|
|
|
Zamkniecie cyklu
|
Widok z okna V
Kiedy przyszli wycinac drzewa
stalem na balkonie bezczynnie
plakalem chyba nie przynajmniej nie lzami
patrzylem na ptaki przeklinajace lemiesz koparki
zlotej jak slonce niby dla kontrastu
z blotem - resztka zieleni
dzis stoi tutaj sciana
oczodoly okien puste sa jeszcze
czasem odbija sie w nich niebo
czasem robotnicy na rusztowaniach
gwizdza na idace po bulki dziewczyny
a mi wydaje sie ze to kos o wpol do czwartej
rozpoczyna chwalenie boga
w swiecie betonu nie ma ptakow
bog odszedl na wedrowke po pobliskich wzgorzach
srebrne gniazda barakow
stalowe bluszcze rusztowan
rozplyna sie niedlugo mgla pozostawiajac
swiatla w oknach swiezy tynk tapety
smiechy dzieci na nowootwartej hustawce
i czynny zjazd do podziemnego garazu
przeciez ziemia nie moze lezec odlogiem
drzewo ptak trawa jest marnotrawstwem przestrzeni
coraz wiecej nas i coraz dalej uciekac trzeba
zeby nas odnalezc
zamykam balkon zasuwam zaslone
zostawiam odcisk dloni
w srebrnej szybie kurzu
noc nie bedzie jak rzeka nie ukoi chlodem
tylko dlaczego probujac otworzyc sie na swiat
zamknalem serce dla ludzi
07. 08. 2010 r.
Wspomnienie ostatniego wieczoru na mieszkaniu w Rzeszowie. Bez polskich znakow, bo pisane juz w Chicago.
|
|
|
|
Reminescencje pospływowe i pożegnanie z Rzeszowem
|
Zakończenia jednak istnieją, choć są jak jeden wielki łańcuch, każde ogniwo ciągnie za sobą następne. Nic nie dzieje się przypadkowo, jedno zdarzenie wywołuje kolejne i wciąż. Jak w pociągu obserwowanym na moście, pierwszy wagon znika nam z oczu, pojawia się drugi, trzeci, dziesiąty aż do samego końca, który jest końcem ostatecznym, białym końcem jak skrzydło mewy na tle nieba po burzy.
Siedzę na balkonie w moim rzeszowskim mieszkaniu i nie potrafię nawet ruszyć ręką. Nie chcę. Przez miesiąc wakacji mogłem nigdzie stąd nie wyjeżdżać. Najpierw należało odreagować zmagania nauczycielskie, poleżeć kilka dni gapiąc się bezczelnie w biel sufitu poprzecinaną dla kontrastu plamami po zabitych komarach. Potem mogłem popłynąć pontonem z Nowego Targu do Sandomierza, czyli spłynąć cały Dunajec od połączenia Białego z Czarnym do Wisły i 110 km największą rzeką Polski, tak z sentymentu i przyzwyczajenia. Razem 350 km wodą, tydzień wyjęty z życia zakończony oparzeniami drugiego stopnia na plecach i brzydkimi jasnoróżowymi śladami, które pewnie zostaną na dłużej. Ze wszelkich dotychczasowych wypraw ta była najbardziej ekstremalna. Kilkanaście groźnych bystrzy, kamiennych zwalisk i rwących zakrętów nauczyło mnie czytania rzeki dużo bardziej niż 1000 km nizinnego spływu w minionym roku. Stale natężona uwaga, lęk przed tym, czy to, co szumi basowo i przelewa się wściekle przede mną, będzie przeszkodą, którą da się przepłynąć, czy sztucznym progiem z głębokim odwojem, lub zwaliskiem kamieni albo drzewem wyrwanym z korzeniami leżącym w poprzek nurtu. Siedem dziur w pontonie, poharatana podłoga, walka z bąkami, komarami, muchami, ciągłe zalania bagażu, prażące słońce, kilka ciężkich, dalekich przenosek przez zapory i progi, wreszcie już na Wiśle uciekanie przed przybierającą wodą po 12 godzinnym deszczu i spływ w stanie podlegającym pod alarmowy. Skóra łuszcząca się jak popiół, ból w przeciążonych mięśniach... Ale i czarne bociany krążące nad głową, malownicze pienińskie i beskidzkie krajobrazy, wreszcie nizinne przestrzenie otwarte po horyzont. Błękit, że oczy bolą, księżyc i gwiazdy... Tyle piękna, że znów problem z jego odpowiednim przeżyciem, jakby nadmiar wspomnień, widoków, wylewał się ze zbyt małej, by pojąć to wszystko głowy, jak drożdże ze szklanki. Wreszcie samotność, tak potężna jak chyba tylko może być, silniejsza niż wyobraźnia, bo wyobrazić możemy sobie tylko to co znamy... Samotność taka, że można rozmawiać z powietrzem, a ono odpowiada, gęstnieje i powtarza twój głos. Najpiękniejsza rzeka Polski, najbardziej rwąca i dzika - Dunajec, a w jej nurcie tylko ja. Jedynie od Sromowców do Szczawnicy, przełomem, wręcz tłok, tratwy, kajaki pontony. I na Jeziorze Rożnowskim. Ogólnie pustka. Czasem na kamieniu wystającym z wody siadała mewa i z daleka do złudzenia przypominała kajakarza, ale płynąłem, głaz zbliżał się, już, już chciałem wykrzyknąć wodniackie pozdrowienie, gdy wszystko okazywało się imaginacją, ptak odlatywał i była tylko rzeka, ostra, porywista, niewybaczająca błędów, zieleń wzgórz i pól i ja w pontonie.
Sandomierz o zachodzie słońca. Od strony Wisły największe wrażenie robi budowa nowego mostu. Będzie paskudny; betonowy, płaski, jakby przerzucono przez rzekę kawał tektury. W tak zabytkowym mieście liczyłbym na jakiś ładny most, coś rodem z Puław, Góry Kalwarii, Torunia, czy choćby Tczewa. Ale tu budują betonowe płaskie gówno, ważne, że będzie solidnie i na lata. Mostów kratownicowych, pod którymi przepływanie jest samo w sobie swoistym doświadczeniem, już nie buduje się. Ognisko z wędkarzami, kolacja z miłą dziewczyną z baru przy targowisku, nocleg z komarami nad samą wodą. Wreszcie powrót do domu.
Zrywam plakaty ze ścian mojego pokoju. Opuszczam Rzeszów, może i na zawsze. Zwykła kolej rzeczy. Powoli wraz z tynkiem odpadają: Powrót do przyszłości, Dzienniki motocyklowe, Dziady, Dzieci Kwiaty, trochę widoków z gór, trochę dyplomów, zdjęcia z Czarnobyla. Na jutro pakowanie sześciu regałów książek...
|
|
|
|
Dunajec cz. 3
|
Jezioro Czchowskie, będące zbiornikiem retencyjnym dla Rożnowa, jest piękne, lecz praktycznie puste. Może dlatego, że zwykle dość mocno zamulone, przyciąga jedynie niewielkie grupki zapaleńców. Jedna, zresztą niewielka zatoczka z kilkoma jachtami, jeden debil na skuterze. Za zaporą w Czchowie Dunajec to ciągle górska rzeka, ale coraz mniej już tu bystrzy i kąpielisk. Coraz więcej za to miejsc pustych, zwłaszcza poza rejonem większych miejscowości. Obok Zakliczyna wspaniałe meandry wokół białych, kamiennych łach. Coraz częściej też brzegi piaszczyste, rzeka zwalnia lekko wpływając na równinę. Płynąc z nurtem możemy wreszcie pozwolić sobie na chwilę odpoczynku, nieuwagi, nie musimy wsłuchiwać się ciągle w jej puls.
