednak nie jest mój przystanek - zauważył. - Cóż, trudno. Pójdę piechotą. - Ruszył do wyjścia na powierzchnię.
- Spacer w taki piękny dzień będzie czystą przyjemnością. - Nie przebrzmiały jeszcze ostatnie sylaby jego wypowiedzi, gdy zaczęło padać. Rzęsiście.

#####
Normalnie dzisiaj mi się kciało pisać :P
THX Lex :D
[komentarze]  (8) [stworz. 14:56 30/06/06 
mod. 15:07 30/06/06]
 
I fought the Law and Law won
Lawrence wcisnął się z trudem pomiędzy ludzi. Storm wyróżniał się wzrostem i chudością, lecz i tak ledwo mógł złapać oddech, uwięziony pomiędzy farbowanymi lokami żującej gumę nastolatki a tlenkiem pachy emerytowanego hipisa. Podróż nie zapowiadała się na szczególnie komfortową. Młody pisarz jednak nie załamał się niesprzyjającą sytuacją. Był tak zdystansowany do rzeczywistości, że w tym wymiarze utrzymała go tylko grawitacja. Bo poza krótkimi momentami niezdrowej i przesadnej ekscytacji, Law hołdował filozofii stoickiej.
Był tak wyciszony i zjednoczony z wszechświatem, że nie przyłączył się nawet do polifonicznego pomruku niezadowolenia, gdy do wyjścia zaczął przepychać się wstawiony murzyn w stylu "gangsta". Kilogramy tandetnych łańcuchów, którymi był obwieszony od szyi aż po kolana, wydawały dźwięki niczym złomowany samochód. Nastolatek szedł kołysząc się nienaturalnie na boki i potrącając przy tym mieszkańców San Francisco swymi rozrośniętymi barami. Przed szturchnięciem w podbródek nie uchronił się również najstarszy z braci Storm.
- Mógłby pan bardziej uważać na trajektorię pańskiego ramienia? Jakiś obywatel może kiedyś doznać przez niego trwałego uszczerbku na zdrowiu - upomniał spokojnie afroamerykanina. Murzyn przystanął, a żyła na jego wygolonej czaszce zaczęła złowieszczo pulsować. Odwrócił się i spojrzał Lawrence'owi prosto w oczy. Storm wprawdzie przewyższał go głowę, lecz podpakowana sterydami klata luzaka mogłaby spokojnie obdzielić dwóch i trzy siedemdziesiąte czwarte Lawrence'ów. Ludzie przezornie odsunęli się na bezpieczną odległość od miejsca planowanej rzezi. Każdy normalny człowiek poczułby się w tym momencie przeraźliwie samotny. Ale Law nie był normalny.
- Mówiłeś coś, białasie? - warknął nastolatek, łapiąc go za koszulę i chuchając mu w twarz chmurką przeżartego przez marihuanę oddechu.
- Tak, przed chwilą zwróciłem panu kulturalnie uwagę, aby uważał pan bardziej na pańskich współpasażerów. Notabene, rzeczownik "białas" ma wydźwięk wybitnie pejoratywny, więc nalegam, aby zaprzestał pan używania go w stosunku do przedstawicieli rasy białej, gdyż jest ono nieeleganckie i obraźliwe - zakończył wykład moralizatorski pobłażliwym i wyrozumiałym uśmiechem.
Napastnik prychnął pogardliwie, ale stracił trochę pewności siebie. Ten człowiek w ogóle się nie go bał! Zachwiało to jego wizją świata.
- Fuck your father, you motherfucker! - krzyknął. To hasło przeważnie załatwiało wszystko na podlejszych ulicach miasta.
- Przykro mi, dobry człowieku, ale moi rodzice nie żyją, więc dziękuję, ale nie skorzystam - odpowiedział Law, a na jego uprzejmie zainteresowanej twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień.
Młody gangster wytrzeszczył oczy. Przeważnie na sam jego widok biali zwiewali gdzie kukurydza rośnie. Zupełnie nie wiedział, co ma zrobić z tą nieznaną dla siebie sytuacją. Jeszcze nigdy nie spotkał świra bez krzty instynktu samozachowawczego. Owszem, mógł mu po prostu wtłuc, ale, mimo wszystko, wagon metra w godzinach południowych nie był dobrym miejscem na bójkę. Nie mógł się jednak wycofać z podkulonym ogonem, o nie...
Pociąg zaczął zwalniać, zbliżając się do stacji, aż w końcu stanął. Drzwi otworzyły się z cichym jękiem.
- Masz szczęście, że tu wysiadam, bo przetarczowałbym ci twarz - puścił Lawa i wysiadł z wagonu. Krzyknął jeszcze, stojąc na płycie stacji. - Ale ja cię jeszcze znajdę i nauczę szacunku, ty... ! - Dalszą część wypowiedzi zagłuszył stukot kół. Metalowy potwór ruszył w dalszą drogę.
Law z niewzruszonym spokojem odwrócił się do okna.
Myślał o efemerycznym pięknie cirrocumulusów.

