Blog: 401372 blogi  Forum: 162960 postów  Galeria: 92501 zdjęć !  On-line: 517 osób

 COOLTURA

 SPORTY

 GALERIA

 BLOG

 GRY

 GRONET

 KOMÓRKI

 ŚCIĄGNIK

 E-MAIL
  |     |  Twój profil  |  Spis blogów  |  Kontakt  |  FAQ  |  Regulamin  |  Pomoc
BLOG: Celebrate the Day
    nast >>
Bayern vs. Real - impresje
Zmarnowany rzut karny też był raczej smutny. Ale najgorsze baty należą się trenerowi za kompletny brak zmian. Wprowadził kuzyna Tomka (który grał jak patafian - czyli jak zwykle, ale bez efektów w postaci bramki), a poza tym nikogo. Piłkarze słaniali się na nogach, podczas gdy w Realu brykało trzech świeżutkich graczy. Nie wiem, dlaczego nie zdecydował się na wprowadzenie np. Olicia. Zasnął? Zagadał się z Nerlingerem i nie zauważył, że to już 120. minuta? Josef, o co chodziło?
To wszystko ma o tyle mniejsze znaczenie, że awansowaliśmy, a zwycięzców się podobno nie sądzi. Niemniej jednak, gdybyśmy odpadli (a o awansie zaważył naprawdę łut szczęścia), na Heynckesie wieszano byłoby psy.
Największa wada tego meczu to praca sędziego. Kassai to raczej niezły arbiter, przyzwoicie prowadził wiele poprzednich, równie ważnych spotkań, a przedwczoraj zgłupiał. Dawał się nabrać na parę zagrywek aktorskich Realu, dał Robbenowi kartkę za to, że ten był sfaulowany, nie widział dwukrotnie ręki (jednej Realu, drugiej Bayernu), widział rękę tam, gdzie jej nie było i, jak już wspomniałam, przesiał nam obronę. W finale nie zagra Gustavo, Badstuber (!) i Alaba (!!!). Całe szczęście, że wystąpi Boateng, może on uratuje tę naszą formację.
Podsumowując, jestem bardzo zadowolona. Przede wszystkim - mój ukochany klub gra znowu w finale i tym razem ma większe szanse na trofeum niż dwa lata temu. Po drugie, nie spełniły się mokre sny dziennikarzy sportowych o Gran Derbi w finale - ba, nie zagra w nim żadna hiszpańska drużyna, a ich niedoceniani rywale (zwłaszcza ucierpiało się od "ekspertów" Chelsea). Po wtóre, za trzecim podejściem (i trzecim trenerem) udało nam się wreszcie pokonać samego Jose Mourinho. Teraz jego biografię będę czytała z najwyższą przyjemnością ;).
Do finału pozostał niecały miesiąc. Mamy wiele czasu na przygotowanie i zmagazynowanie sił, po drodze czekają nas dwa mecze ligowe (które i tak nic nie zmienią - mistrzem ponownie została Borussia), finał Pucharu Niemiec (także w BVB - ale chyba nie ma spiny, by koniecznie wygrać. Choć nie powiem, byłoby to miłe). Już nie mogę się doczekać ogromnego piłkarskiego święta na piękne rozświetlonej Allianz Arenie. Marzenia powoli się spełniają i został jeden warunek, abyśmy znaleźli się w piłkarskim niebie. Na to czekamy już 11 lat, a mnie jeszcze nie było dane przeżyć czegoś tak cudownego w roli kibica. Drodzy Bawarczycy. Liczę na Was.
A to takie hasełko, na które wpadłam na czwartkowym wykładzie: My little Bayern - winning is magic!
[Suuuche!]


Moje dolegliwości zdrowotne się nieco pogłębiły (a szczególnie pogłębiła je moja hipochondria - wiecie, że miałam już tętniaka i przerzuty rakowe do płuc? Co z tego, że na rentgenie nic takiego nie widać... A na poważnie - coś mi się zrobiło pod śluzówką policzka - jest jakby wbudowane w mięsień - i strasznie mnie to martwi), niemniej jednak Bayern ze swoją uzdrowicielską mocą powinien je ograniczyć przynajmniej na czas finału. Dodatkowo kupiłam "Niucha" (choć dopiero dzisiaj zaczęłam czytać "Piramidy"), zakochałam się w Sherlocku w wersji BBC (którego z braku laku oglądam bez napisów - piąty odcinek zrozumiałam bez komplikacji, trzeci i czwarty będę musiała powtórzyć ze względu na pewne niuanse) i zakończyłam oglądać drugi sezon kucyków. To powinno skutecznie pomóc mi w zapomnieniu o bólu i cierpieniu.
Od dwóch tygodni próbuję swych sił w roli nauczycielki (szkolę koleżankę w zakresie języka niemieckiego) i dopiero teraz widzę, jaka to ciężka praca. Tym bardziej, gdy pracuje się bez przygotowania zawodowego. Cały czas zapominam, że moja uczennica jest dopiero na początku swojej przygody z językiem Szwabów i nie potrafię się powstrzymać przed np. rzuceniem przykładu z nieco wyższej półki lub rozpoczęciem poważniejszego tematu, co może powodować mętlik w głowie koleżanki. Ale skoro myślę o zostaniu (kiedyś tam...) wykładowcą, powinnam mieć i takie przygotowanie. Przyda się.
[komentarze]  (2) [18:23 27/04/12]
 
Wir fahren nach München! Oh, wait... Czyli wrażenia pomeczowe
Do tej pory nie odetchnęłam po środowym meczu Bayernu. Meczu, który zagwarantował nam awans do finału na własnym stadionie - tym samym droga do zdobycia trofeum u siebie jako pierwsza drużyna w historii Ligi Mistrzów stoi otworem. Do pokonania została jeszcze niewiarygodna Chelsea, pogromca superhiperultrawypasionej Barcelony, niemniej jednak dla mnie finałem było spotkanie środowe. Nie chodzi mi o to, że CFC to formalność - absolutnie, wręcz przeciwnie! To może być nasz najtrudniejszy przeciwnik - tym bardziej, że sędzia przetrzebił nam obronę niczym rasowy kastrator. Nie wierzę jednak, by finał stał na wyższym piłkarsko poziomie niż przedwczorajsze starcie. Dwumecz z Realem okazał się tym, czego oczekuje się po starciu gigantów - wspaniałym widowiskiem. Pierwszy mecz oglądałam w domowych pieleszach, jednak na rewanż odważyłam się wreszcie na spotkanie z innymi kibicami. I przyznam szczerze, że od tego momentu chcę tylko tak oglądać bawarskie spotkania. Emocje są większe, euforia po zwycięstwie nieporównywalna z tańczeniem po pokoju przy akompaniamencie marudzących rodziców, narzekających na to, że kibicuję Szwabom. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że będzie mi się aż tak podobało. Jest to dowód, że moja aspołeczność jest wybiórcza i pewnych pól nie obejmuje - ale to dobrze, nie jestem jeszcze przypadkiem beznadziejnym.
Oba mecze były niezwykle wyrównane i oba wciągały od pierwszej do ostatniej minuty. Nawet dogrywka, grana w chodzonego, zleciała mi jak z bicza strzelił. Było wszystko - bramki, zmarnowane okazje (miliony zmarnowanych okazji!), kartki, stronniczy sędzia (to w rewanżu) i prawdziwa walka. Przyznam szczerze, że bardzo zapunktował w moich oczach Ribery. On naprawdę starał się szarpać - zwłaszcza w pierwszym meczu - i widać było, że zależało mu na awansie. Na wielki plus Manuel, obronił dwa karne (o tym, jak bardzo ten mecz był wyrównany, świadczy chociażby to, że gdyby nie farfocel Ramosa, to nie wiadomo, jak by się potoczyły losy tego dwumeczu), a w bramce był pewny jak nigdy. Cieszę się, że znów nie muszę trząść portkami za każdym razem, gdy piłka leci w stronę bramki Bayernu. Neuer potrafi się świetnie ustawić, wszystkie piłki z rzutów wolnych Ronaldo lądowały idealnie w jego dłoniach. Ostatni raz byłam tak pewna bramkarza za czasów Kahna (z wyjątkiem ostatniego sezonu, bo tu bywało różnie). Mimo wielu zmarnowanych sytuacji, miło mi się oglądało Gomeza. Jak go zobaczyłam w obronie, to nieomal piałam z zachwytu - Mario zaczął grać! Jest drewnem (już kiedyś powiedziałam, że szlachetnym. Mahoniem według moich szacunków), nie potrafi przyjąć piłki, pudłuje z czterech metrów, ale naprawdę się stara. I za to jednak należą mu się brawa. Przynajmniej nie miał tak długiej niemocy strzeleckiej jak Torres (którego też obdarzyłam swym uwielbieniem za bramkę wpakowaną Valdesowi. Coś wspaniałego, piłka jest jednak piękna!). Coraz bardziej podoba mi się nasza obrona - Boateng rozegrał fenomenalne spotkanie! Podobnie jak Alaba, choć w jego przypadku pierwszy mecz był lepszy. Niemniej jednak David stoi już na wysokim poziomie, więc strach się bać, co będzie za kilka lat. Oczywiście, stracha napędza rywalom.
Do plusów mogę zaliczyć też postawę zespołu - mimo straconych dwóch bramek w przeciągu kilkunastu minut, nie poddali się, taktyka się nie załamała, a oni potrafili wyciągnąć korzystny wynik. Tak grają (oby) mistrzowie.
Minus - środek. O ile Szwszw mogę pewne rzeczy wybaczyć (nie grał zresztą aż tak tragicznie), bo jeszcze nie wrócił do formy sprzed kontuzji, to Kroos pewnym momencie zaczął grać źle. To z pewnością była wina przygotowania kondycyjnego - pod koniec dogrywki Toni wyglądał, jakby miał za chwilę spotkanie z Ponurym Kosiarzem (a oni mu jeszcze kazali strzelać karnego!). Nie zachwycił też Lahm, przez którego Real parokrotnie zagroził bramce Bayernu. Pewnie założeniem taktycznym było ciągłe pilnowanie Krystyny, ale warto chyba czasem wrócić na swoją pozycję. Cdn.
[komentarze]  (0) [18:06 27/04/12]
 
