Blog: 398016 blogów  Forum: 162807 postów  Galeria: 92934 zdjęcia !  On-line: --

 COOLTURA

 SPORTY

 GALERIA

 BLOG

 GRY

 GRONET

 KOMÓRKI

 ŚCIĄGNIK

 E-MAIL
  |     |  Twój profil  |  Spis blogów  |  Kontakt  |  FAQ  |  Regulamin  |  Pomoc
BLOG: Lupus in fabula
    nast >>
If the Rain Must Fall
Dren wpatrywał się apatycznie w przesuwające się żółwim tempem wskazówki.
Tyk, tyk, tyk - mijały kolejne sekundy jego życia trwonione na nudę oczekiwania. Im bliżej godziny świtu (czyli 5,46 według wyliczeń biologicznego zegara), tym stawał się coraz bardziej czujny. Przytępione rozkoszą zmysły budziły się do życia.
Drapieżnik szykował się na łowy.
Dren wstał z łóżka i ubrał się niespiesznie. Miał złe przeczucia. Ale czy mógł mieć dobre, skoro kazano mu się pakować prosto w łapy Inkwizycji?
Jak to dobrze, że za parę godzin będzie już daleko stąd. Z dala od magów, kapłanów, rycerzy i tego całego tałatajstwa.
"Szkoda tylko, że w to nie wierzę" - pomyślał cierpko. Żył już zbyt długo, by wciąż karmić się złudzeniami. Dzieci szczęścia są skazane na niespokojny, tułaczy los. Wszelka stabilizacja jest wykluczona. Wilk nie jest psem, którego można przywiązać sznurem do budy. Wilk potrzebuje wolności.
Dren przeczesał dłonią włosy i nacisnął klamkę. Obejrzał się przez ramię, czując mały, lecz dokuczliwy cierń żalu, płynący wraz z krwią do serca.


Przemierzał korytarze La Calle Perdida, ścigany przenikliwymi spojrzeniami Dzierżycieli. Odpowiadał im tym samym, zabarwiając dodatkowo źrenice odcieniem niechęci.
- Drenie Wagner, proszę tędy! - rozległ się chłodny głos. Dren rzucił okiem na niewysokiego włóczęgę, tego samego, który "wprowadził" go do domu magów.
- A, to ty! Ten czarownik od siedmiu boleści! - wyszczerzył się złośliwie. - Jak tam? Nauczyłeś się już rozpalać ognisko?
Twarz chłopca poszarzała.
- Proszę tędy! - wyzbył się ostatnich pokładów grzeczności. - Pan Reiden czeka.
Sylwant podążył za młodzieńcem. Po kilku minutach marszu, które równie dobrze mogły być sekundami jak i godzinami, jego orientacja w terenie gwałtownie zaprotestowała.
- Hej, przecież tędy nie dojdziemy do wyjścia!
- Jest jedno wejście, ale wiele wyjść - odparł tajemniczo i milczał uparcie przez resztę drogi. Wreszcie stanęli przed obliczem Kody, opartego plecami o ścianę. Locke skłonił się przed nim i pospiesznie odszedł. Dren splótł ręce na piersiach i popatrzył hardo na pomocnika Arcymistrza.
- Więc?
- Jesteś gotów? - Mag nie zwrócił uwagi na bezczelny ton Wagnera.
- Na własny pogrzeb, a i owszem - rzucił sarkastycznie.
- Masz, włóż to na siebie. - Podał zaskoczonemu Sylwantowi białe zawiniątko. - To szata Inkwizytora. Pozwoli ci przez jakiś czas pozostać niewykrytym. Łatwiej będzie ci się w niej poruszać po mieście. Przynajmniej do pewnego momentu.
- Myślicie o wszystkim... - mruknął, wkładając okrycie. Nasunął kaptur na twarz, kryjąc za nim odcień swojej skóry. - To wszystko, czy mogę już udać się na egzekucję?
- Jesteś bardzo dowcipny, lecz dowcip nie ochroni twojej przyjaciółki. - Zmrużył groźnie oczy, zataczając prawą ręką małe elipsy. - Radzę ci, przyłóż się do tej roboty. Wtedy wszyscy będą zadowoleni. - Położył dłoń na jego ramieniu. - I żywi...
Pchnął Drena prosto w bladoniebieski portal, który pojawił się za jego plecami. Sylwant zniknął z cichym pyknięciem, a magiczne wrota rozpłynęły się w powietrzu.
W ciemnym korytarzu jednak jeszcze przez kilka sekund słychać było pełen nienawiści krzyk:
"Ty bydlaku!"