#####
Law niech dalej sobie myśli, a Toddziak informuje, że wybywa z Polski na kilka dni ;P
[komentarze]  (7) [stworz. 18:19 10/05/06 
mod. 22:39 29/05/06]
 
No Need for Help
- Lawrence? - Zaskoczony głos dochodził jakby zza grubej kotary. Lawrence uniósł głowę, która zdążyła opaść mu na pierś, i powiódł dookoła nieprzytomnym wzrokiem.
Pochylał się nad nim szczupły chłopak, trzymający pod pachą opasłe tomisko zatytułowane "Hellenizm na ziemiach Afryki".
- Hwoarang? Jak dobrze cię widzieć! - ucieszył się. Hwoarang Cole, studiujący obecnie archeologię, był jednym z przyjaciół Virgila i jednocześnie bratem jego dziewczyny. Praktycznie przy każdym spotkaniu podkreślał uparcie, że przygaszony róż stanowi naturalny kolor jego włosów. Jeśli mu nie wierzysz, cóż... to twój problem.
- Co tutaj robisz? - zapytał z niedowierzaniem. Najstarszy ze Stormów wychodził z domu tylko od naprawdę wielkiego dzwonu.
- Jadę do wydawnictwa, bo chcą zobaczyć moją książkę - oznajmił, wyrzucając ręce w górę i przeciągając się jak mały kociak. - Musiałem się chwilkę zdrzemnąć. Wiesz może która godzina?
Hwoarang zerknął na zegarek.
- Za piętnaście dwunasta.
- Ojej... Już tak późno? - zmartwił się. - Chyba czas się zbierać...
Brwi Hwoaranga podjechały wysoko do góry.
- A gdzie tak właściwie jedziesz?
- Do wydawnictwa, przecież mówiłem.
Cole machnął ręką ze zniecierpliwieniem.
- Na jaką ulicę? - sprecyzował pytanie.
Lawrence zastanowił się chwilę.
- Na Jamestown Avenue.
- Wiesz jak tam dojść? - upewniał się ostrożnie. Miał świadomość, że Lawrence posiada orientację w terenie niczym leming - kamikadze.
- Tak - odpowiedział szybko. - Mniej więcej. No może mniej niż więcej, ale...
- Może cię tam zaprowadzić? - zaproponował. Wypuścić Lawrence'a samego na miasto to jak wręczyć dziecku pudełko zapałek i wiązkę chrustu.
- Nie, dziękuję. Ale miło, że proponowałeś - powiedział z uśmiechem. Hwoarang nie wiedział czy uśmiecha się do niego, czy do rzeczy, które właśnie zobaczył w swojej głowie.
- Jak chcesz. - Wzruszył ramionami. Przynajmniej nie będzie miał wyrzutów sumienia gdy Storm wyląduje na Kaukazie. - Ej, Law, to chyba twój pociąg - powiedział, wskazując na otwierające się drzwi maszyny.
- O, faktycznie! - Ocknął się z transu. - Cieszę się, że cię spotkałem - zapewnił solennie, potrząsając ręką studenta jakby miał zamiar wyrwać ją ze stawu. - Do zobaczenia i pozdrów Sapphire! - krzyknął, biegnąc do przeszklonych wrót.
Hwo pokręcił głową. Brakowało mu słów. Lawrence, gdy był czymś podniecony, zachowywał się jak małe dziecko. Ale mimo całej otoczki dziwactwa, dał się lubić.
"Gdyby wszyscy byli normalni świat byłby taki nudny..." - pomyślał z dozą sympatii, patrząc za odjeżdżającym pociągiem...