Szach-ma(t)rzec - za co kocham szachy?
Właściwie szachów nie powąchałam od ostatniej notki. Na podręcznik pani Litmanowicz trafiłam dopiero dzisiaj, w dodatku przypadkiem - i nie dla dzieci, a dla młodzieży. Zastanawiam się, czy to jednak nie zbyt wysoki poziom jak na mój ciasny mózg.
Dlaczego nie bawiłam się w szachy? Z lenistwa. Tak samo jak przez prawie dwa tygodnie nie ruszyłam nic z własnych powtórek. Najwidoczniej uznałam, że skoro chodzę na wykłady, to robię dla swojego umysłu wystarczająco dużo.
Co robię dla swojego ciała? Zupełnie nic. Raczej je dobijam. W dodatku ze stresu o własne zdrowie ciągle mam nerwobóle, potykanie serca i bóle głowy - a zatem choruję ze strachu przed chorobą. Nigdy nie myślałam, że zostanę hipochondryczką.
Ale wróćmy do tematu...

Dzisiaj zastanawiałam się, dlaczego - po tak długim rozbracie - zdecydowałam się powrócić do pasji lat dziecięcych. Co takiego jest w tej grze, że kręci mnie i mnóstwo innych ludzi na całym świecie.

Po pierwsze, jest to chyba jedna z pierwszych gier - poza karcianymi - których się nauczyłam. Wcześniej grywałam także w warcaby z rodziną, ale te (mimo że także rozgrywane na szachownicy) nie wciągnęły mnie w takim stopniu. W jednym z komentarzy pod poprzednią notką było wspomniane, że ta osoba kojarzy sobie szachy właśnie z grającymi dzieciakami. Zatem nostalgia może być jedną z przyczyn, ale w moim przypadku na pewno nie dominuje.
Za szachami przemawia historia. Jest to gra znana od wieków i przez wieki nie straciła na ważności.
Przekonuje mnie także - jak głupio by to nie zabrzmiało - elitarność szachów. Zwłaszcza w obecnych czasach i zwłaszcza wśród ludzi młodych szachiści są z reguły rzadko spotykani. W erze gier komputerowych coś tak przyziemnego jak szachy może się wydawać mało interesujące, a gra staje się niszowa.
[Brzmi to cokolwiek hipstersko. Gram w szachy, one nie są mainstreamowe"].
Ale najbardziej w szachach cenię sobie fakt, że jest to przede wszystkim trening dla szarych komórek. Jeden z najlepszych możliwych. Równie dobry jak rozwiązywanie łamigłówek matematycznych. I chyba dlatego stanowi to dla mnie niemały problem (nawet przy najprostszych zagadkach z jednym matem - już o tym pewnie wspominałam): od czerwca niczego nie muszę się uczyć, siedzę na dziekance, całymi dniami mogłabym oglądać filmy na YouTube'ie, analizować blogaski i przesiadywać na forum Bayernu. A potem, gdy trzeba przełączyć się na myślenie strategiczne (nawet tak banalne!), mózgownica mi wysiada. W pewnym sensie traktuję te szachy jak rehabilitację umysłu przed powrotem na studia. Przy okazji chcę kształtować charakter (jest taka niepisana zasada: jeśli nie potrafisz rozwiązać zadania szachowego, zostaw je i wróć następnego dnia. Nie powinno się iść na łatwiznę i sprawdzać w odpowiedziach), wypełniać lukę, jaka powstała po zakończeniu przeze mnie kursu matematyki w szkole średniej.
Poza mnóstwem wymiernych korzyści, kocham w tej grze także coś innego - coś ulotnego. Coś, czego nie jest mi w stanie dać najlepszy symulator komputerowy. Inaczej rozwiązuje mi się zadania, gdy rozstawię bierki na szachownicy (choć muszę się wtedy pilnować, by ich nie przestawiać), a inaczej na ekranie monitora (czy na papierze). Zasada niby ta sama, ale sam widok figur i pionów porozstawianych na białych i czarnych (u mnie zielonych :D) polach chwyta za serce. To jest urok, magia - tak zwane coś. Nie wiem, dlaczego nie doceniałam tego wcześniej.

Jakie mam plany związane z szachami na resztę marca? Lektura Litmanowiczowej i kolejne zadania. Mam szczerą nadzieję, że to zainteresowanie nie skończy się wraz z końcem miesiąca, szumnie przeze mnie nazwany szach-ma(t)rcem.

PS: Udało mi się wreszcie wypożyczyć "Kolor magii" (po odwiedzeniu pięciu wrocławskich bibliotek). Miesiącu Pratchetta, nadchodzę!
[komentarze]  (2) [20:22 15/03/12]
 
Szach-ma(t)rzec - moja historia z szachami w tle
Planowałam marzec poświęcić twórczości Pratchetta i mojemu stosunkowi do niej, niestety, Biblioteka Publiczna we Wrocławiu z jej znanych przyczyn nie dostarcza rezerwowanych książek w ciągu dwudziestu czterech godzin. Możliwe, że będą dostępne jutro, ale i tak już straciłam tydzień miesiąca, więc Pratchetta "przesuwam" sobie na kwiecień (do tej pory przeczytam też więcej jego książek i będę miała szersze pole manewru do oceny), natomiast teraz zajmę się innym tematem.
Ażeby zakończyć wątek pratchettowski na ten miesiąc dodam tylko, że w teście na podobieństwo do poszczególnych postaci ze Świata Dysku wyszedł mi Marchewa. W sumie nawet go lubię, w końcu ma dziewczynę-wilkołaka.

Obecnie chciałabym się zająć moim powolnym powrotem do mojego (pra)starego hobby, z którym rozbrat wzięłam gdzieś w wyższych klasach podstawówki (a to prawie poprzedni eon) - jak sam tytuł notki wskazuje, są to szachy. Kiedyś, dawno, za szczeniaka chodziłam na spotkania klubu szachowego dla dzieci w rodzinnej miejscowości. Facet - dodajmy, że charytatywnie - uczył nas podstawowych reguł gry, zasad poruszania się po szachownicy oraz innych oczywistości niezbędnych do rozgrywania partii. Czy chodziłam tam z miłości do szachów - nie! Uczestniczyłam w tym, bo tak robiły moje koleżanki, nie jest to szczególnie mądre, ale takie są prawa wieku. Niemniej jednak grę w szachy lubiłam i uskuteczniałam dość często w potyczkach z dwójką moich dobrych kolegów.
W pewnym momencie szachy przestały mnie interesować i tak leżały w odmętach mojego umysłu przez długi, długi czas, aż nagle gdzieś na początku lutego zapragnęłam znowu grać. Moi rodzice nie znają zasad i nie wykazują chęci zmiany tego stanu rzeczy, rówieśnicy z reguły odpadają - są zajęci i z pewnością partyjka szachów to nie jest szczyt ich marzeń. Przyznam szczerze, że nie wiem, jak wygląda sprawa z szachami u moich dziadków, ale nawet jeśli grać potrafią, to nie wiadomo, czy koniecznie chcą. Dlatego ograniczyłam się do rozgrywek przeprowadzanych z komputerem (jak zaczęłam wygrywać, ściągnęłam bardziej wymagający program. Teraz moje partie nie trwają 2 minut...), ale to nie jest jednak to samo. W szachach - przynajmniej dla mnie - istotną rolę pełni kontakt z drugim człowiekiem, możliwość dotknięcia bierek, zapach drewnianej szachownicy. To właśnie tworzy ten klimat. Póki co, muszę się dostosować do warunków i grać z kompem. Może po pewnym czasie znajdę partnera do gry, ewentualnie zapiszę się do jakiegoś klubu, ale obawiam się, że to skończyłoby się totalną kompromitacją z mojej strony.
Ponadto, rozwiązuję (na razie) proste zadania szachowe. Na razie ograniczam się do mata w jednym posunięciu (brzmi banalnie, ale nie zawsze takie jest - choć na pewno o wiele prostsze od matów w dwóch, trzech i więcej posunięciach), planuję także wypożyczenie książek Mirosławy Litmanowicz - co prawda są one kierowane do dzieci, ale nie widzę innej opcji dla takiego nowicjusza jak ja.
Jako ciekawostkę dodam, że w moich starych szachach (które, notabene, ledwo odnalazłam) odkryłam wciśnięte pod rzędy z bierkami kserówki jeszcze z czasów klubowych - krótko rozpisana partia hiszpańska i włoska. Nie wiem, czy to kiedykolwiek przeczytałam, ale odczułam niesamowitą nostalgię. I jeszcze większą sympatię do królewskiej gry.
Przez cały marzec zamierzam publikować notki związane z szachami (choć nie będę się ograniczać wyłącznie do tego tematu). Nie będą to zerżnięte z Internetu artykuły, a jedynie moje luźne przemyślenia dotyczące gry, postaram się dokładniej przedstawić mój stosunek do niej oraz rozszerzyć sama swoją szachową wiedzę.