#####
Tradycja - nie chciało mi się ^^
Właściwie najbardziej koncentruję się w tej chwili na Toddzie (moje pierworodne blogowe dziecko) i Reyu (z którego jestem naprawdę dumna ^^).
[komentarze]  (11) [stworz. 20:34 31/08/06 
mod. 20:39 31/08/06]
 
Kiss to Say Goodbye
Arisa szybko założyła na siebie ubranie, którego jeszcze nie tak dawno pozbywała się dziką ochotą. Spod łóżka wyciągnęła solidną skórzaną torbę. Lekkim krokiem podbiegła do lazurowej szafy. Szybko spakowała swoje rzeczy. Nie było tego dużo.
Dren wodził za nią oczami jak przyczajony drapieżnik. Każdy jej ruch, choć pospieszny i niedbały, emanował tak gorącym erotyzmem, że Sylwantowi aż cierpła skóra. Gdyby nie widmo uciekającego czasu, ponownie by się na nią rzucił. Pociągała go jak jeszcze żadna kobieta.
Arisa obrzuciła swój dotychczasowy dom szybkim spojrzeniem. Bolało ją serce na myśl, że nigdy już tu nie wróci.
Czy postępuje słusznie odrzucając tych, którzy byli jej przyjaciółmi, jej skażonymi magią braćmi, jej dobroczyńcami? Dzierżyciele zaopiekowali się nią, gdy Inkwizycja zaczynała mieć na nią oko. I jaki jest powód tej zdrady? Przeczucie egoistycznego mordercy, nie mającego skrupułów przed opuszczeniem zagubionej szesnastolatki z dużym brzuchem i złamanym sercem. Czy komuś takiemu można powierzyć swoje życie?
Arisa zacisnęła pięści. Była spontaniczną i zdecydowaną kobietą. Głos serca zawsze przemawiał głośniej niż protesty rozsądku. Nawet jeśli będzie tego żałować, zaufa mężczyźnie, którego kocha.
Lecz jeśli to okaże się tylko okrutnym fortelem...
Ubrała szary płaszcz, popularny wśród uboższych warstw mieszkańców Barcelony. Podeszła do siedzącego Drena, zarzucając sobie torbę na ramię.
- Cóż, Drenie. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia - powtórzył jak echo.
Arisa westchnęła i nasunęła kaptur na twarz. Skierowała kroki w stronę drzwi.
- Poczekaj - usłyszała miękki szept i poczuła dłoń na ramieniu. Dren obrócił ją do siebie i spojrzał głęboko w oczy.
- Uważaj na siebie - Odcisnął na jej wargach pełen niepokoju pocałunek.
- Ty też - odpowiedziała, przesuwając palcami po jego twarzy jakby na opuszkach palców chciała na zawsze odcisnąć jego oblicze.
Płaszcz zafalował, klamka jęknęła, zawiasy wydały metaliczny zgrzyt.
Dren został sam. W powietrzu jeszcze przez chwilę roztaczał się ulotny zapach Arisy.
Sylwant podszedł apatycznie do łóżka i rzucił się bezwładnie na plecy.
Czy jej się uda? Czy będzie czekała? Czy nic jej się nie stanie?
Wątpliwości wirowały w jego głowie niczym niespokojny rój owadów. Zaraz pojawiały się kolejne pytania, na które nie potrafił udzielić odpowiedzi.
Co będzie później? Czy będziemy rodziną? Gdzie wyruszymy? Czy będziemy szczęśliwi?
Nie wiedział. Ale był gotów zaryzykować.