W wieku lat 50 stwierdził, że nie ma przyjaciół. Wszyscy, z którymi wchodził w życie, wyprzedzili go i zostawili. Poszli z prądem jak śmiecie lub kawałki drewna. Nie, byli jeszcze ci, którzy szanowali go za to co zrobił, pojawił się w kilku podręcznikach szkolnych, istniał a jego obecność i dzieło było niezaprzeczalne. Nie odnosił już sukcesów, choć na kolejne wystawy przychodziły szkoły i grupki pasjonatów. Wmawiał sobie, że to przez ogólny brak poszanowania dla kultury wysokiej w tych ciekawych czasach, że wystarczy kupić dobry aparat fotograficzny i nauczyć się z grubsza jego obsługi, aby być dziś artystą, że wszystko polega na naciskaniu przycisku, a metatekst, drugie dno, symbol, nie są już nikomu na nic potrzebne. Skłaniają do myślenia, a kto dzisiaj ma czas pomyśleć.
Ostatnie kąpielisko na Dunajcu tuż za Tarnowem, przy sztucznym progu na wysokości miejscowości Ostrów. Kilku ludzi, potem długo, długo nic. W oddali widoczne ruiny fabryki w Niedomicach i betonowy kanał, którym doprowadzano wodę do zakładu. Wielki komin trzyma się chyba tylko dlatego, że zamontowano na nim anteny z przekaźnikami telefonii komórkowej. Rzeka łagodnieje tu zupełnie. Bystrza nie występują, woda ma kolor ciemnej zieleni, niesie ze sobą brudy ludzi z Nowego Sącza, z Rożnowa, z Tarnowa. Nie ma tu wędkarzy, brzegi bez żadnych zejść, dzikie, w całości zarośnięte krzewami. I kompletna pustka, wiele kilometrów całkowitej ciszy i próżni. Od Żabna parę osób, po dwudziestu kilometrach, przy promie w Otfinowie. Aż do ujścia do Wisły w Opatowcu zupełnie bezludnie. Nawet ptaki się stąd wyniosły. Jak gdyby rzeka, która wcześniej dała ludziom tyle radości, umierała tu w całkowitym zapomnieniu...
- Nie boję się śmierci, raczej tego co przed śmiercią - powiedział znany artysta malarz, twórca własnej galerii, własnego stylu i własnej szkoły, do czterech ścian swego niewielkiego pokoju, chyba specjalnie przygotowanego w tym celu. "The sadness will continue" - wyszeptał śladami swego poprzednika. I tylko ściany usłyszały te słowa.
26 lipca 2010 r.
Opowiadanie dedykuję S.O.
|
|
|
|
Dunajec cz. 2
|
W okolicach Nowego Sącza Dunajec pokonuje potrójny sztuczny próg w miejscowości Świniarsko. Tuż przed progiem łączy się z wodami Popradu, od tej pory płynie nurtem silnym i potężnym, rozlewając się miejscami niemal jak Wisła. Niewiele tu jednak spokojnych chwil. Coraz nowe zakola i progi oraz ogromny spadek wysokości czynią nurt nieprzewidywalnym i pełnym groźnych pułapek. Tuż za Tylmanową sztuczny tor kajakowy, kilka kąpielisk, zwłaszcza w pobliżu bystrzy, które są ostre i bardzo gwałtowne. Właściwie nie ma miejsca, skąd nie słychać byłoby basowego szumu przelewającej się spienionej wody. Później zwalnia lekko, wygładza się.
Udało mu się. Wreszcie po wielu latach trudów, burzliwego życia, pełnego zakrętów i zwątpień udało mu się osiągnąć międzynarodowy sukces. Jego obrazy wystawiano w światowych galeriach, on sam zaś odbył liczne podróże zagraniczne, ustatkował się, otworzył własną pracownię, stworzył nawet fundację wspierającą młode talenty. Widział ile piękna marnuje się na co dzień u młodzieży, stał się więc mentorem, zapraszanym na wykłady do szkół i na uniwersytety, jednym z żywych dowodów na to, że talent odpowiednio ukierunkowany może błyszczeć, przynosić efekty. Gdzie go nie było, z kim nie napił się, trudno dziś oceniać. Pomógł wielu ludziom, wypromował kilku słynnych grafików, którzy powiedzieli dziękuję i zniknęli w swoich hermetycznych światach, wypowiadał się na łamach wszystkich fachowych pism, został nawet gdzieś człowiekiem tygodnia, miesiąca, roku...
Jezioro Rożnowskie to jeden najpiękniejszych sztucznych zbiorników w Polsce. Otoczone wzgórzami, pełne cienistych zatoczek, przystani, z okrągłą małpią wyspą, będącą rezerwatem ptaków. Od dawna ściąga liczne rzesze turystów, którzy znajdują tu świeże powietrze, umiarkowanie czystą wodę, ciszę lasów, piaszczyste plaże. W połowie akwenu, na lewym brzegu, przez półtora kilometra ciągnie się rząd przyczep kempingowych, mini miasteczko wypoczynkowe, w sezonie tętniące życiem, produkujące tony śmieci i śmiech dzieci pluskających się w zielonkawej przybrzeżnej brei. Płynąc dalej, aż do zapory towarzyszy nam zgiełk, biel żagli na tle ciemnej zieleni drzew, wędkarze tkwiący dzielnie na próchniejących drewnianych ławeczkach, debile na skuterach wodnych. Słowem to, czego ludzie potrzebują dla spokoju i wypoczynku.
Galeria funkcjonowała wyśmienicie. Mógł z całą świadomością nazwać się człowiekiem sukcesu, gdyby nie jedna myśl, dziwna i powracająca jak mucha wczesnym rankiem, lub świadkowie Jehowy. Większość ludzi, których znał, z którymi pił i śmiał się, dzwoniła do niego i odwiedzała go tylko wtedy, kiedy był im na coś potrzebny, gdy należało wesprzeć się jego nazwiskiem, posłużyć talentem. Potem znikali, często nie rozpoznając go nawet na ulicy. Zdarzało się, że spotykał kumpla, mieniącego się być jego najlepszym przyjacielem, rozmowa nie kleiła się, kończąc zwykle na niezobowiązującym zaproszeniu na piwo, które nigdy nie zostało jednak wypite. Gwiazdy jednego sezonu, oślepione na chwilę reflektorami sceny, lub odbitym od niego blaskiem. Coraz częściej z wielkich bankietów, gdzie regulaminowo zapraszany był jako gość honorowy, wracał samotnie. Coraz częściej czuł się jak klaun lub breloczek do kluczy.
|
|
|
|
Dunajec cz. 1
|
Dunajec powstaje w Nowym Targu, z połączenia Białego i Czarnego Dunajca, które spływają tu prosto z Tatr Wysokich i siłę swą czerpią ze źródeł podziemnych. Duży spadek wysokości, na który rzeka trafia już na starcie, powoduje nurt szybki, nie do ujarzmienia nawet przez sieć sztucznych betonowych progów i liczne zakola. Rzeka; to wystrzela jak promień słońca jasną strzałą pomiędzy zielone wzgórza, to znów meandruje po zakolach tocząc erozją brzegi, sycząc i pieniąc się wściekle jak młode, dzikie zwierzę zamknięte w klatce. Woda to krystalicznie czysta, do dużej głębokości widać kamieniste dno i ukrywające się pomiędzy głazami ryby.