***
Dzisiaj byłam na pierwszym polskim weterynaryjnym wykładzie od czerwca - podczas półtoragodzinnej immunologii dowiedziałam się (nie przesadzam) więcej interesujących i przydatnych rzeczy niż przez cały mój pobyt w Niemczech. Nie posiadam się w związku z tym z radości, bo nareszcie mogę poszerzać wiedzę - bez całej stresowej otoczki związanej z zaliczeniami.
[komentarze]  (6) [12:22 06/03/12]
 
52 książki - odsłona lutowa
Zakończył się luty, przyszła pora na podsumowanie moich "osiągnięć" czytelniczych w tym okresie.
Wyniki są znacznie gorsze niż w styczniu, czytam zdecydowanie mniej, w dodatku dwie z pięciu pozycji czytałam już wcześniej - a zatem była to powtórka z rozrywki.

1) "Egzamin łowiecki", Edward Kopczyński
Jak zobaczyłam tytuł, byłam przekonana, że jest to po prostu zbiór reguł obowiązujących podczas takowego egzaminu. Jednak ciekawość kazała mi otworzyć książkę i okazało się, że to beletrystyka.
Poznajemy historię dwóch świeżo upieczonych maturzystów, którzy zdają egzamin łowiecki i rozpoczynają swoją przygodę z polowaniami pod opieką dziadka jednego z nich. Podobno książka jest częścią jakiejś serii o owych chłopakach, nie poczułam jednak specjalnego pociągu, by poznać pozostałe tomy. Fabuła jest dość miła, pokazuje dobitnie, jak łatwo zazdrość może zniszczyć przyjaźń i jak wielkim wyzwaniem jest pozbycie się zawiści w stosunku do kolegi. Morał jest dość prosty, ale jak na książkę dla młodzieży z lat 60. - w sam raz. Męczył mnie trochę styl pana Kopczyńskiego i ciągłe aluzje do potęgi i wspaniałości Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Ale cóż, jakie czasy, taka i literatura.

2) "Cierpienia młodego Wertera", Johann Wolfgang Goethe
Wiele osób nie znosi tej lektury, moi znajomi z klasy wręcz twierdzili, że "cierpią przez młodego Wertera". Ja osobiście uwielbiam tę książkę, nie tylko ze względu na wątek miłosny (choć wzruszają mnie dosyć często historie w stylu "on ją kocha, ale ona ma innego i on cierpi"), ale przede wszystkim podoba mi się spojrzenie Wertera na świat. Jego filozoficzne przemyślenia czytało mi się z dużą przyjemnością. Jeszcze pewnie nieraz wrócę "pocierpieć z Werterem".

3) "Zapałka na zakręcie", Krystyna Siesicka
Moje koleżanki czytały tę książkę w gimnazjum i chyba do takiej grupy czytelników jest ona skierowana. Nie jest to książka głupia (daleko jej do blogasków!), ma dość niebanalną fabułę oraz zakończenie, niemniej jednak chyba jestem za stara na literaturę tego typu.

4) "Hobbit, czyli tam i z powrotem", J. R. R. Tolkien
Kolejny "odgrzewany kotlet" na mojej liście. Sięgnęłam po "Hobbita", ponieważ zimą do kin wchodzi ekranizacja, a ja z książki nie pamiętałam nic: poza tym, że główny bohater zwał się Bilbo Baggins. Lubię fantastykę, uwielbiam Tolkiena, więc podróż z Bilbem i krasnoludami to była przyjemność w najczystszej formie. Mój apetyt na powieści fantasy został pobudzony do tego stopnia, że chyba już teraz mogę ogłosić marzec miesiącem Pratchetta - zamierzam przebrnąć przez książki jego autorstwa w kolejności chronologicznej. Sama posiadam tylko trzy pozycje ze Świata Dysku, ale liczę, że biblioteka miejska we Wrocławiu jest pod tym względem lepiej zaopatrzona. Na pewno też powrócę do Śródziemia (Google Chrome, really? Nie znasz takiego słowa?), bo czeka na mnie jeszcze trylogia "Władcy Pierścieni".

5) "Gdzie postawić przecinek?", Ewa i Feliks Przyłubscy
Tak, podręcznik interpunkcji. Wyjaśnia po kolei niuanse wykorzystania każdego ze znaków przestankowych wraz z wieloma różnorodnymi przykładami. Dowiedziałam się, w których miejscach popełniałam jeszcze błędy, natomiast w wielu przypadkach nie czuję się wcale mądrzejsza. Przeciwnie - mam wrażenie, że umiem jeszcze mniej. W każdym razie, mam nadzieję, że nauka nie pójdzie w las i moje teksty będą tylko lepsze.

Słodycze jadłam przez 12 dni lutego - mimo to bilans wydaje się być nieco słabszy od stycznia. Od ćwiczeń migam się, jak tylko mogę, a kontuzja barku i mięśni piersiowych jest do tego doskonałą wymówką. Dni jednakże stają się coraz cieplejsze, więc pewnego dnia przyjdzie pora na odkurzenie butów do biegania - a wtedy nie będzie przebacz. Niestety, bardzo dużo czasu spędziłam przed komputerem, tworząc własne analizy i czytając starsze, ale także błąkając się bez sensu po forach i YT. Pewnie z wyjazdem do Wrocka do się zmieni (oby!).
[komentarze]  (3) [07:49 01/03/12]
 
Kryzys X muzy
W poprzedni weekend rozdano Oscary - pomimo osobistego zawodu, jakim był brak statuetki dla mojego ulubionego aktora (a to najprawdopodobniej jedna z ostatnich szans na Oscara dla niego), nie mam zamiaru wieszać psów na całej uroczystości i rozważać słuszności wygranej czy też jej braku dla poszczególnych zwycięzców. Zainteresował mnie pewien ogólny trend, który powoduje, że kino oraz telewizja znajdują się w dołku i ciężko im się będzie z tego wygrzebać.
O ile kino pewnie sobie poradzi - zdecydowaną większość widzów zadowalają schematyczne pozycje w w repertuarze, parę razy do roku wielki hit, jakiś sequel, raz na jakiś czas coś ambitniejszego (i ja pod tym względem nie odstaję) - o tyle telewizja ma większy problem.
W ramach eksperymentu obejrzałam wczoraj parę programów telewizyjnych. Pierwszym był serial TVN-u na modłę "Trudnych spraw" połączonych z "W11", czyli "Ukryta prawda". I, choć nie uważam się za mistrza dedukcji, po minucie już domyślałam się, kto był winny. Po 15 minutach już to wiedziałam. Naprawdę, nie wiem, kto pisze scenariusze do tego typu produkcji, ale robi z bohaterów ostatnie ofiary, które nie potrafią połączyć ze sobą w logiczną całość prostych wydarzeń. Zdziwiłabym się, gdyby ktokolwiek oglądał to z zapartym tchem, oczekując rozwiązania zagadki. Naturalnie, nie spodziewałam się drugiego "Szpiega", niemniej jednak robienie debili z postaci jest dla mnie równoznaczne z robieniem debili z widzów.
Poza oczywistą słabością scenariusza raziły mnie zdjęcia. Film z mojej studniówki, podczas kręcenia którego kamerzyści byli zalani w trupa, wyglądał lepiej i był lepiej poskładany. Na widok jednego z dramatycznych zbliżeń na twarz aktora dosłownie parsknęłam śmiechem. To było tragiczne i nie ma w tym ani krztyny przesady. Podobnie jak i całość serialu.
Do czego tym wywodem zmierzam? Takich programów jest coraz więcej. "Trudne sprawy", "Pamiętniki z wakacji", "Sędzia Anna Maria Wesołowska", "Detektywi" - spójrzcie, ile czasu antenowego zajmują te i podobne twory. Ile jest seriali z tym samym scenariuszem, w których zmienia się tylko imię merysuistycznej bohaterki z Uli na Majkę, a z Majki na Julkę. I cały czas tworzą się nowe, a stare "tuzy" trzymają się dobrze (jak np. "Klan" z moją ukochaną drewnianą aktorką Izabelą Trojanowską). W telewizji nie ma już miejsca na ciekawe programy naukowe, które pamiętam z dzieciństwa, na mądre teleturnieje (poza "Jeden z dziesięciu", który i tak ma dość krzyżówkową formę), na dobre filmy. Pokazuje się wciąż odgrzewane kotlety lub produkcje wyższej klasy B, byle tylko miały znane twarze. W Teleexpressie pokazują memy internetowe sprzed kilkunastu miesięcy, w Wiadomościach przygotowują wydanie specjalne z okazji meczu Polska - Portugalia. Jedynie teatr telewizji wychodzi obronną ręką, eksperyment z przedstawieniem na żywo wyszedł przyzwoicie, a i sztuki nagrywane miło się ogląda (choć też nie wszystkie). Jeśli tak dalej pójdzie, telewizja za 10-15 lat będzie zepchnięta na margines, a jej niszę przejmie Internet. Już tak po części jest i chyba tylko przyzwyczajenie wielu ludzi utrzymuje jakoś przemysł telewizyjny. Gdy młode pokolenie dorośnie, telewizja nie będzie już dla nich dostatecznym źródłem rozrywki i informacji - wszystko to dostaną w sieci (o ile żadne ACTY w tym nie przeszkodzą). Taka kolejność rzeczy wydaje mi się nieunikniona i nawet nie jest mi z tego powodu przykro. Tak działa ewolucja.