Drzwi do komnaty Arcymaga otworzyły się wpuszczając do środka Kodę. Chmara kruków podniosła piekielny jazgot i schroniła się w swoich gniazdach. Łypały wrogo na Demokina okrutnymi ślepiami.
Koda zawsze czuł się tutaj nieswojo. Jak mysz otoczona przez stado wygłodniałych dachowców.
Nad podłogą unosił się ptak o nadbłękitnych oczach. Machał skrzydłami jakby od niechcenia, obrzucając Reidena nieobecnym spojrzeniem.
- Panie, wszystko potoczyło się tak jak przewidywałeś.
Na miejscu kruka pojawił się elegancki młodzieniec rysujący w powietrzu magiczne linie.
- Wiem - odpowiedział, nie zaszczycając go nawet przelotną uwagą. La Calle Perdida było jego królestwem, a dobry król zawsze wie, co się dzieje w jego włościach. Po nieznośnie długiej chwili, dodał. - Wiesz co masz zrobić.
- Tak, panie - skłonił się i z ulga opuścił salę.
Geofrey uniósł dłoń, na którą posłusznie sfrunął Crow. Arcymag nie zaczął chichotać obłąkańczo ani rechotać w megalomański sposób. Nie. On po prostu uśmiechnął się delikatnie.
Ten grymas był o wiele bardziej przerażający.

#####
Nie mogłam spać to pisałam przy świecach. Mam całe łóżko i pościel w wosku ^^'
[komentarze]  (9) [stworz. 12:54 13/07/06 
mod. 14:20 13/07/06]
 
Melody of Confidence
- Ale Dren... - W dźwiękach wydobywających się z jej gardła pobrzmiewało zaskoczenie doprawione namiastką oburzenia.
- Musisz stąd zniknąć - powiedział z naciskiem, unikając jej wzroku.
- Drenie Wagner, masz natychmiast wyjaśnić, co to ma znaczyć! - Ton jej głosu mógł kruszyć skały. Arisa nie była potulnym cielątkiem spełniającym wszystkie polecenia bez szemrania. Sylwant westchnął, porządkując w głowie fakty. Postanowił przedstawić powagę sytuację najprościej jak umiał. Każda sekunda była cenna.
- Ariso, ty i Ren jesteście gwarantami - spojrzał jej prosto w oczy.
- Co? - zamrugała nie rozumiejąc.
- Oznacza to tyle, że jeżeli nawalę albo nie wrócę, wy zapłacicie za to głową. - Dał jej chwilę na oswojenie się z prawdą. - W tej sprawie od początku coś mi śmierdziało. Nie chcę was narażać.
Kobieta cofnęła się odrobinę jakby nagle dostała cios między żebra.
- Ale przecież Dzierżyciele są moimi przyjaciółmi! Pomogli mi kiedy byłam na dnie rozpaczy. Po twojej ucieczce... - Nie chciała by zabrzmiało to jak wyrzut, ale uraza nieopatrznie wkradła się do jej wypowiedzi. Dren zmieszał się nieznacznie, lecz przemówił spokojnym i chłodnym głosem.
- Dzierżyciele może i tak, ale Arcymag to bezwzględny świr. Jest potwornie niebezpieczny i nieprzewidywalny - zawiesił głos i dodał po chwili szepcząc. - Nie sądzę, by nasze, twoje i moje, spotkanie było całkowicie przypadkowe.
- Arcymistrz powiedział mi, że jesteś w mieście i przedstawił sposób, żeby cię tu sprowadzić... - Z każdą kolejną sylabą mówiła coraz ciszej, aż w końcu umilkła. Teraz to wszystko rzeczywiście wydawało się dziwne.
- Widzisz? - zapytał dobitnie. Arisa milczała. Dren położył jej dłonie na ramionach i odezwał się łagodnie. - Dlatego boję się o ciebie. O ciebie i naszego syna. Proszę, zaufaj mi.
- Żebyś znowu mnie opuścił jak cztery lata temu? - zapytała matowo.
- Ariso, po prostu mi zaufaj. - Nachylił się i pocałował ją w usta. - Weź tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Zabierz ze sobą Rena i wyjdźcie przed bramy miasta. Schrońcie się w pobliżu mostu. Przyjdę tam po was najpóźniej godzinę po wschodzie słońca. Rozumiesz?
Skinęła głową, lecz wciąż miała wątpliwości. Gdy raz się na kimś zawiedziesz, ciężko odzyskać do niego zaufanie. Nawet gdyby się chciało.
- Więc spakuj się. Szybko!
- A nie mógłbyś iść z nami? - zapytała, choć spodziewała się jaką usłyszy odpowiedź.
- Nie. Być może wszyscy Dzierżyciele nie wiedzą jeszcze, że jesteś zakładnikiem. Ty masz szansę się wymknąć. Ja nie. Chwilowo muszę tańczyć jak mi grają - powiedział nieswojo, bo tak też się czuł. Rzucił okiem na zegarek.
Trzecia pięćdziesiąt dwa i szesnaście sekund.
- Ariso, czas ucieka! Pospiesz się, na Boga! - syknął.
Silna argumentacja lub odwołanie do Stwórcy w ustach człowieka, przy którym heretyk jest bogobojnym człowiekiem, przekonały wreszcie kobietę.
- Dobrze. Zaufam ci. Ostatni raz. - Musnęła wargami szaro - niebieski policzek i zerwała się z łóżka.