Urodził się z białej jak kwiat lilii kobiety i czarnego do jądra duszy mężczyzny. Czarnego nie czernią skóry a tą smolistą czarnością, którą Sergiusz Jesienin opisał w swym poemacie jako przekleństwo. Artysta - taką przyszłość wróżono dzieciakowi i jedynie matka, dobra, poczciwa kobieta próbowała go od niej uwolnić, wysyłając chłopca do różnych szkół, mądrych i drogich, próbując wyprostować od urodzenia niepokorny charakter. A on wszystko przyjmował jako kłamstwo. Cenił szkołę, ale wybierał z niej tylko to, co było mu według uznania najbardziej potrzebne. Kłócił się, kłębił i miotał, uciekał z domu, wracał, obiecywał poprawę, znów uciekał...
Dwadzieścia kilometrów od złącza Białego i Czarnego Dunajca rzeka rozlewa się w majestatyczne, długie na 10 km jezioro czorsztyńskie. Akwen doskonale zorganizowany pod względem turystycznym. Wielu tu wędkarzy, na kilku plażach w czas letni wypoczywają turyści z wielu stron Polski smażąc tłuste boki w lipcowym żarze. Na dwóch brzegach jeziora dwa zamki: Czorsztyn - okazała ruina po lewej stronie i Niedzica - monumentalna warowna budowla tuż przed zaporą, na wzgórzu - niegdyś naprzeciw największego bystrza na rzece, gdzie łamały się kajaki... Pomiędzy zamkami w sezonie regularnie kursują statki wycieczkowe, a turystów tu wiele, więc i zarobek niemały. Tak, potrzeba było setek ton betonu, by zatrzymać tę rzekę, dwóch zbiorników; głównego i retencyjnego, nieco powyżej Sromowców. A dalej jest wszystko jak było. Dunajec z powrotem lawiruje między głazami, rozpędza się na bystrzach, znacząco traci wysokość, pokonując kolejne progi i zakręty. Uwolniony z betonu jest nawet większy, potężniejszy, groźniejszy, jakby złapał wiatr w żagle, pędzi... Mnóstwo tu zwierząt, czarne bociany spotykam praktycznie co kawałek. Wreszcie najpiękniejszy, dla wielu jedyny znany odcinek rzeki - przełom. Między najwyższymi szczytami Pienin wije się zielona wstęga, pełna tratw flisackich, śmiechu i zieleni.
Pierwszy sukces przyszedł już w wieku lat dwudziestu. Własna wystawa malarska w dużym wojewódzkim mieście. Wielu ludzi, gratulacje, powinszowania, przychylne recenzje w mediach. Narodziny geniuszu. Kuluarowe rozmowy ze starszymi, doświadczonymi mistrzami, którzy nagle każą mówić sobie po imieniu. Blask sławy, chwilowa gotówka, i wszystko, co się z tym wiąże; łatwy seks, dobre alkohole. A ze szczytu piękne widoki na przyszłość. Sukces oślepił go na dłuższą chwilę. Potem, jak to w świecie artystów, zaczęło się życie cyganerii, picie i nocne włóczęgi po knajpach. Ale nie był już nikomu nieznanym malarzem, był artystą o sławie wojewódzkiej, głosem pokolenia, docenionym przez tych szarych i brzydkich zjadaczy chleba, którym swą sztuką dał do myślenia, wzruszył. Wszedł w dojrzałe życie ze świadomością, że teraz wszystkie drzwi stoją przed nim otworem. Kilkukrotnie lądował w błocie ulicy, kilkukrotnie przyłapywał się na rzyganiu w obcych kiblach, ale wiedział, że czasami trzeba zgiąć kręgosłup, coś poświęcić, by wyciągnąć z sytuacji dużą korzyść. Najważniejsze, że ciągle tworzył. Wokół niego spora grupa przyjaciół, pierwsi naśladowcy...
|
|
|
|
wakacje 2010
|
O wielu rzeczach należałoby jeszcze powiedzieć, napisać, wspomnieć. I może kiedyś tak się stanie. Pewien stary poeta powiedział raz pewnemu młodemu poecie: "żyj przez 20 lat, pracuj, poznawaj świat, nic nie notuj. A potem usiądź i napisz książkę. To co rzeczywiście było ważne - zapamiętałeś. To, czego zapomniałeś nie warte było zapisywania". Może kiedyś napiszę o tym co było, mam kilka pomysłów, sporo zaległości, wiele oczekiwań. Obecnie zbieram doświadczenia, łapię oddech, odpoczywam. I to jest piękne.
Znikam i nie ma mnie do odwołania. Na zdjęciu Dunajec. Nieprzypadkowo.
|
|
|
|
Taka mała modlitwa poetycka, bardzo na czasie...
|
Głos panteisty
Dziękuję Ci Panie
za to że nie dałeś mi poznać Twojego imienia
i jakkolwiek by ono brzmieć miało
nie będę silił się by mój głos
oddawał je wiernie
pod echem ciężkich szeptów
na jeden rytm
Dziękuję Ci
za to że moje kolana nie są obrzękłe
od klęczenia na posadzkach zimnych kościołów
pełnych złota i tłuszczu
że moje płuca nie zatrute są dymem kadzideł
a wzrok wciąż ostry nie oślepił blask
błyskawic słów
że od neogotyku wolę skały nadmorskie
od baroku wiatr i śnieg pod szczytem śpiący
a wolność nie jest dla mnie klatką z powietrza
Dziękuję Ci
za to że nie rozumiem tych co w Twym imieniu
przekreślają człowieka który śmie mieć własne zdanie
złe ubranie zapach stan cywilny rodzeństwa
język kolor skóry
kalectwo
że nie oceniam ludzi po tym ile posiedli
ale po tym co potrafią zrobić dla innych
Dziękuję Ci za to
że nie rzucam pierwszy kamieniem
i wstrętne są mi obłuda donosicielstwo kłamstwo
trzy siostry miłosierdzia naszych złotych czasów
za to że mój kręgosłup nie jest z plasteliny
lecz z łyka twarda trzcina długo moczona w nurcie rzeki
suszona na słońcu
Dziękuję Ci Panie
za to że patrząc w słońce widzę tylko słońce
gwiazdę błędną trawioną ogniem przeznaczenia
a gdy oddycham powietrze nie jest zbiorem atomów
ani kurzem z Twej szafy
za to że Twa obecność taka oczywista
że aż niedostrzegalna
Mielec 03 lipca 2010 r.