***
Książek w lutym przeczytałam zdecydowanie mniej (cieszy mnie jedynie fakt, że odświeżyłam sobie "Hobbita"), słodyczy jadłam sporo (ale dni bezsłodyczowe nieznacznie przeważają), prawie w ogóle nie ćwiczę, gdyż strasznie boli mnie klatka piersiowa i plecy. Miałam robione badania i oficjalnie nic mi nie jest, coś czuję, że może być to wina złej postawy - pora wzmacniać mięśnie grzbietu...
Luty był miesiącem pod znakiem analiz blogasków: mam zapewniony materiał na jakieś trzy miesiące!
[komentarze]  (5) [stworz. 10:07 29/02/12 
mod. 11:56 29/02/12]
 
Zmiany, zmiany - świat kibicowski, odsłona zimowa
Sezon narciarski powoli chyli się ku końcowi, a ja jeszcze nie miałam ani razu deski na nogach - i pewnie już nie będę miała. Bardzo żałuję, ponieważ uwielbiam jeździć na moim snołbobie, w zeszłym roku ze względu na poważną kontuzję taty pojeździłam sobie może z godzinę, ten zapowiada się jako kompletna klapa. Mam nadzieję, że nie zapomnę, jak się zapina wiązania (bo to, że zapomnę, jak się jeździ, jest niemal pewne). I pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu zaczynałam wykonywać skoki...

Powoli kończą się również skoki narciarskie. Muszę przyznać, że w tym sezonie moja sympatia do drużyny austriackiej znacznie zmalała, a że nic w przyrodzie nie ginie, odnalazłam nowy obiekt westchnień: reprezentację Norwegii (pierwotnie: Normandii). Tak, tak, odkąd zaczęłam interesować się skokami, Norwegowie stanowili mojego wroga numer jeden, szczególnie nie cierpiałam Hildego. Traf chciał, że po wielu sezonach otwartej niechęci, polubiłam i Toma (który został ochrzczony "moją dziewczyną"), i resztę Norwegów. Do reprezentacji jako całości nadal jednak nie mogłam się przekonać, rywalizowali wszak z "moimi" Austriakami i byli po prawdzie jedyną drużyną, która była w stanie im zagrozić. To było dość dziwne, ponieważ lubiła Norwegów oddzielnie, trenera Kojonkoskiego wręcz uwielbiałam, ale gdy startowali razem, cała moja sympatia znikała.
W tym sezonie jest inaczej. Bardzo chętnie trzymam za Norwegów kciuki, wręcz życzę sobie, by utarli Austriakom nosa. Nadal Morgi jest moim ulubionym skoczkiem (i to się nie zmieni), nadal cenię sobie Koflera czy Loitzla, ale tym razem to Austriacy w tak zwanej kupie działają mi na nerwy. Może to kwestia zmiany trenera w reprezentacji Norwegii (choć, jak już wspominałam, Kojonkoski był jednym z moich ulubionych szkoleniowców), a może przejadła mi się pewna siebie Austria z Gregorem na czele. Myślę, że jeśli bym miała się doszukiwać powodów mojego rozbratu z Austriakami, Schlierenzauer byłby jednym z głównych. Od dłuższego czasu nie trawię tego chłopaka, początkowo wyrzucałam to sobie, w końcu to członek "mojego" teamu, ale przestałam działać wbrew sobie. Dla mnie im więcej skoczków utrze Schlieriemu nosa, tym lepiej.
Pewnie postać pana Alexandra Stöckla też miała swój udział w moim romansie z Norwegami. Podczas ostatnich skoków wypracowałam nawet teorię, że najsympatyczniejsi są austriaccy trenerzy niepracujący z kadrą Austrii. Potwierdza się zarówno w przypadku Stöckla, jak i Wernera Schustera; obaj panowie sprawiają wrażenie pozytywnych ludzi, obaj mają wiecznie zadowolone miny i obaj dają się lubić. Różnica między kadrą Niemiec a kadrą Norwegii jest jednak taka, że to ta druga posiada moją dziewczynę, mojego chłopaka i wielu innych sportowców, z którymi sympatyzuję.
A zatem to nie wina Wernera, że nie kocham reprezentacji Niemiec.

Wspominałam gdzieś na początku notki, że ochłodzenie w stosunkach kibicowsko-sportowych z reprezentacją Austrii nie wpływa, broń Boże, na moje wsparcie dla Morgiego. To on jest uzurpatorem tytułu mojego ulubionego skoczka i nikt mu tego prawa nie odbierze - bo taka jest moja wola.
Nie zmienia to jednak faktu, że Morgensternowi w tym roku nie wychodzi tak, jak mogłoby wychodzić (skoro przegonił go nawet Stochu...) i zostałam bez faworyta. Naturalnym wyborem po Morgim powinien być w takim układzie Kofler, który rozgrywa bardzo dobry sezon i śmiało kroczy po Kryształową Kulę - problem w tym, że skoro wystąpiłam już przeciw naturze kibicując Norwegom, to postanowiłam także dalej brnąć tą ścieżką. I tak oto moim numerem jeden na ten sezon został Anders Bardal. Zawsze traktowałam go z uprzejmą obojętnością, w tym roku jednak ujął mnie i swoimi wynikami, i swoją charakterystyczną miną przy siadaniu na belce. Otóż, zawsze wygląda wtedy, jakby łaskawie spoglądał z góry na otaczający go motłoch - stwierdziła przeto, że musi mieć korzenie szlacheckie i przezywam go od tego momentu "Szlachcicem" właśnie.
Liczę na to, że wygra. Noblesse oblige.
[komentarze]  (0) [09:59 07/02/12]
 
Kultura w 2012
Dwa krótkie opowiadania wydane w jednym tomie, dlatego uznałam je za jedną pozycję. Przedstawiają świat widziany okiem młodego przestępcy - w pierwszym opowiadaniu sprowadza on na złą drogę dziewczynę z tzw. "porządnego domu", w drugim natomiast (moim zdaniem - lepszym) historia wychowanka poprawczaka miesza się z relacją z biegu na 5 mil, podczas którego on, murowany kandydat do zwycięstwa, na którego postawił mnóstwo oszczędności dyrektor domu poprawczego, z własnej, nieprzymuszonej woli oddaje bieg na oczach wszystkich. Ma być to jego drogą do wolności, nie sensu stricto, wolności duchowej, samodecydowania. Dość ciekawa lektura.

6) "Aldabra", Tony Beamish

Wspominałam o tej książce w poprzedniej notce. Choć lubię bardzo książki podróżnicze, ta zdecydowanie nie przypadła mi do gustu. Zamiast zapowiadanej w pierwszym rozdziale relacji z walki o ocalenie unikalnego atolu mamy ciągle powtarzane nazwy ptaków, o których nigdy nie słyszałam i zapewne już nie usłyszę. Najbardziej emocjonującym momentem jest poszukiwanie studni podczas suszy, reszta prawie dwustustronicowej książki to polowanie (aparatem, rzecz jasna) na chruściele, rybitwy, flamingi i inne "ustrojstwa". Uwielbiam książki o zwierzętach, ale dokładne przedstawienie upierzenia, kształtu dzioba i innych szczegółów przypomina mi wiadomą, orzeszkową lekturę szkolną.

7) "Muzungu", Daniel Topolski

Kolejna z książek podróżniczych, tym razem jednak angielski dziennikarz (polskiego pochodzenia, co można wydedukować po nazwisku) wędruje po wschodniej Afryce i skupia się głównie na obyczajach tubylców. Jest to interesujące, autor wiele czasu poświęca swoim wrażeniom, opowiada o aktualnej sytuacji politycznej (lata 70-te ubiegłego wieku, w niektórych krajach panuje apartheid), przekonująco opisuje spotkanych ludzi, sporo chwil poświęca krajobrazowi... Niestety, głównie zapamiętam z tej książki opisy kobiecych kształtów. Mam przykre wrażenie, że ów żurnalista pojechał do Afryki po prostu sobie poruchać Murzynki i Arabki. Nie ma rozdziału bez opisu stosunku, a przynajmniej uwagi na temat seksownych piersi czy pośladków młodych Afrykanek. O ile na początku dodaje to tylko smaczku opisowi owych wojaży, po pewnym czasie zaczyna po prostu denerwować.