#####
Muszę koniecznie poprawić oceny. Notki będą pojawiać się rzadziej :(
[komentarze]  (5) [stworz. 12:54 08/05/06 
mod. 18:30 08/05/06]
 
Man in the City

- Dzień Dobry, pani Robinson! - krzyknął do zaskoczonej sąsiadki. Od czasu, gdy po raz pierwszy wyszedł z bramy, czyli jakiś kwadrans temu, zdążył już pozbyć się lwiej części swojej garderoby. Ogólnie sprawiał wrażenie początkującego żula po przejściach.
- Matko Przenajświętsza! - jęknęła kobieta, odprowadzając wzrokiem kluczącego między samochodami mężczyznę.

Lawrence, mocno zdyszany, dotarł ponownie na stację metra. Opadł bez sił na krzesło i ułożył głowę na kolanach, usiłując wyrównać oddech.
- Dyskredytuję dzisiaj wydolność moich płuc - wysapał. Rozejrzał się nieprzytomnie po okolicy, ocierając krople potu spływające mu na oczy. Tłum ludzi falował jednostajnie, imitując łagodne przypływy i odpływy oceanu, a pomiędzy kolejnymi bałwanami, przemieszczały się jeszcze większe bałwany. Przez codzienny gwar wielkiego skupiska ludności przedarł się cichy gwizd. Pociąg wślizgnął się dyskretnie na stację jakby obawiając się tych wszystkich spieszących się osobników, którzy spoglądali na niego wygłodniałym wzrokiem. Otworzył niepewnie wejścia do swoich trzewi.
- Ciekawe co czuje taki pociąg? - zastanawiał się Lawrence, patrząc na wsiadających i wysiadających mieszkańców San Francisco. - Według teorii protoplastycznej Hansa Pullmana każdy ludzki twór nabywa pewne cechy istoty myślącej. Biorąc jednak pod uwagę obecny poziom wiedzy technicznej, uznaje się ją za błędną, aczkolwiek nigdy nie można być pewnym w stu procentach co do faktycznego stanu rzeczy... - snuł na głos swoje rozważania, a przechodnie przezornie się od niego odsuwali.
Pociąg zamknął drzwi i wytoczył się z wysiłkiem godnym kilkunastu ton stali. Lawrence patrzył za nim melancholijnie.
- Ach, szkoda, że już nie kursują prawdziwe pociągi! - odchylił głowę a jego oczy rozbłysły, pochłonięte romantycznymi wizjami rozkwitającymi w umyśle młodego pisarza. - Potężne, pełne majestatu maszyny napędzane silnikami parowymi! Bohaterowie dziewiętnastowiecznych liryków skaczący po dachach w pogoni za ukochaną! Szyny wiodące do lepszego świata! Te dawne dworce przystrojone... - zawiesił nagle głos a jego czoło przecięła głęboka bruzda. - Zaraz, to był mój pociąg, prawda? - spojrzał żałośnie na ciemny tunel, w którym przed chwilą zniknęła stalowa bestia. Lawrence westchnął i rozsiadł się wygodniej na krześle.
- Cóż, trudno. Poczekam na następny... - Odgarnął dmuchnięciem włosy z twarzy, przyjmując nieświadomie pozę kowboja - zawadiaki. Przymknął oczy i znów poszybował w swój własny świat...

#####
Schizol zupełnie jak ja ^^
Tylko mądrzejszy i grzeczniejszy ^^'
[komentarze]  (3) [stworz. 13:32 07/05/06 
mod. 13:35 07/05/06]
 
Extraordinary Man
Lawrence wybiegł z bramy dysząc jak parowóz. Tak to jest, gdy całe życie spędza się na krześle. Braki w kondycji dają się potem we znaki.
Młody pisarz westchnął i otarł pot z czoła. Zauważył, że sąsiadka z parteru myje szyby, wychylając się mocno przez okno. Pomachał jej serdecznie ręką.
- Dzień dobry, pani Robinson! Piękną mamy dzisiaj pogodę, nieprawdaż? - zagaił.
- O tak, z całą pewnością - uśmiechnęła się. Lubiła Lawrence'a. Był kulturalny, inteligentny, spokojny i łagodny, choć zachowywał się czasem odrobinę... osobliwie. Ale nie ma przecież ludzi bez wad. - Gdzie tak pędzisz? - zapytała, lustrując ze zgrozą jego ubiór.
- Na spotkanie w wydawnictwie. Przepraszam, ale bardzo się spieszę! - rzucił i pobiegł na przełaj ulicą, o mały włos nie dokonując żywota pod kołami autobusu. Trasę jego maratonu można było śledzić, podążając za sygnałem klaksonów i siarczystymi przekleństwami w najróżniejszych językach świata.
Susan Robinson pokręciła głową i załamała ręce.
- Żeby tylko nic mu się nie stało...