Obraz to "Kościół w zimowym pejzażu", Caspara Davida Friedricha. Malarz krytykowany za to, że właściwy kościół znajduje się tu na drugim planie, w tle, gdzieś za mgłą. Na pierwszym planie zaś (zachęcam do zapoznania się z obrazem w dużej rozdzielczości) są jodły - o kształcie zadziwiająco podobnym do wież odległej katedry - przydrożny krzyż, głaz i oparty o głaz inwalida, który po drodze porzucił swoje kule. Ozdrowiał? A przecież - jeśli założymy, że jego celem był widoczny w tle kościół - czemu ozdrowienie nastąpiło - sądząc po proporcjach - ponad kilometr przed jego wrotami, gdzieś przy kamieniu, pod jodłą i przydrożnym Chrystusem...
|
|
|
|
Wiec wypowiem się...
|
Jestem zdecydowanie za bardzo sentymentalny. Wręcz niemożliwie jak na swoje niecałe 25 lat. Przywiązuję się. A potem wpadam w ciągłe nostalgie, gdy gdzieś usłyszę piosenkę, zobaczę podobny jak we wspomnieniu refleks światła na szybie. To nie jest męskie. Rozklejam się widząc miedziany księżyc, bo taki sam był podczas pierwszego w życiu noclegu na plaży. Rozklejam się widząc las skąpany we mgle, bo taka sama mgła była i las, wtedy, gdy pierwszy raz powiedziałem do dziewczyny, że ją kocham. Pomyśleć, że od tego lata minęło już sześć długich wiosen, jesieni, zim. Rozklejam się, jak książka wrzucona do wanny.
Pierwszy rok mojej pracy w szkole to był dobry rok. Tyle mógłbym powiedzieć i zakończyć ten opis. Ale nie da się, ręka wyrywa do przodu po coś więcej. To był naprawdę ciężki, trudny, pracowity, ale piękny rok. Teraz gdy zostałem znów oko w oko z pustką, wiem, że wspomnienie tego roku pozostawiłbym w nienaruszonym stanie. Wiem, wielu rzeczy uczyłem się na bieżąco, na błędach, pewne sprawy należało od początku rozegrać inaczej, ale to właśnie dzięki błędom jestem mądrzejszy. Cowieczorne odrabianie pracy domowej, przygotowywanie lekcji, ściąganie piosenek, nagrywanie płyt, czytanie lektur, wypracowań uczniowskich, zeszytów. Wszystko to często było irytujące, odmóżdżało, klnąłem w myślach, że oto ja Piotr Durak, powinienem właśnie zająć się jakąś poważniejszą lekturą dla poszerzenia horyzontów, przejrzeć Prousta, Cortazara, Phamuka. Ale wbrew zdrowemu rozsądkowi brnąłem w ten świat uczniowsko-belfrowski, trochę koślawy, trochę sztywny, trochę naiwny, brnąłem z coraz większą satysfakcją i uśmiechem na twarzy. Gdy widziało się, że te dzieciaki coś z tego wynoszą, że właśnie dzięki mnie piszą lepiej, coraz ciekawiej, że poznają poezję, do której pewnie nie wrócą już nigdy, ale tutaj i teraz wydaje się im interesująca... To było coś. Koniec pracy w bardzo dobrej szkole. Wnioski:
Jestem dziennikarzem, reporterem, pisarzem. Cechy przydatne w tych zawodach nijak mają się do nauczania języka polskiego. Często chciałoby się powiedzieć za dużo, przedstawić prawdę taką, jaka jest - jedyną. Często uruchomić ogląd świata obcy uczniom, niemieszczący się w ich perspektywie odbiorczej. Gdy przez przypadek rozgadałem się o spływie pontonem do Gdańska, nie mogli pojąć po co. Samemu? Za ile? Nie ma zysku, nie warto. O zysku transcendentnym mówienie większości gimnazjalistom jest jak zdobywanie Mount Everest w japonkach.
Pracy nauczyciela trzeba się poświęcić bezgranicznie. Trzeba to kochać, mieć to zakodowane w światopoglądzie jako pasję. Codzienne stawanie przed uczniami nie może męczyć, powinno wręcz być zastrzykiem energii, śpiewem skowronka usłyszanym po latach przez głuchoniemego...
Najbardziej będzie mi brak mych podopiecznych, których nie zobaczę pewnie nigdy więcej. Poza niektórymi chłopcami, których zwykłem przyrównywać do młodych piesków, szczekających, gryzących co popadnie, tarzających się w trawie i siusiających na wszystko, poznałem uczniów posiadających pasję, chęć pracy i zdolności tak ogromne, że niewiarygodne. Nadzieja, że młodość może być jak zapach z piekarni - obietnicą świeżej myśli, doskonałego smaku, chrupiącej i twardej skórki nonkonformizmu. Dla tej młodzieży warto było się starać.
Chciałbym tu zdementować myśl, którą dręczą się niektóre osoby. Jeżeli pracowałem, starałem się swój zawód wykonywać jak najlepiej. Jeżeli przygotowywałem uczniów do konkursów, wkładałem w to całą swoją wiedzę i wszelkie umiejętności zdobyte na Uniwersytecie, na warsztatach teatralnych, recytatorskich, na wieczorach autorskich... Bo taki po prostu jestem - jeśli poświęcam się czemuś, to na 100 procent a nawet więcej, gdy się da. Nie, nie była to praca dla pieniędzy, by wyrobić określoną liczbę godzin. Nie była to praca, by sobie cokolwiek wpisywać w papiery. Nie była to praca, by kogokolwiek wygryźć ze stanowiska, by na siłę zostać przyjęty na dłużej niż umowa zastępstwa sugerowała. Była to praca tylko i wyłącznie dla młodzieży.
|
|
|
|
Kwestia umowy społecznej
|
Kwiaty, kwiaty, kwiaty... Piękne są. Więdną powoli, majestatycznie, umierają oddzielone od ich naturalnego środowiska, ucięte sekatorem w najpiękniejszym okresie swej młodości. By sprawić komuś radość...
Po powrocie z niedoszłego wieczoru autorskiego B. wędruję spokojnie po centrum Rzeszowa. Siadam w rynku, przed złożoną dziś sceną, na ławce. Patrzę. Ciepłe czerwcowe popołudnie, centrum pełne ludzi. Kilkanaście ogródków piwnych szczelnie otula zabytkowe i nowe kamienice. Właściwie nic poza ogródkami i kolorowymi parasolami nie widać. Wkoło śmiech, podniesione głosy. Na krótko uwagę przykuwa przejazd polewaczki - ciągnik z cysterną, gumowy wąż na wysięgniku, do nawadniania zawisłych na latarniach klombów. Miasto dba o estetykę, tego akurat nie można w Rzeszowie nie zauważyć. Często estetyką przykrywa się różne błędy. Zawsze lepiej jak jest czysto i kolorowo. I chęć do życia wzrasta.