8) "Nie taki straszny wilk", Farley Mowat

Co prawda, jeszcze nie skończyłam tej książki, ale pozostało mi jakieś 35 stron do końca, więc w najgorszym wypadku jutro ją dokończę.
Jeszcze jedna pozycja z literatury podróżniczo-przyrodniczej, tym razem jednak następuje zdecydowana zmiana klimatu (wybywamy pod koło podbiegunowe) i przedmiotu zainteresowania. Główny bohater przez dwa lata obserwuje wilki w stanie dzikim, zaprzyjaźnia się nawet z pewnym wilczym stadkiem (nadał im nawet ludzkie imiona!). W przeciwieństwie do "Aldabry", autor pisze w bardzo przyjemnym stylu oraz skupia się na rzeczach istotnych i ciekawych. A może to po prostu kwestia tematu? Egzotyczne ptaki, mimo swej urody, średnio mnie kręcą, natomiast wilki to co innego. Mogę z czystym sercem stwierdzić, że Canis lupus to jedno z moich ulubionych zwierząt - jeśli nie ulubione. Są fascynujące, nad wyraz urodziwe, piekielnie inteligentne - można się zakochać. I ja też zakochałam się w opisie pana Mowata.
Ok, to by było na tyle w kwestii książek. Podobne postanowienie powzięłam też w kategorii filmowej: mam zamiar obejrzeć 12 filmów w kinie (w Internecie w samym styczniu widziałam 10. Korzystam, póki jeszcze mogę). Do tej pory widziałam tylko nowego Sherlocka, ale luty zapowiada się sensownie, jeśli chodzi o premiery.

Jeśli chodzi o pozostałe kwestie w podsumowaniu miesiąca: w dniach "bezsłodyczowych" do "słodyczowych" jest 17:13 (nie wiadomo, jakim wynikiem zakończy się dzisiejsza batalia). Niby ok, ale muszę nadmienić, że w tych słodyczowych "ciągach" potrafiłam wciągnąć plus minus roczny zapas USA. Jednakże uważam, że to dobry znak i postaram się kontynuować passę też w lutym.
[komentarze]  (0) [09:01 31/01/12]
 
Kultura w 2012
Tak jak niedawno wspominałam, w tym roku podjęłam się wyzwania "52 książek". Jak łatwo można się domyślić, w całym tym bałaganie chodzi o to, by przez 52 tygodnie roku przeczytać tyleż książek. Można więcej, raczej nie mniej.
Dlaczego zdecydowała się podjąć rękawicę? Osobiście zgadzam się ze zdaniem pana Cejrowskiego, że "czytanie to przyjemność, nie statystyka". Trochę bałam się, że przez te z góry narzucone ramy będę się spinać, by przeczytać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. W sumie lęki te były poniekąd uzasadnione, natura ludzka (moja?) tak działa, że człowiek traktuje takie zadania poważnie i chce je zrealizować "w terminie". Tymczasem tu powinno chodzić o przyjemność czerpaną z lektury, o rozkoszowanie się światem w naszej głowie, często także o analizowanie pewnych fragmentów i postaw oraz odniesienie ich do naszego życia. To coś więcej niż proste odhaczanie zaliczonych pozycji.
Mimo wszystko jednak się zdecydowałam. W wieku dziecięcym i wczesnym nastoletnim bardzo lubiłam czytać, "pochłaniałam" książki tonami i ciągle było mi mało. Pewnie dlatego wtedy byłam najbardziej zainteresowana światem - czytałam dużo książek "naukowych" przeznaczonych dla dzieci. Czytanie było wielką pasją.
Gdzieś w połowie okresu nastoletniego moje zainteresowanie książkami drastycznie zmalało, a w liceum spadło do zera. Tj. do niezbędnych lektur szkolnych. Od czasu do czasu przyswoiłam też jakąś książkę spoza kanonu, ale było ich niepokojąco mało. Może z 2 na rok.
Ponieważ teraz mam naprawdę dużo czasu, postanowiłam nieco "odświeżyć" zapomnianą pasję. I tak oto podjęłam "wyzwanie 52 książek". Bez napinki. Jeśli się nie uda, nie zrobię tragedii. Nikt mi jednak nie odbierze tego, co uda mi się mimo wszystko przeczytać. Już teraz odniosłam sukces: lektura wygrywa zdecydowanie z telewizją, a nawet Internetem, jeśli chodzi o rozrywkę. A taki był mój pierwotny cel.
Co miesiąc postaram się opublikować tu listę oraz krótką opinię odnośnie przeczytanych przeze mnie książek. I w ten sposób, mam nadzieję, dojdziemy do wymarzonej pięćdziesiątki dwójki.

Styczeń:
1) "Harry Potter i książę półkrwi", J.K. Rowling
2) "Harry Potter i insygnia śmierci", J.K. Rowling

Myślę, że tu nie ma co się rozwodzić. Na przełomie roku przypominałam sobie całą serię książek o Harrym, po raz pierwszy czytając je ciurkiem, jedna po drugiej. Przyznam, że można w ten sposób zauważyć wiele szczegółów, które jakoś umykały mi, gdy czytałam te książki z przerwami pomiędzy poszczególnymi premierami. Szczerze lubię tę serię, uważam ją za bardzo wartościową i przyjemnie napisaną. To nie są wyłącznie bajki dla dzieci, cała historia wiele nas uczy, ukazuje wartości i cnoty, być może nieco zapomniane w naszym dziwnym, zakręconym za pieniądzem świecie. To pozycje, do których będę wracała jeszcze wielokrotnie, by się rozbawić, podenerwować, wzruszyć - dać się wciągnąć.

3) "Proces", Franz Kafka

Książka, która podbiła me serce. Nie wiem, czy dałoby się dobitniej, a zarazem w równie zawoalowany sposób przedstawić machinerię biurokracji (chyba, że w "Zamku"). Przyjemnie mi się to czytało, zakończenie sprawiło, że pół dnia chodziłam smutna, ponieważ kibicowałam Józefowi w jego walce z systemem urzędników niższych i wyższych z całego serca. Rozdział, który najbardziej mi się podobał, nie został dokończony (mogę sobie dumać, jak to się potoczyło), dlatego uznam scenę w katedrze za najlepszą.

4) "Medaliony", Zofia Nałkowska

Lektura na jeden wieczór. Literatura wojenna nie jest mi obca (jak chyba każdemu, kto ukończył szkołę średnią), spojrzenie autorki "Granicy" jest jednak... do bólu obiektywne, można powiedzieć, że redaktorskie. Historie przez nią przedstawione poruszają czytelnika ze znaczną siłą i chyba taki był jej zamiar: wstrząsnąć ludźmi. A wstrząs jest tym większy, im mniej emocjonalnie bohaterowie historii do nich podchodzą.

5) "Córka szmaciarza" i "Samotność długodystansowca", Alan Sillitoe
[komentarze]  (0) [08:55 31/01/12]
 
ACTA ad acta? Sprawy ciąg dalszy
Sprawa kontrowersyjnej umowy trwa nadal - po symbolicznym "upadku" strony Sejmu, Kancelarii premiera i prezydenta w sobotni wieczór, zaczęto o tym mówić w mediach (dzięki Bogu, że w ogóle zwrócili na to uwagę), zaś ludzie się zjednoczyli i od początku tygodnia trwają różnorakie protesty w większych miastach Polski.
Wszystko to jest bardzo zacne, bardzo potrzebne i szczerze to popieram. Zastanawiam się jedynie, czy nie zajęto się tym zbyt późno.
Aktualnie jestem po lekturze książki podróżniczej pt. "Aldabra" (dość nudnawa, ale o tym opowiem pod koniec miesiąca - postanowiłam, że będę się dzieliła tym, co przeczytałam, ponieważ podjęłam słynne wyzwanie 52 książek). Autor opisuje ekspedycję na jedną z wysp na Oceanie Indyjskim (należącą konkretniej do Seszeli), która okazała się być jedną z ostatnich ostoi olbrzymich żółwi, podobnych do tych, które badał sam Darwin na Galapagos. Ponadto, wyspa (czy raczej cała laguna) była praktycznie niezamieszkana i nieprzekształcona przez człowieka, posiadała obfitość endemicznych gatunków ptaków i bezkręgowców. Niestety, jak można się domyślić, znajdowała się w nieodpowiednim miejscu - wg rządów USA i Wielkiej Brytanii była perfekcyjnym miejscem do utworzenia tam wojskowej bazy lotniczej, co wiązałoby się z nieodwracalnym zniszczeniem "żywego muzeum przyrody", jak określono wyspę w powieści. Jak można się łatwo domyślić, plany były opracowywane po cichu, bez konsultacji ze światem naukowym i gdy sprawa przypadkiem wypłynęła (ciekawe, wtedy nie mieli przecież WikiLeaks ;)), Towarzystwo Królewskie podniosło alarm.
Bohater (i jednocześnie sam autor) wyruszył z paroma naukowcami, by nakręcić film o Aldabrze, bogactwie jej fauny i flory. Tymczasem w mediach w UK, a ostatecznie i w parlamencie brytyjskim rozpoczęto batalię o wyspę. Materiał nagrany przez bohatera został wyemitowany w BBC, ludzie zaczęli protestować wobec nieuniknionej zagłady ostoi rzadkich gatunków i odnieśli ostatecznie sukces. Sukcesowi pomógł przypadek (akurat funt stracił na wartości i takowa inwestycja była w danym momencie nieopłacalna), ale o ile wiem, nie wybudowano tam bazy wojskowej, a sam atol został otoczony odpowiednią opieką.
Można rzec, lektura ku pokrzepieniu serc, zwłaszcza w naszej ostatniej sytuacji. Jest tylko jedno "ale". Świat naukowy podniósł głos odpowiednio wcześnie, by uratować wyspę. Dyskusje na jej temat były prowadzone długie miesiące. Ja osobiście dowiedziałam się o ACTA niecały tydzień temu; myślę, że większość ludzi też nie jest obeznana ze sprawą dłużej. Protesty trwają dopiero od soboty. Rząd (w postaci pana Boni) otwarcie powiedział, że jest już za późno. Wszystko wskazuje na to, że Polska to podpisze.
Pozostaje mieć jeszcze nadzieję, że Parlament Europejski ów traktat odrzuci. Zawsze jest też rodzimy Sejm. Myślę, że ACTA zginie pod naporem ludu i odtrąbimy w tym przypadku sukces. Mam nadzieję, że jednak nie zaczęliśmy protestować za późno.
Co jednak obnażyła ta sytuacja? Krętactwo rządów w Polsce i na całym świecie. Słabość naszych ministrów i premiera, ich ośli upór, by zagrać ludziom (a po części także swojemu elektoratowi) na nosie (bo jakby to wyglądało, że wycofają się z czegoś, bo naród tak chce, phi. Pozwoliłoby to jeszcze sądzić, że żyjemy w demokratycznym kraju!). Czyli nic dobrego. Jak to pięknie określiła pani prof. Łętowska w radiu Tok FM: partacze. Ludzie bez bladego pojęcia, jak tworzy się prawo i jak powinno wyglądać. W parlamencie mamy więcej osób z wykształceniem zawodowym bądź średnim aniżeli doktorów i profesorów razem wziętych. Co oni mogą powiedzieć na temat pokroju służby zdrowia, oświaty, bezpieczeństwa, itp., itd.? Tyle, ile wyznał poseł Migalski na swoim blogu: nic. Czy wiedzą, za czym głosują? Nie. Rzadko kiedy. Bardzo odważne wyznanie pana posła, choć broń obosieczna: wyznanie samej prawdy oraz strzał w stopę.
A rząd chyba chce strzelić sobie w skroń. Od biedy w podniebienie.
Przyjdzie czas rozliczeń przy urnach wyborczych...
Na fotografii - Aldabra.
[komentarze]  (0) [12:08 25/01/12]
 