#####
Tradycyjnie - nie chciało mi się :)
[komentarze]  (3) [stworz. 14:49 30/06/06 
mod. 10:53 08/07/06]
 
Bad Feelings
*
- Wciąż ci nie wybaczyłam, ale jesteś na dobrej drodze - westchnęła Arisa, wtulając się w nagie ciało Sylwanta.
- Jak chcesz możemy to powtórzyć... - mruknął namiętnie, muskając ustami szyję kochanki. Kobieta zachichotała gardłowo, odpychając go od siebie.
- Musiałeś być bardzo wyposzczony skoro jeszcze ci mało - powiedziała drwiąco, ostudzając zapędy Dren.
- Cynizm stanowczo nie pasuje do tak pięknej twarzy.
- A czyste intencje do tak egoistycznej - odcięła się. Dren posłał jej urażone spojrzenie, lecz zaraz rozpogodził się pod wpływem jej czarującego uśmiechu. Z niemałym zdziwieniem uświadomił sobie, że tęsknił za nim. Kim była dla niego Arisa? Przecież to tylko jedna z tysięcy kobiet, które przewinęły się przez jego biodra. Ale czy na pewno?
Wypuścił ciężko powietrze. Poczuł się nagle dziwnie staro. Przy tej pełnej życia dziewczynie, jego bagaż doświadczeń wydawał się jeszcze cięższy. Ale przecież we dwójkę zawsze jest lżej, prawda? Troski dzieli się w końcu na pół...
No i miał syna. Uroczego chłopca, nieoszlifowany diament, któremu na pewno brakowało ojca. Widział go tak krótko i w tak paskudnych okolicznościach, że nawet nie wiedział czy odziedziczył po nim wilczy dar.
Może najwyższy czas się ustatkować?
Potrząsnął energicznie głową. Nie lubił takich sentymentalnych myśli. Stanowczo je od siebie odrzucił. Podobało mu się hulaszcze życie i nieskrępowana wolność.
- Dren, dobrze się czujesz? - spytała Arisa z troską, przykładając bladą dłoń do jego czoła.
- Tak, wszystko w porządku - odpowiedział. Błądził wzrokiem po pokoju. Wcześniej nie zwrócił specjalnej uwagi na wystrój i umeblowanie. Czerwone oczy Sylwanta nie miały specjalnych trudności z wyławianiem poszczególnych kształtów z panującego tam półmroku. Pomieszczenie było utrzymane w tonacji letniego morza. Każdy element idealnie ze sobą współgrał, tak, że żaden dysonans nie zakłócał idealnej harmonii. Idealnie miejsce, aby się wyciszyć.
- To twoja komnata, prawda?
- Tak.
- Ładnie się urządziłaś.
- Dziękuję - odpowiedziała z lekkim zdziwieniem. Dren otoczył ją ramieniem i głaskał machinalnie po włosach. Wodził wzrokiem za sekundową wskazówką, podejmującą swój jednostajny bieg po tarczy ozdobnego zegara.
Trzecia czterdzieści jeden i piętnaście sekund.
Muszę wyruszyć o świcie - westchnął bezgłośnie. Niespodziewanie jedna myśl przebiła jego serce niczym sztylet skrytobójcy. Nagle wszystko stało się przeraźliwie jasne i oczywiste. Arisa, Ren, Dzierżyciele, Arcymag...
Złe przeczucia, zamieniające się w pewność, rozlewały się lodowatą falą po jego wnętrznościach.
Usiadł gwałtownie na łóżku, wplatając palce we włosy.
- Dren? - Dotknęła niepewnie jego ramienia.
- Ariso, musisz natychmiast opuścić siedzibę Dzierżycieli. Razem z dzieckiem - powiedział stanowczo, choć jego głos brzmiał dziwnie głucho.