Obok na ławkach dwie dziewczyny z koszami pełnymi róż. Jedna lekko przerośnięta, fałdki tłuszczu jak lukier na pączku wylewają się spod obcisłej bluzeczki, druga niczego sobie, niska, piersiasta, w czerwonej sukience. Stary, znany z literatury i filmów zawód - rynkowe kwiaciarki. Chodzą z koszami i zachęcają zakochanych chłopaków, by kupili różę dla swej wybranki. Najohydniejsza forma wymuszenia. Który chłopak idąc objęty z dziewczyną, napotykając na drodze taką kwiaciarkę, nie kupi róży? No prawie każdy kupi! To takie romantyczne. Co z tego, że róże po 10 złotych, piwo niewiele tańsze na rynku, można się poświęcić - w imię miłości. Obok dziewczyn z kwiatami ciekawe zjawisko. Około 20 letni młodzieniec, z włosami w dwóch kolorach (włosy można ufarbować, mózgu wymienić się nie da), ubrany w szarą bluzę z ogromnym napisem JP na plecach i w czarne dresowe spodnie z analogicznym znaczkiem, zarówno z przodu jak i z tyłu w okolicach łydki. JP - jebać policję. Cudnie, myślę, patrząc z ukosa na ten niecodzienny okaz. Ubranie widać jest dobrego gatunku, dres wygląda w nim całkiem markowo, groźnie, wręcz zaczepnie. Rzekłbym - po męsku, jeśli kanonem męskości jest dziś nienawiść do instytucji porządkowych. Do tej pory myślałem, że ci od JP to tylko wymysł mediów, nie spotkałem nikogo w tym stroju. A teraz tak nagle, w dodatku komplecik; spodnie, bluza... Trzeba nie mieć kompletnie mózgu, by ubrać coś takiego. Chłopak jednak widocznie mózg jakiś posiada, nawet pewnie włada nim czasami, widać bowiem, że to on jest szefem dwóch młodych kwiaciarek. Skrupulatnie zlicza pozostałe w wiklinowych koszach róże, wysyła w przestrzeń rynku swe pracownice, wydziela pieniądze, prowadzi nawet jakieś notatki. Biznesmen pełną gębą.
Swoją drogą, zważywszy na ilość zakochanych par w ten czerwcowy wieczór, zarobek muszą mieć niemały. Ot, właśnie tuż obok przechodzi J.B, znajoma, skądinąd doskonała aktorka teatralna, w objęciach swego mężczyzny. Oczywiście zaaferowana nie raczy nawet rozpoznać mojej osoby. Nagle przed parą wyrasta kwiaciarka, róża sprzedana, J.B całuje swego romantyka, 10 zł znika w kieszeni dziewczyny z koszem, handel kwitnie. Myślę sobie, jak wiele zależy od ogólnej umowy społecznej. Takie kwiaty, na przykład, nie służą kompletnie do niczego. Ich funkcją jest sprawiać radość. Rosną, cieszą oczy, więdną. Jak większość ludzi...
Ktoś kiedyś ustalił, że dać kwiaty będzie oznaczało sprawić radość. A gdyby na przykład ustalono, że radość sprawi komuś laska kabanosa? Ludzie wręczaliby sobie kabanosy i byłoby to samo. W walentynki wszystkie sklepy mięsne miałyby utarg jak się patrzy, a i znacznie pożyteczniejsze by to było.
Jak zwykle o tej porze roku narasta we mnie dziwne ciśnienie. Wszystko mnie powoli męczy, nudzi, irytuje. Wracam do domu, rzut okiem na stół. Cztery, piękne bukiety kwiatów, nieco już wczorajsze, prawda, nieco oskubane przez kanarka, który przyjął je z wielką radością. Prezenty od moich uczniów na zakończenie roku szkolnego. Więdną powoli, majestatycznie, przypominają mi, że coś skończyło się właśnie bezpowrotnie...
|
|
|
|
Humanista - to brzmi dumnie
|
Napisać coś. Trzeba. Bo zastój. Tak w mojej głowie, jak i w życiu, w przestrzeni dookoła. Plenery fotograficzne, lekcje z dzieciakami na co dzień, popołudniowe drzemki regenerujące energię. Życie stanęło w miejscu. Może gdyby był jakiś wyższy cel, jakaś siła, jakiś solidny kopniak mogący ruszyć mnie z miejsca, może gdyby był głębszy plan, perspektywa jakaś. Tymczasem już niedługo wszystko zaczyna się od zera. Znowu zostaję z pustymi rękami w dżungli cywilizacji. Strach, niepewność, ciekawość. Życie.
Mając 24 lata naprawdę mogę wpisać w swoje cv całkiem rewelacyjne i ciekawe rzeczy, natomiast wiem, że nigdy nie wpiszę tam umiejętności pracy zespołowej. Nie mam tego, nigdy chyba nie miałem. Skrajny indywidualizm, samodzielność we wszystkim, często nawet popadanie w ekstrema. Na zasadzie "ja wam pokażę". Uciec z domu, by udowodnić, że można sobie poradzić, popłynąć samotnie pontonem do Gdańska, nie mówiąc nikomu, nie umiejąc pływać, by móc liczyć tylko na siebie, nie jeść gorących posiłków przez jesień i zimę, by za to skakać ze spadochronem na wiosnę. Kochać ludzi, ale z rozwagą. Łańcuch jest tak mocny jak jego najsłabsze ogniwo. Nigdy nie być takim ogniwem, strzec się takich ogniw.
Maj miesiącem matur. Znów internet zaroił się od biednej młodzieży bestialsko zmuszanej do nauki. W tym roku ma to jeszcze boleśniejszy przebieg, bo obowiązkowy był dla wszystkich egzamin z matematyki. Oczywiście ważny temat w telewizji, sondy uliczne, wywiady z uczniami itp. Boki można zrywać. Zwłaszcza słysząc n-ty raz teksty dzieciaków: "ja nie lubię matematyki, bo jestem humanistą". Ponad trzy czwarte uczniów nie chce obowiązkowej matematyki, bo "są humanistami". Zgroza. Co z nich wyrośnie? Tym samym kształtuje się w mediach piękny stereotyp: humanista = ten, kto nie lubi i nie radzi sobie z matematyką! Ręce opadają.
Humanista wcale nie jest osobą, której lepiej wchodzi do głowy nauka polskiego i historii, niż różniczek i trygonometrii. Humanista - to człowiek zainteresowany drugim człowiekiem, kulturą, światem. To znawca teatru, kina, opery, malarstwa, fotografiki, pasjonat muzyki i literatury - nie, nie popu i dance, ani Harrego Pottera - dobrej muzyki i pięknej literatury. Humanista to ktoś biegle władający językami obcymi, posiadający umiejętność kojarzenia faktów z historii, filozofii, psychologii, socjologii. Niechęć do matematyki nie czyni nikogo humanistą! Osobiście znam jednego ucznia mogącego nazwać się humanistą oraz kilkunastu, mających może zadatki na dobrego humanistę - zadatki, bo na etapie liceum na ogół nie można jeszcze stawiać jasnych sądów o czyjejś przyszłości. No ale niemal wszyscy zapytani maturzyści - humaniści, bo nie lubią matematyki, więc odchodzą dumni, bo humaniści, kurwa.