Lawrence pokonał dwie przecznice i po kilku minutach wpadł na stację metra. Żeby dostać się w pobliże "Editoru" musiał przejechać pół miasta. Sięgnął do kieszeni spodni w poszukiwaniu portfela, kryjącego miesięczny bilet na metro. Jego dłoń natrafiła jednak na pustkę. Storm zmarszczył brwi. Klepnął kieszeń po drugiej stronie. Znowu nic.
Obmacał wszystkie zakamarki swojego ubrania, gubiąc przy okazji krawat. Ludzie patrzyli ze zdziwieniem na dziwaczny taniec i podskoki ekscentrycznie odzianego mężczyzny.
- Musiałem go zostawić w pokoju - powiedział do siebie i pomknął jak rakieta do domu.
Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.

- Dzień dobry, pani Robinson! - Kobieta zobaczyła tylko szarą, rozmazaną smugę, znikającą na klatce schodowej. I ludzi, podnoszących się powoli z asfaltu, którzy wymachiwali gniewnie kończynami.
Westchnęła.

Lawrence rzucił się do swojego pokoju. Przetrząsnął wszystkie kąty, wzbijając w górę tumany kurzu. Dobrze, że nie cierpiał na amathofobię, bo niechybnie by się przekręcił.
W trakcie szamotaniny z ramion zsunęła mu się marynarka. Nawet tego nie zauważył. Nigdzie jednak nie natrafił na portfel.
- Gdzie on może być? - zastanawiał się głośno. Cały się zgrzał od tej wariackiej ekspedycji. - Chyba pójdę się napić.
Ruszył do łazienki, nalewając sobie kranówy do kubka od mycia zębów, choć bracia upominali go z uporem maniaka, aby tego nie robił. Zdążył przełknąć kilka łyków, gdy jego wzrok padł na niewielki skórzany przedmiot, leżący niewinnie na umywalce. Prysnął wodą na lustro.
- Mój portfel! - wybulgotał z radością, oblewając sobie cały przód wymiętej koszuli. Nie miał bladego pojęcia dlaczego leżał akurat w łazience, ale nie było to istotne. Porwał go i wrzucił do kieszeni.
- Teraz mogę się już udać do wydawnictwa - ucieszył się i obciągnął na sobie ubranie. Potruchtał do wyjścia. Niestety, potknął się o stojący neseser i upadł jak długi na podłogę. Z jękiem na ustach pozbierał swoje zwłoki i wykuśtykał z mieszkania, tradycyjnie zostawiając otwarte drzwi...

#####
Podobno każdy pisarz ma jakiegoś schiza ^^
Law, solidaryzuję się z tobą ^.~
*Amathofobia - lęk przed kurzem
[komentarze]  (4) [stworz. 18:11 06/05/06 
mod. 20:05 06/05/06]
 