Nie dla ACTA!
Przyznam szczerze, że boję się nadużyć nowego prawa (choć ciągle wierzę, że głos narodu nie zostanie po prostu zignorowany i nasz kraj, a także UE, tego nie przyjmie). Na pierwszy ogień poszłyby miejsca w sieci, które sprawiają mi najwięcej radości: nie mogłabym już oglądać krytyków zza oceanu (jeśli ktoś ośmieli się zamknąć thatguywiththeglasses.com, to serio się wkurzę. I wtedy idę protestować, choćby, jak to się elegancko mówi, skały srały), serii o grach komputerowych, zagranicznych seriali i filmów sprzed kilku lat. Nie jestem kompletnie uzależniona od Internetu, potrafiłabym żyć bez niego - wiedzę czerpać z bibliotek, bo to właśnie książkę uważam za najlepsze i najpewniejsze źródło informacji (choć w mojej dziedzinie często książki wychodzą z opóźnieniem i po pewnym czasie informacje są już przestarzałe), rozrywkę znajdować gdzieś poza stukaniem w klawiaturę. Byłoby mi przykro, w końcu Internet to świetna rzecz. Ale czy byłby aż tak świetny, gdyby nie był w pełni wolnym medium?
Nie chcę zanadto politykować, nie czuję się do tego uprawniona, ani wystarczająco kompetentna (dlatego też, mimo wielu apelów, nie będę pisać pełnego rozpaczy maila do lokalnego europosła. Nawet nie wiem, kto nim jest. Wierzę, że ktoś o większej wiedzy niż ja dokona tego za mnie), ale problem dotyczy bezpośrednio mnie i nie tylko mnie. Dotyka większość ludzi w Europie. Przydałby się teraz głos jakiegoś eksperta, autorytetu, który stanowczo by zaprotestował przeciwko owej ustawie. Tylko czy ktokolwiek by go posłuchał? Nawet gdyby to był sam Lech Wałęsa, zbyt wiele zapewne by nie zdziałał.
Śmierdzi mi ta sprawa smrodkiem poprzedniej epoki (stąd też słynny plakat przy poprzedniej części wpisu), mimo że nie miałam możliwości go zaznać. I nie chciałabym kiedykolwiek opowiadać swoim dzieciom, jak w młodości musiałam walczyć z cenzurą otaczającą ostatnie wolne medium, jakie nam pozostało.
To zabrzmi z pewnością zbyt patetycznie, w końcu to "tylko" Internet (a może "aż"?), niemniej jednak urodziłam się na kontynencie, który jest kolebką demokracji, w kraju, który nie raz w przeszłości musiał walczyć o wolność i mam szczerzą nadzieję, że żaden polityk, żadna korporacja i żadna z góry narzucona umowa nie odbiorą nam naszego prawa do wolności. Wolności słowa, wolności poglądów, swobody poruszania się w sieci bez uczucia, że ktoś obserwuje moje ruchy i przy odwiedzeniu "niewygodnej" strony mogę liczyć się z konsekwencjami. Że nikt nie będzie mi zakazywał i nakazywał, że ludzie u władzy nauczą się w końcu, że to nie skutkuje i jedynie pokazywanie dobrej drogi może przekazać dobre postawy obywatelom.
I have a dream...

***
Szczerze mówiąc, dzisiejszy wpis miał traktować o czymś zupełnie innym - o tak zwanych pierdołach, o Morgim, Bayernie (właśnie, darmowe streamy przy wejściu ACTA w życie pewnie też będę mogła pożegnać), o Dniu Babci, o tym, że po 11 dniach bez słodyczy zapewne dzisiaj się na nie rzucę... Zastanawiam się, jaki kształt tego bloga powinnam przyjąć, czy raczej filozoficzno-psychologiczno-społe  czne wynurzenia człowieka, który nie ma pojęcia, o czym pisze i za parę dni będzie żałował, że to napisał, czy może rozmyślania (już-nie)nastolatki o życiu i jego ciężarze? Nie mam pojęcia, czasem mam ochotę rzucić gdzieś ten "pamiętniczek", czasem jednak - jak dzisiaj - potrzebuję go ze zdwojoną siłą.
Jeszcze nigdy nie obawiałam się tak o swoją przyszłość nie jako jednostki, a jako części społeczeństwa. Często powtarzam, że mogłabym żyć jako pustelnik, w zgodzie z naturą, mając jeno wilki za towarzyszy (albo psa, żeby było łagodniej), ale chyba jestem zbyt przyzwyczajona do cywilizacji, by godzić się z początkiem końca jednego z najważniejszych jej symboli. Chciałabym, by te gadające głowy z Warszawy i Brukseli usłyszeli głos ludzi, zrozumieli, co ich martwi, poszli na jakiś kompromis. Bo inaczej już nie będziemy mieć demokracji w Europie, a dziwny rodzaj oligarchii. A tego chyba chcemy uniknąć...
[komentarze]  (0) [13:06 21/01/12]
 