A potem taki dzieciak idzie na studia. Bo rodzice powiedzieli, że magister musi być, zapłacili. Na co idzie? Matma nigdy nie szła, polski zawsze jakoś, więc może studia humanistyczne? Polonistyka, ha! A tam się okazuje, że trzeba umieć czytać, i to dużo, że trzeba umieć pisać, że trzeba umieć odróżnić Bacha od Bramsa, no i pech. I snują się korytarzami pierwszej lepszej uczelni "humaniści", którzy nie wiedzą co tu właściwie robią.
Pewnie zaraz pojawi się pytanie, czy ja jestem, uważam się, za humanistę. Musiałbym się poważnie zastanowić zanim odpowiem. Pewna, powiedzmy, wiedza, czyni mnie już humanistą. Wrogi stosunek do cywilizacji - temu zaprzecza.
|
|
|
|
Blog is dead
|
Jestem
Żyję
Myślę
Pracuję
Nie piszę
Ciężko
jest
Dobrze
Ja tu jeszcze wrócę. Póki co głowa nie ta, sen przynosi tylko chwilową ulgę, młyn spraw kręci się, wystawiam głowę za okno i zachłystuję się powietrzem. Wiosna przechadza się obok, mam ją tuż pod oknami lecz zasłaniam zasłony. Czekam.
Zdjęcie z pleneru z opuszczonego ośrodka szkolno-wypoczynkowego w Julinie.
|
|
|
|
W obliczu niektórych wydarzeń... cz. 2
|
Kraków 18 kwietnia to zupełnie inne miasto niż tydzień wcześniej. Tysiące ludzi, setki flag, tłum na rynku poprzecinany jedynie barierkami, sztucznie dzielącymi ludzką masę na sektory. W katedrze mariackiej msza pogrzebowa prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki. Do wnętrza świątyni wejść nie można, tłum ludzi gromadzi się wszędzie dookoła, niektórzy płaczą, inni rozmawiają, jeszcze inni milczą, zaciskają wargi, ze smutku, z zawziętości, z... Kondukt żałobny przemieszcza się powoli w stronę Wawelu.
Przez tydzień śledzenia internetu nie mogłem nie zauważyć komentarzy na portalach informacyjnych. Padło tyle dobrych i ciepłych słów odnośnie prezydenta, to wspaniale, ale... czemu jak zwykle obok tych słów wylano tyle jadu, tyle trucizny. Cała słodycz i sentymentalny oddech śmierci zaczął po prostu psuć się, śmierdzieć. Wszystkie bajki o zjednoczeniu Polaków rozsypały się w proch, zanim jeszcze zastygły w marmur.
Cały konflikt z miejscem pogrzebu prezydenta, protesty przeciwko złożeniu jego ciała na Wawelu są po prostu żenujące i obrzydliwe. Tysiące bzdurnych komentarzy, że Lech Kaczyński "nie jest godny" tam leżeć. A ja się pytam, kim wy jesteście, anonimowe karzełki, żeby osądzać, czy głowa państwa jest godna spoczynku w katedrze czy nie?
Nie głosowałem na Lecha Kaczyńskiego, szczerze to nie wiedziałem zbyt wiele o tym człowieku, odbierałem go tak jak chciały media, przyznaję, pewnie niesprawiedliwie, ceniłem jednak wiele jego cech, przede wszystkim patriotyzm, walkę o prawdę historyczną, fakt, że wspierał Gruzję w jej wysiłkach narodowo-wyzwoleńczych, wspierał Ukraińców w Pomarańczowej Rewolucji, nie bał się żądać od Rosji przyznania do popełnionych zbrodni, zakończenia ciągłych kłamstw. Był przy tym naturalny, niewylansowany przez media, niski, lekko zmieszany funkcją, którą pełnił, nieco powolny, ale metodyczny, dokładny. Nie był prezydentem na dzisiejsze czasy, reprezentował styl polityki sprzed epoki konsumpcji i szklanego ekranu.
Wcale nie musiał być pochowany na Wawelu, nie mniej godnym miejscem byłaby warszawska Katedra św. Jana i pośmiertne sąsiedztwo Narutowicza i Mościckiego. Wybrano Wawel, więc godzę się z tym.
A rozważania, protesty, że on niegodny!? W chwili obecnej zastanawiam się, czy nie należałoby z krypt katedry wawelskiej usunąć kilku królów, którzy nie są godni spoczywać obok Lecha Kaczyńskiego. Taki Korbut Wiśniowiecki, Jan Kazimierz, czy obaj Sasi - ci ostatni zwłaszcza dążący tylko do osłabienia naszego kraju, powoli a systematycznie wyniszczający go od środka, rujnujący skarbiec, demoralizujący chłopów, wspierający anarchię szlachecką. ONI mają leżeć obok Lecha Kaczyńskiego? To jakieś nieporozumienie!
Dla wielu pojawia się teraz problem, co zrobić z pozostałymi prezydentami po śmierci. Bo jak umrze Wałęsa i Kwaśniewski to gdzie ich? W kryptach wawelskich ilość miejsc ograniczona. Czasami zastanawiam się nad bezproduktywnością myślenia Polaków.
Inne komentarze są oczywiście kontra, każdy wpis znajduje własnego antagonistę. Jest jeszcze trzecia wersja: ktoś, kto stojąc z boku, bawi się w mentora, upomina, że przecież smutek, żałoba narodowa a tu kłótnie. Ta postawa jest mi najbliższa, jednak to ciągle tylko wyreżyserowany spektakl, na którym właściciele portali zarabiają, wcale niemało. Nie, nie zapalałem wirtualnych zniczy (nawiasy z gwiazdką w środku), nie wklejałem na Naszą-Klasę zdjęć czarnych wstążek. Wystarczył smutek i zbiór przemyśleń w głowie. Czy, jeśli wybuchnie wojna, społeczeństwo internetowe będzie protestować wklejając na portalach zdjęcia wirtualnych karabinów? - pyta ktoś na stronie demotywatory.pl. Czy naprawdę ludzie muszą wyrażać emocje w taki sposób? Każdy zgrywa fachowca, ma swoje zdanie, w praktyce zbiór waszych własnych zdań zaczyna przypominać wór z odpadkami, nic więcej. Tyle zostaje, drodzy internauci z waszej bystrości i inteligencji. Czasami, gdy nie ma się nic nowego i mądrego do powiedzenia, lepiej milczeć. Naprawdę.
I przemyśleć sobie w ciszy to i owo.
|
|
|
|
W obliczu niektórych wydarzeń...
|
Wiadomość dochodzi do nas w pociągu około dziesiątej rano. Jadę do Krakowa z Nią, by pozwiedzać, powłóczyć się, odpocząć. Nagle przez głośnik w dość dobrze wyposażonym, jak na nasz kraj Intercity słychać głos: "...katastrofa lotnicza w Smoleńsku... zginął prezydent Lech Kaczyński z żoną i delegacją polskiego rządu..." Nie - myślę - Przecież to absolutnie niemożliwe. Przecież coś takiego nie zdarza się w historii, to jakieś mało śmieszne, makabryczne Prima Aprillis urządzone o 9 dni za późno.
Po chwili powtórka komunikatu. Głośnik milknie. Wśród pasażerów konsternacja.