#####
Długo tu nic było. Ale i tak nikt tego nie czyta ^^'
[komentarze]  (12) [stworz. 18:25 10/05/06 
mod. 18:17 26/06/06]
 
Gesture of Forgiveness
Dziewczyna, ubrana w zwiewną fioletową sukienkę za kolana, opierała się niedbale o kolumnę, stylizowaną na porządek joński. Odrzuciła kruczoczarne włosy w zalotnym geście. Uśmiechała się delikatnie, ale nie był to dobry uśmiech. Ametystowe oczy błyszczały zagadkowo. Dren zsunął wzrok na dekolt kobiety. Pomiędzy subtelnie podkreślonymi piersiami błyszczał medalion w kształcie słońca z czterema krzyżami, wskazującymi kierunki świata. Amulet Dzierżycieli...
Zrobiło mu się gorąco.
- Witaj, Drenie... Tęskniłeś? - szepnęła całkiem niewinnie, unosząc ironicznie brwi. Jej głos był niczym lodowaty szpikulec, zagłębiający się powoli w miękkie tkanki.
- Jesteś Dzierżycielką? Nie wiedziałem... - przyznał, usiłując zyskać na czasie. Myślał gorączkowo nad sposobem ratowania swojej szaro - niebieskiej skóry. Nie uśmiechało się mu oglądanie własnych wnętrzności gdziekolwiek poza jamą brzuszną.
- Nie dziwię się. Wtedy o zbyt wiele nie pytałeś - zauważyła z sarkazmem.
Dren pominął tę uwagę milczeniem.
"Mam przerąbane..."
- A gdzie jest twój syn? Nie widzę go tutaj. - Rozejrzał się, szukając jednocześnie wyjścia ewakuacyjnego.
- Nasz syn - wycedziła zimno. - Czyżby po czterech latach odezwała się w tobie ojcowska odpowiedzialność? - fuknęła. - Nie musisz się dłużej martwić. Renem zajmuje się teraz moja przyjaciółka Deo.
- No to kamień z serca - pokiwał gorliwie głową, przykładając dłoń do mostka.
- Dren, ty nie masz serca - powiedziała bezlitośnie.
- Oj, Ariso... - zaczął pojednawczo, wyciągając do niej ramiona.
- Gdzie z łapami, zakłamany egoisto! - warknęła, odpychając elfa.
Dren wpadł na ścianę z głupio rozłożonymi dłońmi. Uśmiechnął się do Arisy nieporadnie.
- Wiesz, że kłótnie kochanków umacniają ich miłość?
- Jakiś ty się romantyczny zrobił - stwierdziła ironicznie. Było jednak widać, że zaczyna mięknąć. Kobiety nie potrafią długo chować urazy do kogoś, kogo darzą uczuciem.
- Ariso, zacznijmy od początku. Wiem, że możemy to zrobić - oświadczył łagodnie. - Ja wciąż cię kocham...
Dziewczyna nie odpowiedziała. Wpatrywała się w niego ze zdumieniem. Sylwant zrobił pewnie kilka kroków, uśmiechając się czarująco. Oparł dłoń na karku Arisy. Gdy nie zaprotestowała ani nie starała się go uszkodzić, odnalazł jej kuszące wargi i złożył na nich głęboki pocałunek.
- Dren, jesteś pustym draniem. - Przyciągnęła go do siebie, oddając pocałunek.
- Ale chyba właśnie za to mnie kochasz - błysnął zębami i owionął jej szyję gorącym oddechem.
- Sama nie wiem czy cię bardziej kocham, czy nienawidzę - wyszeptała słabo, zatracając się w ramionach Wagnera. Dren włożył jej rękę pod sukienkę, przesuwając chciwe palcami po gładkim udzie kobiety.
- Nie na... ach... korytarzu - wyjąkała, wzdrygając się z rozkoszy. Ostatkiem świadomości pociągnęła rozpalonego jak piec chlebowy Sylwanta do swojej komnaty.
"Pełen sukces" - pomyślał Dren, gdy zamknęły się za nimi drzwi...