Joy of Eccentric
- Lawrence Storm, słucham?
- Dzień dobry. Dzwonię w sprawie pańskiej powieści "Światy Egmontona" - wyjaśnił rzeczowym tonem powód rozmowy.
- Och! - Młody pisarz jęknął z przejęciem. Wprawdzie pisał dużo i potrafił płodzić dwie książki tygodniowo, lecz był przy tym niezwykle krytyczny wobec swojej twórczości. Tylko nieliczne utwory opuszczały mury jego pokoju, a dzieła naprawdę jednostkowe prezentował szerszej publiczności. W tym wypadku fragment psychologiczno - refleksyjnej opowieści dostał Woodford Wells - człowiek zajmujący się łowieniem talentów w jednym z największych wydawnictw w Stanach. Wydawnictwie Editor.
- Spodobały mi się te dwa początkowe rozdziały, które mi pan dostarczył. Idealnie wpisują się w realia i myśli trzydziestolatka, dotkniętego ciężką schizofrenią i ukazują dramat oraz odrzucenie jego rodziny przez konserwatywne społeczeństwo.
Lawrence zamrugał szybciej oczami.
Schizofrenia?
Storm już otwierał usta by stanowczo wyjaśnić, że chodziło mu raczej o subtelne ukazanie wysublimowanych czynników behawioralnych w środowisku wyalienowanych yuppie, dotkniętych idylliczną tęsknotą za emancypacją z okowów formalizmu, gdy na powrót zabrał głos pan Wells.
- Od czasów "Pięknego Umysłu" znacznie wzrosło zainteresowanie tym tematem. To może być hit! Chciałbym, aby przyniósł mi pan resztę tej powieści. Najlepiej dzisiaj. Czy jest to możliwe?
- Ależ oczywiście - odpowiedział grzecznie.
- No to świetnie - westchnął ukontentowany. - To do zobaczenia wkrótce.
W słuchawce rozległo się ciche pikanie, oznaczające rozłączenie się wydawcy.
Lawrence wypuścił telefon z rąk. Udał się oszołomiony do swojego pokoju, potykając się o meble i zataczając się na ściany. Nagle złapał za klamkę i wrzasnął przeciągle:
- Naprawdę chcą to przeczytać! - Wpadł do środka, podskakując jak baletnica. Był pijany szczęściem. Podrzucał w euforii papierzyska zabrane z półek i pozwalał im opadać na podłogę niczym biało - czarnemu konfetti. Przedarł się przez literackie zaspy do starej szafy, w której kotłowały się bezładnie jego ubrania. Przerzucił bawełniane koszule na inną kopę i wygrzebał w końcu niemiłosiernie pognieciony garnitur
- Idealnie - szybko wbił się w wyblakłe spodnie, zaprasowane w kancik. Poprzeczny, ale zawsze. Zarzucił na ramiona marynarkę, jednocześnie wiążąc czerwony krawat na kokardkę. Porwał skórzany neseser. Dostał go kiedyś od braci na gwiazdkę i korzystał zeń tylko w sytuacjach naprawdę wyjątkowych. Zgarnął plik zapisanych kartek z biurka i zamknął je starannie w walizie. Cisnął ją na ziemię i pobiegł do łazienki. Przejrzał się w lustrze, przygładzając sterczące kłaki. Odwrócił się i zlustrował mieszkanie, wyglądające jak po przejściu tornada. Podrapał się po głowie, mając dziwne wrażenie, że coś mu umknęło. Wzruszył w końcu ramionami i pognał na stację metra, zostawiając drzwi do domu otwarte na oścież.
A niepozorna, skórzana walizeczka czekała cierpliwie pod kanapą aż jej właściciel sobie o niej przypomni...

#####
Trochę dziecinnie tu Law wyszedł ^^
Tak naprawdę jest bardziej... hm... męski?
[komentarze]  (8) [stworz. 15:09 05/05/06 
mod. 15:12 05/05/06]
 