Nie dla ACTA!
Mam nadzieję, że jak zobaczę ten wpis za parę miesięcy, nie będę już pamiętała, że taka ustawa miała być w ogóle wprowadzona i o co była ta cała afera.
W ostatnich dniach w całym Internecie aż huczy - sprawa jest rozdmuchana do granic możliwości, więc miałam pewne wątpliwości, czy też powinnam o tym pisać i pozwolić rozdmuchać jej się jeszcze bardziej. Ale chyba nie powinnam przechodzić obok tego obojętnie. Jeśli balonik pęknie, to nie powinno wyjść nam to na złe.
Czym jest ustawa/traktat/rozporządzenie/sam  a-nie-wiem-co ACTA, chyba nie muszę pisać. Podobnie jak większość internautów, nie znam jej dokładnych założeń (tj. nie czytałam jej. Choć podobno jest bardzo ładnie napisana), ale pozwalam sobie przypuszczać, że wiem, o co w niej chodzi. A nie chodzi o nic dobrego, czego przedsmak mieliśmy wczoraj - zamknięto dwa międzynarodowe serwisy: Megaupload i Megavideo. Poczułam się niezręcznie, zupełnie, jakby przyłapano mnie na gorącym uczynku, ponieważ jeszcze tydzień temu oglądałam na Megavideo siódmą część "Harry'ego Pottera". W każdym razie, zaniepokoiło mnie to, i to nie na żarty. Skoro m.in. o takie zabiegi chodzi w ww. ustawie, to lada moment nie będę miała po co włączać Internetu (w sumie wtedy zamiast 7 GB wystarczyłoby mi 2 i bym zaoszczędziła. Always look on the bright side of life).
Podobnie zaniepokojona (a powoli zamienia się to w masową histerię) jest większość internautów. ACTA wymierzona jest oficjalnie w piractwo, nieoficjalnie można się spodziewać, że będzie służyła do wielu nadużyć. Z miejsca mogliby zamknąć połowę stron w Internecie, z YouTube'em na czele. Wszak roi się tam od kopii piosenek czy filmów.
Dlaczego chcą wprowadzić w życie takie prawo? Ponieważ wielkie firmy fonograficzne, studia wydawnicze i pojedynczy artyści żyją w ciągłym strachu o swoją własność intelektualną oraz twórczą. Nie jestem wrogiem regulacji prawnych, jeśli chodzi o ochronę własności czy sprawę plagiatu - sama nieco ponad rok temu, przygotowując prezentację na biologię komórki, wysyłałam maile do doktora z Mainz, by udostępnił mi swoje foty z mikroskopu elektronowego. Mogłabym walnąć je bez zgody (jak zrobił zresztą profesor z tegoż przedmiotu), ale wolałam zapytać. Otrzymałam zgodę na wykorzystanie tylko jednego zdjęcia peroksysomów za darmo (za więcej musiałabym płacić), ale dostałam je z imiennym podpisem, że to dla mnie i żyłam w spokoju z własnym sumieniem - nie podkradłam niczyjej pracy.
Dlaczego zatem pozwalam sobie na ściąganie muzyki i oglądanie filmów online, choć to śmierdzi hipokryzją na kilometr? To proste: szkoda mi kasy. Rzadko kiedy ściągam całe albumy, najczęściej są to pojedyncze piosenki, które akurat wpadły mi w ucho. Nie widzę sensu kupowania płyty dla paru utworów. Poza tym, często słucham twórców mało znanych w Polsce, podobnie zresztą jak lubię filmy niemieckiego autorstwa. Czy z tego tytułu mam jechać za zachodnią granicę, by obejrzeć film lub kupić album lubianego muzyka? Czy może mam płacić grubą forsę za przesyłkę z zagranicy? ACTA to ustawa o wybitnie anty-robinhoodowskim przesłaniu: zabiera biednym, daje bogatym.
Koncerny rozrywkowe szacują swoje straty na setki milionów dolarów. Problem w tym, że to nie jest strata, to po prostu brak hipotetycznego zysku: oni po prostu zakładają, że te miliony ludzi ściągających muzykę, filmy czy gry, gdyby nie mieli takiej możliwości, poszliby do sklepu i grzecznie kupili. To daleko posunięta nadinterpretacja. Jak powiedział Krzysztof Gonciarz, prowadzący kanału na YT pt. Wybuchające Beczki oraz dziennikarz, jeśli owe wielkie firmy dają ludziom syf, to ludzie nie będą za to płacić. Może pora zastanowić się, jak zachęcić ludzi, aby, mimo możliwości ściągnięcia z Internetu, poszli i zapłacili za coś, co oni wyprodukowali. Dobrym przykładem jest nasz polski Wiedźmin - pierwsza gra była tak dobra, że ludzie masowo kupowali drugą część. Nie tylko w Polsce, także za granicą.
CDN.
[komentarze]  (0) [stworz. 12:48 21/01/12 
mod. 12:51 21/01/12]
 
Nowy rok, nowy początek
Spóźnione witam wszystkich w Nowym Roku!
To naprawdę dziwne, ponieważ mam wrażenie, że Sylwester był jakieś 5 dni temu, a tu minęły prawie 3 tygodnie stycznia. To świadczy jedynie o tym, że życie bezrobotnego studenta na dziekance jest faktycznie słodkie - to pewnego stopnia. Ja na szczęście wypełniłam sobie ten czas dość pożytecznymi zajęciami. Po pierwsze, odbębniam wielką powtórkę najważniejszych rzeczy z pierwszego roku. Od anatomii przez biochemię po histologię i embriologię. Gdy skończę czytać krótkie wykłady z neurobiologii, postaram się dorzucić jeszcze genetykę, z której dość sporo pamiętam w ogóle, jednakże szczegóły, jak to bywa, gdzieś umknęły.
Po drugie, staram się nie odpuszczać niemieckiego. Mimo że moja ochota do nauki tego języka po powrocie z kraju, w którym nim władają, była równa zeru, to jednak przecież wszystkiego nie umiem, a poza tym - repetitio est mater studiorum. O dziwo, wróciła mi ochota na angielski, choć nie uczę się go w "regularny" sposób, to jednak ten język znowu jest obecny w moim życiu - poprzez oglądanie chociażby skeczy Douga Walkera na YT (jak jeszcze były dostępne poniacze z napisami, to namiętnie oglądałam ich przygody, a teraz... :( ), czytanie interesujących mnie blogów. Co prawda, jeśli naprawdę chciałabym zdawać CAE, to to nie wystarczy (a szkoda, gdybym nie zdała w tym roku, skoro mam tyle wolnego czasu), więc powtórki z gramatyki i nauka słownictwa musi iść w parze z rozrywką. Będę musiała poszukać jakichś książek przygotowujących typowo pod ów egzamin. I zacząć oglądać też coś poważniejszego, w końcu dziwnie by było, gdybym na egzaminie wyskoczyła z "Ooh myy God! It's the best movie I've ever seen in my life!" ;).
Po trzecie, mam wreszcie czas (mnóstwo czasu) na... myślenie. Na obserwację, analizę i wyciąganie wniosków. Takie filozofowanie. O wszystkim: o własnym życiu i jego sensie, o wszechświecie, o przyrodzie, o istocie dobra - aż dziw, że przez ten czas nie wypłodziłam żadnego wpisu na ten temat. Choć może to i lepiej, pewnie za jakiś czas schowałabym się ze wstydu, czytając je, bo momentami te moje filozofie bywają przesadzone. Mimo to, bardzo to polubiłam, spostrzegłam wtedy, że jako człowiek jestem zdolna do głębszych rozmyślań niż "co by zjeść na kolację".
Po czwarte, i chyba już ostatnie, taką ilość wolnego aż żal byłoby zmarnować, nie próbując wprowadzić wreszcie pożądanych przeze mnie nawyków. A zatem "szkolę się" sama od początku roku (a nawet wcześniej, bo już w okresie świątecznym dojrzałam taką potrzebę) w niemal wszystkich dziedzinach, które sprawiały mi kłopot. Przede wszystkim, od 8 dni bez przerwy, a przez 10 dni w styczniu (10:7, przewaga nie powala, ale stale rośnie) nie jem słodyczy. Po prostu, bez zbędnej ideologii (choć zaważyło trochę to, że mama mnie opierdzieliła za to, że wyjadam jej z szafki słodkości. Uznałam to za rzucenie rękawicy i od tej pory żadne ciastko, cukierek czy inna czekoladka nie znalazły się w moim przewodzie pokarmowym. Choć ten "zakład" jest jednostronny, bo ona o tym nie wie. I to nie jest tak, że trzymam pod łóżkiem prywatne zapasy, żeby nie wykradać z kuchni - nie, zawzięłam się i po prostu nie jem). Na początku, muszę przyznać, było dość ciężkawo, bo mózg jednak się domagał przez pierwsze 2-3 dni. Wtedy musiałam użyć tej tzw. silnej woli, by się powstrzymać. A teraz nie robi mi już różnicy, czy na stole leży ciasto, czy tata przywiózł nową, 2-litrową Pepsi. Zaczynam omijać je z przyzwyczajenia. I gdy przychodzi jednak ochota na "coś słodkiego", to zjadam jogurt lub inny mleczny deser (waniliowe już są dla mnie za słodkie...). Mam wybór, mogę zjeść czekoladę. Ale nie chcę.
To chyba mój największy sukces w tym roku jak do tej pory. Poza tym, codziennie udaje mi się ćwiczyć (ale to jest przyjemność), oglądam mniej telewizji = więcej czytam (czasem oglądam filmy w necie) oraz przestałam odwiedzać internetowe "zjadacze czasu" w postaci miliona blogów i stron typu kwejk.
Rzadko to się zdarza, ale jestem z siebie dumna.
[komentarze]  (0) [08:25 18/01/12]
 