#####
Ari, nie bij za gifa ^^'
[komentarze]  (13) [20:04 04/05/06]
 
Wronged Raven

***
- Demonstrare tu centro de la ciudad! - powiedział zimno Koda, patrząc na lewitujący nad biurkiem model świątyni. Magiczna bańka zawirowała wokół własnej osi, zmieniając kształt na doskonale odwzorowane centrum miasta. Demokin przygryzł wargi w skupieniu. Jego brązowe oczy śledziły niecierpliwie każdą cegłę w każdym budynku. Tatuaż, ciągnący się przez całą twarz, rozbłysnął delikatnym światłem.
Tam coś jest... Jakaś dziwna siła, poruszająca umysły i wyobraźnię tych, którzy natrafili na jej mglisty ślad. Potężne epicentrum uśpionej energii...
I to właśnie Koda chciał być jej odkrywcą. Cokolwiek to miałoby być...
Sylwetkę Reidena spowiła jasnofioletowa poświata. Demokin spojrzał na siebie z zaskoczeniem.
- No nie, akurat teraz... - wymamrotał z niechęcią i zniknął w oślepiającym błysku.

Pojawił się dokładnie przed drzwiami siedziby Arcymaga. Westchnął. Tak, to Geofrey jest tutaj panem na włościach. W La Calle Perdida przestrzeń i rzeczywistość były na jego skinienie.
Crow już na niego czekał. Machał niecierpliwie skrzydłami, wskazując na drzwi. Koda obrzucił go przelotnym spojrzeniem i wszedł do środka.
W pomieszczeniu panowała nieprzenikniona ciemność. Mrok zdawał się mieć konsystencję smoły, sklejając i zagęszczając powietrze.
- Panie? - rzucił niepewnie.
W tym samym momencie czerń zblakła i rozwiała się bez śladu. Arcymag siedział na podłodze w wyrysowanym pentagramie, a wokół niego latały kruki. Mężczyzna miał zamknięte oczy. Gdyby nie poruszane eterycznymi podmuchami włosy i bladoczerwona aura, roztaczana przez jego ciało, można by pomyśleć, że śpi.
- Panie, nie chcę przeszkadzać, ale... - zaczął.
Geofrey otworzył nagle oczy, wypuszczając na świat blask swoich nadbłękitnych oczu. Wiatr ustał, a ptaki rozpierzchły się w popłochu, uciekając na żerdzie pod sufitem. Arcymag uniósł się do góry i dopiero będąc jakieś półtora metra nad ziemią wyprostował nogi.
- Jak kwestia wilka? - zapytał wprost. Nie patrzył jednak na swojego sługę. Był zaabsorbowany cienką smużką magii, snującą się wokół smukłych palców jego dłoni.
- Zamierza uciec, tak jak przewidywałeś. Ale dziewczyna powinna zmienić jego plany. To był naprawdę doskonały pomysł.
Geofrey nie odpowiedział. Nie dawał najmniejszego znaku, że chociażby usłyszał pochlebstwo Kody. Odezwał się dopiero po kilku minutach, gdy Demokin zamierzał już opuścić komnatę.
- A co z moimi rodzicami? - spytał, wciąż bawiąc się nitkami mocy.
- Przebywają niezmiennie w Ashbury w rodowej rezydencji - odparł z wahaniem. Wchodził na bardzo niebezpieczne rejony.
- A jak im się wiedzie? - dopytywał.
- Z tego co wiem, raczej dobrze...
- Szkoda - oznajmił beznamiętnie. Machnął od niechcenia ręką i w kierunku ściany poleciała wielka kula ognia. Koda zorientował się, że to tylko iluzja, lecz była tak realistyczna, że jej żar wywoływał pieczenie skóry.
- Odejdź - polecił Arcymag, odsyłając sługę do gabinetu pstryknięciem palców.
Geofrey nabrał powietrza w płuca, a z jego krtani popłynęły dwa pełne wyrzutu głosy, kobiety i mężczyzny, łącząc się w jeden piekielny skowyt:
- Krew, strach, śmierć, ból, rozpacz, zabij, zniszcz, okalecz, nie wahaj się! - zakończył, dysząc ciężko. Sfrunął powoli na ziemię jak pióro puszczone z wysokości. Wystawił przedramię. Nie musiał dawać innych sygnałów; Crow przyleciał błyskawicznie, wszczepiając się delikatnie szponami w rękę mężczyzny.
- Wiesz? To oni mi to wszystko zrobili - powiedział, patrząc czule w szkarłatne oczy kruka. - Nienawidzę ludzi, a ty? - zapytał, głaszcząc go po aksamitnych piórach.
Crow wydał z siebie głośny skrzek. Arcymistrz uśmiechnął się.
Machnął skrzydłami, wzlatując razem ze swoim towarzyszem do reszty stada.