Godzina 12, krakowski rynek w deszczu. Poprzez szum kropel, głosy spieszących przechodniów, dźwięk trąbki wygrywającej hejnał, przebija się stłumiony odległością płacz dzwonu. Później dowiemy się, że był to Dzwon Zygmunta. Idziemy na Wawel - wciąż całkiem turystycznie. Na dziedzińcu obok katedry cztery białe wozy transmisyjne telewizji polskiej. Dziennikarze z kamerami i mikrofonami. Zwiedzamy katedrę, podziemia, wracamy przez jaskinię Smoka do Wisły. Miasto obrasta flagami. Nie zauważamy nikogo, kto by je akurat wywieszał, ale liczba flag z czarnym kirem zwiększa się z minuty na minutę. W końcu całe okolice rynku pełne barw narodowych. Wszyscy rozmawiają tylko o katastrofie. Ciągle myślę, że to za duża skala, że takie wydarzenie nie mogło mieć miejsca... Gońcy roznoszą wydanie specjalne "Gazety Wyborczej". Czarny druk, czarno-białe zdjęcia, szary papier drukarski. Dziewięćdziesiąt kilka nazwisk i zdjęć. Więc jednak?
Nie posiadam telewizora, przez kolejny tydzień śledzę wszelkie informację przez internet. Czytam każdy portal do sucha, do późnych godzin porannych. Jak wieżowce w nowoczesnej Moskwie wyrastają wciąż nowe teksty, nowe artykuły, hipotezy. Relację z powrotu ciała prezydenta oglądam u sąsiadów. Kondukt żałobny, tysiące warszawiaków na trasie przejazdu - rzucają kwiaty, machają flagami narodowymi.
Po dwóch godzinach snu ciężko wstać do pracy. Otwieram przekrwione oczy i wpatruję się tępo w sufit. Czy jakiekolwiek wstawanie rano do pracy ma w ogóle jeszcze sens? Ginie najważniejsza osoba w państwie, giną najlepsi dowódcy, giną wspaniali, niewinni, dobrzy ludzie. A ja jestem tutaj, mam przygotowywać lekcje z dnia na dzień, wyszukiwać pomoce naukowe... Boże, po co, dlaczego, jaki to ma jeszcze sens, gdy giną ludzie. W końcu zbieram się w sobie, bo nie potrafię inaczej. A właśnie omawiałem z dzieciakami groteskę i Gombrowicza. I jak ja mam im opowiadać w takiej chwili o grotesce!
Dzieciaki odporne, zachowują się trochę jak japońscy turyści w Oświęcimiu. Nie wiedzą, gdzie są, sytuacja polityczna nigdy ich nie dotyczyła i nie dotyczy. Nie wszystkich, większość. Prowadzę lekcje. Jak co dzień. Może tylko modlitwa dłuższa i minuta ciszy. Sprawdzam czy potrafią wytrzymać minutę w ciszy. Na szczęście - potrafią.
Wszyscy mówią: zginął prezydent. Tak. Ale również...
Wraz z delegacją zginął Przyjaciel, poseł z Mielca, Leszek Deptuła. Ciągle nie mogę zapomnieć jego słów o mieleckich korzeniach, na jakimś spotkaniu literackim, albo tych utrwalonych na taśmie, że Unię Europejską, jak i wszystkie światowe mocarstwa, szlag wkrótce trafi, a zadaniem Polski jest wyciągnąć z Unii jak najwięcej dla siebie. Mówił to do prostego rolnika protestującego przed Sejmem, mówił językiem prostego rolnika, dobrego człowieka, jakim był. Lekarz weterynarii kochający zwierzęta więc i ludzi, mądry, sympatyczny, ciepły, miły, rzetelny. I wcale nie piszę tak o nim dlatego, że nie żyje.
Przez chwilę myślę, rozważam swoje położenie. Każde działanie jest jak kropla w morzu podobne do bezowocnych działań innych ludzi. Nic tylko leżeć, patrzeć, chłonąć. Poraża mnie świadomość, że właśnie w tej chwili jestem częścią dziejącej się na oczach świata historii.
Nie, nie można się jednak poddawać. Cała nasza praca, całe życie jest misją, którą trzeba spełnić jak najlepiej, do końca. Właśnie teraz, choć przeraża nas to wszystko, choć przerasta naszą wyobraźnię, musimy żyć, musimy działać.
|
|
|
|
Autentyzm myśli a forma wypowiedzi
|
Siedzę ostatnio w auli prof. Pigonia na sporej uniwersyteckiej promocji książki J.F. Przyszedłem nieco spóźniony, więc z gracją, żeby nie przeszkadzać dostojnym dysputantom, lokalizuję swoje miejsce spoczynku na linoleum schodów, podpieram głowę na kolanie i słucham. Autor odczytuje fragmenty swojej powieści. Płynie język piękny, zmetaforyzowany, barwny, plastyczny. J.F., będący głównie poetą i to wcale niezłym, maluje przed nami wyobraźnię więźnia obozu Auschwitz. Maluje skrzydłami motyli i odcieniami wszelkich emocji, jakby chciał całą tęczową paletę swojego warsztatu ukazać w tym jednym właśnie, krótkim fragmencie. Słucham i zachwycam się przez chwilę.
Po dwóch minutach jednak coś mi w tej poetyckiej prozie zaczyna zgrzytać. Wpadam w cień zadumy, o co tu może chodzić? Wszystkie słowa są pozornie na miejscu, tekst płynie, kadencja, antykadencja, zestroje akcentowe, wreszcie obraz poetycki, tak, ale...
Gdy autor milknie głos ma recenzentka, z resztą moja dobra znajoma, doskonała aktorka naszego amatorskiego teatru studenckiego. Recenzja jest mądra, doskonale napisana, przez chwilę zapominam o dziwnym wrażeniu przy czytaniu tekstu samej powieści. Bo jeśli P.B wygłasza taką recenzję, musi mieć rację, tylko ja jak zwykle przewrażliwiony jestem.
Książka o więźniach obozu w Oświęcimiu i o postaci Józefa Szajny. Kim jest Szajna nie trzeba tu specjalnie objaśniać, przejdźmy do sedna. Młody Szajna, więzień Auschwitz, zostaje skazany na zamknięcie w celi do stania. Była to wąska 90x90cm kiszka, w której zamykano mężczyzn na kilka dni. Jedyna postawa, jaką mógł przyjąć zamknięty, to stójka na baczność. Oglądałem dokładnie te cele podczas mej całodniowej wycieczki do Auschwitz z I. 3 lata temu. Tragiczna kpina z ludzkiej godności. Mężczyzna zamknięty w celi do stania musiał załatwiać swe potrzeby pod siebie, był głodzony, wyczerpany, pozbawiony wszelkich bodźców zmysłowych, prócz dotyku zimnej oślizgłej od pary oddechu ściany przed nosem. J.F. opisuje poetycko sposób myślenia i wyobraźnię więźnia zamkniętego w celi do stania. J.F., który nigdy nie był więźniem, zna Auschwitz jedynie z opowiadań, zdjęć i książek, celę do stania zwiedzał, podobnie jak ja, tylko od zewnątrz. Za to dokładnie wie, co czuje zamknięty w niej od kilku dni więzień, o czym myśli, jakie obrazy widzi przed pozbawionymi wzroku oczami. Dokładnie sobie to wyobraża i pisze o tym. Jakim prawem?