Charlie Brown
Zbliża się koniec roku 2011 (to naprawdę zadziwiające, jak ten czas szybko leci), a zatem nadeszła pora na podsumowanie.
Jaki był ten rok? Na pewno gorszy niż poprzedzający, mimo że obfitował w pewne bardzo przyjemne wydarzenia. Myślę, że można go podzielić na dwie połówki: pierwszy minęła zadzwiająco szybko, maj i czerwiec był całkowicie podporządkowany sesji letniej i trudnym egzaminom. Ale ogółem było dobrze. To wtedy właśnie nauczyłam się czerpać radość ze studiów, z możliwości nauki i z towarzystwa. Zaczęłam ponownie biegać, bić osobiste rekordy, zrobiłam nawet cały cykl A6W (aż szkoda gadać, gdy popatrzę na swój bebech teraz). Jak spojrzę na siebie w tamtym okresie - musiałam naprawdę promieniować szczęściem, w porównaniu do tego, co czekało mnie potem. Sukces za sukcesem, ciężka praca, która w ostatecznym rozrachunku mocno się opłaciła.
W drugiej połowie mijającego roku zabrałam się za realizację swojego wówczas największego marzenia - wyjazdu na studia do Monachium. Po załatwieniu papierkowych spraw i znalezieniu lokum byłam najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi! Niestety, poza tym wakacje były nudne, bezproduktywne i leniwe. O dziwo, rzadziej biegałam, czasem ćwiczyłam mięśnie, ale bardziej zdyscyplinowana byłam w roku akademickim. Nie chciało mi się czytać anatomii po niemiecku, ledwo przerobiłam jeden z zakładanych przeze mnie 5 tomów. Lenistwo, długie godziny przesiedzone w internecie, tony zjedzonych słodyczy, to wszystko złożyło się na gorszy nastrój. Ale wraz z wyjazdem do Monachium miało czekać na mnie zupełnie nowe życie.
Niestety, w międzyczasie zmarła moja ukochana sunia, z którą przeżyłam całe swoje nastoletnie życie. Nie sądziłam, że to mnie aż tak dobije - nagle, gdy nie musiałam wychodzić z nią na spacer, bawić się z nią, uczyć nowych sztuczek, uzyskałam cały ogrom czasu wolnego, który jeszcze gorzej spożytkowałam: na jeszcze dłuższe przesiadywanie w internecie, durne filmiki na YT i wielogodzinne przeglądanie kwejków i innych demotów. W ogóle przestałam biegać. Czułam się fatalnie.
W końcu nadszedł wyjazd, który wielkie oczekiwania zamienił w wielką klapę. Rozpisywałam się tu wielokrotnie na ten temat, ale powtórzę to jedno: wielkie rozczarowanie. W zeszłym roku przygnębiało mnie to, że się tam nie dostałam, w tym roku dosłownie w depresję wprowadziło mnie to, że się jednak dostałam. Ja nie nadaję się na życie na emigracji, zaś tamtejsze studia nie nadają się właściwie do niczego. Być może z perspektywy czasu inaczej na to popatrzę, ale teraz płakać mi się chce, gdy pomyślę o swojej determinacji, by się tam znaleźć.
Na całe szczęście, we Wrocku mam dziekankę. Mam gdzie wracać. Zmarnowałam co prawda cały rok, ale muszę się postarać, by z tego zmarnowanego roku cokolwiek wycisnąć. Ale to już temat na osobne rozmyślania.
Pamiętam Sylwestra 2010. Pamiętam, że poczułam się, jakbym długo spała i ktoś mnie obudził. Poczułam przypływ motywacji, by walczyć o swoje szczęście. Bardzo mi teraz takiego kopa brakuje. Ale może tu nie o kopniaki chodzi, a powolne docieranie do tego, co dla mnie dobre? Mam wiele czasu, by to odkryć. I obym tej szansy, jaką niesie nowy rok, nie zmarnowała.
Choć, w pewnym sensie, czuję, że nadchodzi ta motywacja. Nie jest może tak uściślona (czy może upersonifikowana) jak rok temu, bardziej abstrakcyjna, jednak mam przed oczami pewien wymarzony zestaw cech osobowości i nie tylko, które chciałabym przejąć. Zastanawiałam się wczoraj, kim są autorytety i cze te postaci, które widnieją po prawej stronie mojego bloga, są dla mnie faktycznie inspiracją. Czy nie uważam, że ich osiągnięcia nie są dla mnie po prostu nieosiągalne, w związku z czym nie robię nic, by zbliżyć się do nich choć na trochę. Bliska mi osoba stwierdziła, że mam do tego złe podejście, że powinnam cieszyć się z tego, że mogę robić to, co kocham, a nie planować przyszłe honory i tytuły. Coś w tym jest. Na pewno coś w tym jest.
Dobrze, że nadszedł koniec roku. To dobry czas na rozmyślania.
[komentarze]  (2) [08:14 30/12/11]
 
Moja piękna Arena
Pojechałam dzisiaj na Allianz. Z założenia miałam tylko pochodzić po stadionie, nie bawić się w żadne wycieczki (bilet ulgowy kosztuje 9 euro), ale że do takowego "Arena Tour" było 15 minut, gdy doszłam na stadion, zdecydowałam się zaszaleć i obejrzeć Arenkę od podszewki.
Na początku puścili nam film z powstawania stadionu. Mało to było ciekawe, ale jako wprowadzenie - bardzo na tak.
Pan przewodnik zaprosił nas na trybuny i wtedy... poczułam się jak w niebie. W głowie aż mi się zakręciło, byłam już na stadionie w Wiedniu, ale Allianz jest magiczna. Pewnie przez fakt, że gra tam mój ukochany klub, ale obiektywnie patrząc, naprawdę robi wrażenie. Z każdego miejsca - czy to na samej górze, czy na samym dole - widać absolutnie wszystko. Oczywiście, na lożach vipowskich komfort oglądania był większy, ale nie ma sytuacji, w której siedząc na samej górze za bramką ciężko ogląda mi się mecz - po prostu perspektywa jest inna, ale widać wszystko jak na dłoni.
Zrobiłam chyba z 35136457 zdjęć wszystkiego: siedzeń (szare są takie ponure. Nie mogę się doczekać, gdy pomalują je na czerwień i biel), murawy (była naświetlana akurat. Minusem stadionu jest to, że boisko jest praktycznie cały czas w cieniu, a trawa tu nie wyjeżdża na zewnątrz jak w Gelsenkirchen [lol2]), stropu, trybun (sama siedziałam na Südkurve i na trybunie zachodniej). Byłam zachwycona. Pierwszy raz, odkąd jestem w tym mieście, coś było w stanie mnie zafascynować, zachwycić i uczynić szczęśliwą. Przez myśl mi przeszło, że widocznie nie kocham Monachium, a kocham Bayern. Bo dłuższych przemyśleniach chyba muszę przyznać, że tak właśnie jest - Monachium jest ładne, ale odkąd poznałam je z drugiej strony, nie odczuwam dreszczy emocji na samą myśl o tym mieście. A wizyty na Arenie, na treningach, obcowanie "z Bayernem" sprawiły, że jeszcze bardziej kocham ten klub. Dawno to uczucie nie gościło w moim sercu (lata przyzwyczajenia robią swoje), było nam to widocznie potrzebne.
Oprócz trybun byliśmy w salonie vipów, w sali konferencyjnej (przechodząc obok siedzeń komentatorskich pomyślałam sobie, że tam gdzieś kiedyś siedział SzpaQ!), no i punkt kulminacyjny - w szatniach! Szatnia Bayernu jest, naturalnie, czerwona, każdy chłopiec ma swoją szafeczkę oznaczoną swym zdjęciem, mają duuuże lustro (jak sobie wyobraziłam Mario układającego fryzurę przed meczem, to aż parsknęłam śmiechem :D), rzuciłam szybko okiem do łazienek. Duże emocje przyniosła też wizyta w tunelu prowadzącym z szatni na stadion. Potem jeszcze miejsce, gdzie podjeżdżają autobusami na mecz i koniec wycieczki.
Żałuję, że nie ma na naszym stadionie żadnej "hall of fame", choć docelowo mają stworzyć muzeum klubu. Ale to wtedy, kiedy TSV już da naszemu stadionowi spokój.
Po wycieczce poszłam do sklepu z mocnym postanowieniem kupienia czegokolwiek. Miałam tylko 13 euro i gdybym miała 2 euro więcej, to miałabym większy wybór, ale i cięższy orzech do zgryzienia. Babskie ciuszki były naprawdę ładne - zwłaszcza jedna koszula z zupełnie nienachalnie wciśniętym napisem "FC Bayern" była śliczna, ale, naturalnie, przy tym najdroższa (50 ojro o.O). Parę koszulek na ramiączkach było w cenach promocyjnych, ale od 15 euro w górę.
Szaliki również od 15 euro. Co ładniejsze nawet drożej.
Był nawet miski, smycze i trykoty specjalnie dla psów, ale nie na moją kieszeń. Ponadto, aktualnie nie mam psa i nie wiem, kiedy będę miała (ale Agunia cudownie by wyglądała w trykocie Bayernu :( ).
Ostatecznie zdecydowałam się na termokubek (niestety, przykrycie jest silikonowe, więc nie można go schować do torebki, bo się po prostu wyleje. Ale właśnie go testuję, picie jest faktycznie ciepłe, a z zewnątrz temperatura jest nieznacznie wyższa), choć wahałam się jeszcze nad bombką. Ale bombka już w ogóle nie była warta swojej ceny.
Ogólnie wrażenia świetne, choć czuć było tam, że Bayern to jednak nie koledzy z podwórka (jak na treningu, to było cudowne uczucie!), a wielka drużyna światowej sławy...
[komentarze]  (4) [19:56 06/12/11]
 
    nast >>
archiwum 2004
wrzesień
październik
listopad
grudzień
archiwum 2005
styczeń
luty
marzec
kwiecień
czerwiec
listopad
archiwum 2006
lipiec
sierpień
wrzesień
grudzień
archiwum 2007
styczeń
luty
czerwiec
lipiec
sierpień
archiwum 2008
luty
marzec
kwiecień
maj
grudzień
archiwum 2009
luty
lipiec
sierpień
wrzesień
październik
listopad
grudzień
archiwum 2010
styczeń
kwiecień
maj
czerwiec
lipiec
sierpień
wrzesień
październik
listopad
grudzień
archiwum 2011
styczeń
luty
marzec
kwiecień
maj
czerwiec
lipiec
sierpień
wrzesień
październik
listopad
grudzień
archiwum 2012
styczeń
luty
marzec
kwiecień
 
Czytuję...
Droga minimalisty
3M z Berlina
Przyczajona logika, ukryty słownik
Linki
Moja analizatornia
Trener
Fiński
Bash
Friends
Kulka
Forlanówna
Maja
Zlatan
Team Borowski
kontakt | firma | regulamin | polityka prywatności | pomoc