***

#####
Takie małe interludium ^^
Geofrey... Jedno z moich ukochanych "dzieci" :)
[komentarze]  (10) [stworz. 19:36 30/04/06 
mod. 19:51 30/04/06]
 
Ivy Covered Walls
Dren z prawdziwą ulgą zatrzasnął za sobą drzwi i oparł się plecami o drewnianą płytę.
-Jeszcze kilka minut oglądania tej paskudnej mordy, a bym się niechybnie kopsnął na lepszy ze światów - mruknął zrzędliwym tonem starego piernika.
Poczuł nagle dziwne łaskotanie na swoim ramieniu, spływające wzdłuż torsu. Jakaś siła chwyciła jego nadgarstki w żelazny uścisk. Wzdrygnął się z przestrachem a serce podskoczyło mu do gardła. Spojrzał szybko na swoje ręce. Oplatał je rozrastający się w szybkim tempie karmazynowy bluszcz. Dren szarpnął się całym ciałem. Bez skutku. Zielsko trzymało coraz mocniej. Kolejne pnącza owinęły się wokół jego kostek, a jeden gruby pęd zacisnął się boleśnie na biodrach. Dren miotał się gwałtownie w objęciach dzikiej rośliny. Syknął, a razem z powietrzem z ust wyrywały się mu przekleństwa.
Warknął głucho, szczerząc długie kły. Podniósł śnieżnobiałe łapy, zakończone ostrymi jak brzytwy pazurami, które rozcięły potężne więzy jak kawałki materiału. Dren skoczył na ziemię i otrząsnął się, czyszcząc zębami futro z wczepionych tam liści.
Wstał i otrzepał ubranie z wyimaginowanego pyłu. Spojrzał gniewnie na zasklepiające się wejście do gabinetu Kody. Po chwili magiczna roślina zarosła całą ścianę, nie zostawiając nawet lichego wspomnienia po drzwiach.
-Nienawidzę magów! NIENAWIDZĘ! To zwykłe czubki, które powinno się trzymać w klatkach i pokazywać tłumom na jarmarkach ku przestrodze! - prychnął, podnosząc nogę w celu przykopania bezczelnemu przedstawicielowi flory. Spomiędzy liści wychylił się jaskrawo pomarańczowy kwiat, który kłapnął ostrzegawczo płatkami. Dren cofnął się o krok.
-Dobra! Zrozumiałem przekaz! Nie lżyć ani nie dewastować mienia Dzierżycieli, zadowolony? - wrzasnął. Kwiat skinął z aprobatą pręcikami i zniknął w otchłaniach bluszczu.
Dren odwrócił się na pięcie i poszedł wzdłuż korytarza, zły jak największa osa świata. Sylwant był o krok od punktu wrzenia. Klął w myślach Arcymaga, jego sługę, wszystkich czarowników aż do szóstego pokolenia oraz Rozdarcie, które sprowadziło magię na ten, wystarczająco już parszywy, świat.
"Hm... Właściwie ten Koda nie powiedział mi z kim ani gdzie mam się spotkać. Cóż, jego wina. Nie będę płakać." - wzruszył obojętnie ramionami. - "Najwyższy czas machnąć całej tej wesołej kompanii ogonem na pożegnanie i ulotnić się do portu. Wystarczy sypnąć trochę kasą a szybko znajdzie się jakiś zdrajca, który przewiezie mnie do Anglii. A tam już tylko chlanie, imprezy i czysta rozpusta" - uśmiechnął się do swoich myśli. Nie dane było mu jednak wprowadzić ten śmiały plan w życie.
-Tutaj jesteś... - spokojny kobiecy głos, w którym czaiły się dyskretnie sztylety, zmroził mu krew w żyłach. Dren odwrócił się powoli do źródła dźwięku, a jego ruch nie był szybszy od dryfu lodowca.
-A...Aaa.... Arisa? - wyjąkał bez składnie.