When the phone is ringing...
Początek jesieni przyniósł San Francisco piękną pogodę. Niebo lśniło soczystym błękitem, a promienie słońca odbijały się od brudnych szyb trzydziestej szóstej alei. Blask bulgoczącej gwiazdy nie ominął również kilkupiętrowej kamienicy, pamiętającej jeszcze czasy afery Watergate. A już szczególną iluminacją objął trzecie okno od dołu i dwa okna od bramy, zza którego dochodził pełen irytacji wrzask.
- Lawrence! Odbierz wreszcie ten cholerny telefon! - zawołał Virgil, podskakując na jednej nodze a na drugą wsuwając nieudolnie adidasa. Słuchawka pląsała od pół minuty na aparacie, współtworząc z wibrującym sygnałem nadejścia połączenia osobliwą rewię tańca. Virgil spojrzał na okrągły zegar, wiszący w przedpokoju. Pięć po dziewiątej. Cudownie. Znowu spóźni się na uczelnię. Zgrzytnął zębami aż poszły iskry.
- L A W R E N C E! - przeliterował z furią imię najstarszego z braci Storm. Drzwi do jego pokoju nie poruszyły się nawet o nanometr. Ciszę mieszkania po raz kolejny przeciął świdrujący dzwonek. Virgil wypluł z siebie wiązankę przekleństw i ruszył do telefonu z gracją buldożera.
"Zabiję kiedyś tego niedorozwoja..."
- Czego?! - wrzasnął w słuchawkę. Po drugiej stronie odpowiedział mu chłodny i dość skonsternowany głos. - A, to pan, panie Wells, haha... Nie nie, wszystko dobrze, haha... Proszę chwilkę poczekać. Już go wołam - powiedział tak słodkim głosem, że jego rozmówca mógł dostać próchnicy. Odłożył ostrożnie słuchawkę na stolik i skierował się ku królestwu brata. Zaciśnięte pięści sugerowały, że Lawrence będzie miał wkrótce problemy ze stanem swojego uzębienia. Dobrze, że Virgil kształcił się na chirurga, a nie na dentystę...
- Law! - Otworzył kopniakiem drzwi i wtargnął do środka. - Telef... - zaczął i umilkł. Lawrence siedział przy zawalonym rękopisami kolejnych powieści biurku, odwrócony plecami do wchodzącego. Posąg z wosku wydawał się mieć w sobie więcej życia.
- Law? - Virgil przeszedł niepewnie kilka kroków i spojrzał uważnie na profil brata.
Ludzie zawsze mówili, że są bardzo do siebie podobni, choć Virgil miał ostrzejsze rysy. Oblicze Lawrence'a zostało naszkicowane płynniejszymi i pełnymi harmonii ruchami ołówka w boskim notatniku tworzenia. Jasnobrązowe, pozostające w wiecznym nieładzie, włosy były jednak ich cechą wspólną. Podobnie jak intensywnie niebieskie oczy, którymi Lawrence wpatrywał się teraz nieruchomo w jakiś punkt za oknem.
- Hej, Law... - powiedział z niepokojem i pomachał mu dłonią przed twarzą. Najstarszy Storm wzdrygnął się i zamrugał szybciej powiekami. Przeniósł zdezorientowane spojrzenie na intruza.
- Virgil? Och, przepraszam, zamyśliłem się. W czym mogę ci pomóc? - zapytał, patrząc na niego z uprzejmym zainteresowaniem. Virgil westchnął, opierając rękę na czole. Z nim tak zawsze...
- Telefon do ciebie. Dzwoni pan Wells.
- Pan Wells? Och! - Poderwał się z krzesła i podbiegł do aparatu.
- Ja wychodzę. Locke miał zrobić zakupy po szkole - poinformował i narzucił na siebie dżinsową kurtkę.
- Tak, tak, baw się dobrze - odpowiedział z roztargnieniem, przykładając do ucha słuchawkę...

#####
Polskim odpowiednikiem imienia Lawrence jest Wawrzyniec ^^
A Virgil to Wergiliusz O.o
[komentarze]  (6) [stworz. 14:43 04/05/06 
mod. 15:11 04/05/06]
 
Początek...

Tak, mój kolejny blog z opowiadaniem. Już czwarty ^^
Będę tutaj prawdopodobnie pisała dość rzadko, traktując go jako swoistą odskocznię od moich "poważnych" pisarskich projektów. Taka lekka zabawa, doskonaląca warsztat ^^. Funkcję tę pełnił początkowo Wolfheart, ale cóż... nie wyszło. ;)
Teraz może trochę o samym opowiadaniu. Nazwa bloga, przetłumaczona na nasz ojczysty język, brzmi po prostu: "trzej muszkieterowie". Z początku historia miała być zatytułowana "Three of a perfect pair", ponieważ bardzo lubię taką piosenkę King Crimson, lecz zdecydowałam, że "trzej muszkieterowie" będzie jednak bardziej adekwatne ^^.
Jak widać bohaterów będzie trzech i na dodatek będą oni braćmi. Tak, znowu opisuję facetów. Nie umiem pisać o kobietach, wybaczcie. ^^ Nie żebym w ogóle umiała pisać, ale... ;)
Tym razem nie będzie to opowieść z pogranicza magii i rzeczywistości. Postaram się twardo trzymać ziemskich realiów. Przynajmniej takie mam chwilowo założenia. :)
Nie będę dłużej przynudzać. Niedługo pojawi się pierwsza notka z opowiadaniem, więc zobaczycie sami o co tak właściwie chodzi. ^^

Toddziak

P.S. Wiem, nie mogę się powstrzymać od stawiania emotikonek w komentarzach odautorskich, ale przysięgam, że w opowiadaniu nie będą się one pojawiać ;)
P.S. 2 Wciąż śnię o sterowcach...
[komentarze]  (5) [stworz. 13:00 04/05/06 
mod. 13:16 04/05/06]
 
   
archiwum 2006
maj
czerwiec
archiwum 2007
luty
 
Cząstki mnie
Robert Fallout
Reynard Gautier
Dren Wagner
Todd Armstrong
Na mojej drodze
Taranah Wspaniała
Olga Petrycka
Gosiek z Sanoka
Erin Advendrea
Cherise Vivien
Raziel Shimetsu
kontakt | firma | regulamin | polityka prywatności | pomoc