Uprzedziłem trochę istotę faktów, bowiem właśnie taki zarzut padł na promocji książki kilka chwil później z ust niezastąpionego prof. Z.O. Cenię niezwykle zmysł krytyczny tego badacza. Nie bał się wstać i powiedzieć J.F., na jakiej podstawie uzurpuje sobie opis kształtu myśli człowieka zamkniętego w celi do stania. Orzekł autorytarnie, że promowana książka jest dla niego nieautentyczna. Skąd J.F. wie, jakie obrazy tworzy w głowie człowiek w tak skrajnej sytuacji, której my, ludzie współcześni, przy największym trudzie nie umiemy sobie wyobrazić? J.F. oburzył się, wybuchła dyskusja, w której jednak pisarz okrutnie poległ. Nawet P.B. obróciła się przeciwko niemu...
Pomyślałem, ile w tym wszystkim prawdy. Pamiętam swój wjazd rowerem do Greifswaldu. Otoczony wspaniałymi zabytkami niemieckiego gotyku, rzeźbami z brązu, z widokiem na jezioro i zatokę, nie chłonąłem oczami piękna, nie układałem w głowie poematów - bo byłem głodny. Szukałem wśród tych pereł historii - całkiem nowoczesnej... budki z kebabami. Albo podczas wiosłowania pontonem przez teren stoczni gdańskiej, w pewnej chwili zachciało mi się sikać i nagle znikł zachwyt potężnymi dźwigami czy rdzą na pokładzie norweskiego liniowca. I nikt mi nie wmówi, że poetą jest się zawsze, że na nasz sposób myślenia nie mają wpływu czynniki ważniejsze, że potrzeba estetyki dominuje nad naszą fizjologią. Nie wiem czy więzień Auschwitz, tkwiąc w celi do stania, układał poematy - myślę, że NIE. Wiem za to, że nigdy nie będę stawiał się w sytuacji, o której nie mam pojęcia, nie napiszę o czymś, czego sam nie przeżyłem.
|
|
|
|
Zaułek ciemność 2
|
Tak, jestem śmiertelnym wrogiem bezczeszczenia języka polskiego wulgaryzmami.
Skąd więc takie słowa w moich tekstach?
Przede wszystkim literatura musi być pełnym niezakłamanym odzwierciedleniem widzianej dookoła przestrzeni. Wulgaryzmy są obecne w świecie tak samo jak słowa "kocham cię" czy zapach kwiatów. Opisując rzeczywistość, tworzymy jej fotografię słowami. Jeżeli mamy namalować grupę dresiarzy między jednym a drugim łykiem piwa omawiających pod śmietnikiem wygląd swoich szkolnych koleżanek i przeprowadzimy ich dialogi językiem akademickim, na naszej fotografii pojawia się ciemna rysa, nasze postaci stają się niewyraźne, znikają.
Albo bezdomny w biało-czerwonym dresie z napisem "Polska" - bohater moich "Dzienników rowerowych", człowiek niewykształcony, od dzieciństwa pijący i staczający się po równi pochyłej z prędkością pikującego F-16 - gdyby nie przekręcał wyrazów i nie przeplatał swoich wypowiedzi mieszaniną k... i ch... nie byłby tym człowiekiem, z którym osobiście rozmawiałem, którego poznałem we włocławskim Caritasie - a kimś zupełnie innym. Kim? Czy taka postać w ogóle miałaby rację bytu?
Wulgaryzmy istnieją, są złe, ale literatura odbija wszystko. Nigdy nie zapomnę słów profesora SO po mieleckiej promocji "Ostatniego roku": "tyle nawkładałeś mądrości i pracy w swoją książkę, po to, żeby baby na wieczorku wszczęły dyskusję o wulgaryzmach. I tyle w tym wszystkim widzą".
Moi drodzy, gdyby to ode mnie zależało w moich tekstach nie pojawiłby się ani jeden paskudny uliczny wyraz. Ale, że obiecałem sobie oddawać rzeczywistość taką, jaką widzę na co dzień, nie mogę opuszczać tych czarnych kwiatów - jak rzekłby Baudelaire.
Jest więc rozdźwięk: jak ktoś będący nauczycielem, w dodatku w tak doskonałej szkole, może w swoich książkach używać takiego słownictwa. Po co on to robi?
Robi to po to, żeby zwrócić uwagę na niebezpieczeństwo, na to, co się dzieje z naszą mową, na coraz mniejsze oczytanie i coraz bardziej masowe odmóżdżenie naszego społeczeństwa. Klną osoby pozbawione kultury, ja opisuje je, owszem, ale czy sam muszę od razu być pozbawiony kultury? Czy muszę przenosić złe wzorce do swojego miejsca pracy, może jeszcze prowadzić lekcje w sposób, w jaki rozmawiają moi bezdomni, dresiarze, czy zbuntowani uczniowie? Totalna bzdura!
Pojawiają się głosy oburzenia w stosunku do mojej osoby: jak można było zatrudnić KOGOŚ TAKIEGO! Kogo takiego? Znów będę nieskromny: czy chodzi o to, że ukończyłem studia polonistyczne z wyróżnieniem, średnią 5,0, ze Stypendium Ministra za wyniki w nauce i szczególne osiągnięcia, z praktyką we wszystkich typach szkół zdaną na 5, z licznymi nagrodami wojewódzkimi i ogólnopolskimi, że zostałem najlepszym absolwentem UR nominowanym do studenckiego Nobla. Wreszcie z czterema wysoko ocenionymi książkami, z publikacjami naukowymi. Że rozpocząłem doktorat z zakresu literaturoznawstwa, z historii okupacji na Podkarpaciu. Jak można było zatrudnić kogoś takiego? A jak można było, pośród napływu niedouczonych dyletantów, kogoś takiego NIE zatrudnić? Strasznie to egoistyczne wychwalanie samego siebie, wiem. Ale nie piszę niczego, co nie miałoby miejsca.
Moje książki i felietony nie są dostosowane do poziomu gimnazjalistów. Ale czy kiedykolwiek miały być na takowym poziomie? Co ja mam, rozprawki pisać?
Może brak mi doświadczenia pedagogicznego, ale nikt go nie ma prosto po studiach. Swoje obowiązki staram się wykonywać rzetelnie i do końca. Staram się być sprawiedliwy w ocenianiu i nie zamierzam przenosić na grunt szkoły zachowań, które obserwowałem w środowiskach artystów, pisarzy, dziennikarzy, marynarzy, nawet profesorów. Mam dość sztywny system wartości i staram się go trzymać.
Jeszcze 3 miesiące i spokojnie będę mógł odejść w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Kim zostanę później, nie wiem. Chcę pisać, chcę obserwować, dawać ludziom wiedzę o świecie i rzeczywistości prawdziwej. Choćby to była ciężka i zmuszająca do głębokich refleksji wiedza. Może z moim charakterem szybko umrę z głodu?
|
|
|
|
|
|
|