#####
Myślę nad utworzeniem tu linków. Jestem otwarta na propozycje :)
[komentarze]  (5) [11:58 29/04/06]
 
As my memory rests, but never forgets what I lost...
Ten dzień wrył mu się głęboko w pamięć, choć był wtedy tylko małym dzieckiem.
Tłum skandujących i dyszących nienawiścią wieśniaków, unosi wysoko pochodnie, choć mrok nie objął jeszcze swoimi ramionami niewielkiego miasteczka na południowym zachodzie Francji. Ojciec odchyla delikatnie zasłonę, patrząc z goryczą za okno. Na twarzy kwitną mu czerwone plamy, zdradzające strach oraz ponure zrezygnowanie. Matka płacze w kącie, tuląc do siebie najmłodsze dzieci. Dren trzyma na kolanach Zan Alurin, swoją ukochaną siostrę, i szepcze jej do ucha, że wszystko będzie dobrze. Irarak, najstarszy z nich, podbiega do ojca i zaciska nerwowo pięści. Po policzkach płyną mu łzy nienawiści.
Na tle głodnej krwi ludzkiej sfory, odcinają się wyraźnie dwie białe zakapturzone sylwetki. Trzymają w wyciągniętych dłoniach szare krzyże, jarzące się subtelnym fioletowym światłem.
- Gloria in excelsis Deo... - intonują grobowo wezwanie do rzezi.

Dren wzdrygnął się na krześle. Złamał właśnie jedną ze swoich podstawowych zasad - nigdy, ale to nigdy, nie rozpamiętywać przeszłości. Odrzucenie wspomnień kosztowało go zbyt wiele, by stracić wszystko przez jedną chwilę słabości. Nie wolno rozdrapywać jątrzących się ran.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - zapytał z naciskiem Koda. Tatuaż na jego twarzy przybrał barwę grafitu.
Dren kiwnął głową.
- Tak, wiem co to są Magiczne Studnie.
Demokin westchnął.
- Bardzo proszę o koncentrację. To poważna sprawa.
- Dobra, dobra. Już jestem skoncentrowany, widzisz? - zapytał z drwiącym uśmieszkiem.
Koda spojrzał na niego sceptycznie, ale wrócił do sedna sprawy.
- Dlatego korzystniej będzie dla ciebie wejść tam w postaci wilka. Magia Studni nie działa na zwierzęta. Jak znajdziesz się już w środku, zdobędziesz Berło Lochów i zneutralizujesz Krzyże.
Po żebrach i udzie Drena przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
- Następnie, zejdziesz do podziemi, uwolnisz Galileusza i przyprowadzisz go do nas. Sposób w jaki to uczynisz zależy tylko od ciebie. Pamiętaj jedynie, że masz to zrobić a la derobee, rozumiesz?
Dren wyszczerzył zęby. Ile to już razy robił coś po kryjomu. Od morderstw do uwodzenia panienek. W obu dziedzinach był niepisanym mistrzem.
- Oczywiście. Coś jeszcze? - zapytał od niechcenia.
- Nie. Wydaje mi się, że nie - odpowiedział i z kolejnej szuflady biurka wyciągnął amulet w kształcie słońca z czterema krzyżami umocowanymi na brzegach, symbolizującymi cztery strony świata. Podał go zaskoczonemu Sylwantowi. - To jest Amulet Dzierżycieli. Bez niego nie otworzą się bramy do La Calle Perdida. Medalion jest jednak bezużyteczny bez hasła.
- A brzmi ono... - zaczął Dren, machając zachęcająco dłonią.
- Crux de cruce - oznajmił poważnym tonem.
- Krzyż z krzyża? - zdziwił się.
- Tak. Twoja znajomość łaciny jest godna podziwu - błysnął ironicznie zębami. Dren spojrzał na niego ponuro, zakładając amulet na szyję. Ukrył go pod ubraniem.
- Mogę już wreszcie iść? - marudził jak znudzone dziecko.
- Tak. Wyruszysz o świcie. Ale zanim to nastąpi, chce cię widzieć jeszcze jedna osoba.
Sylwant warknął z irytacją.
"Kolejny szajbus..." - pomyślał, opuszczając gabinet Kody.
Demokin oparł podbródek na splecionych dłoniach i zaśmiał się cicho. Wszystko szło po jego myśli...

#####
Nie mogłam znaleźć lepszego gifa...
[komentarze]  (8) [20:55 14/04/06]
 
Kick Him When He's Down
Powietrze zaczęło się elektryzować, stawiając wszystkie włoski na karku skrytobójcy na baczność. Całym sobą odczuwał bolesne napięcie. Patrzył z rosnącym przerażeniem na unoszące się powoli fragmenty gruzowiska. Szare cząstki wirowały chaotycznie w szalonym tempie. Uszy Drena poraził przeraźliwy wizg, rozsadzający bębenki i wwiercający się pod czaszkę. Sylwant zgiął się wpół, przyciskając dłonie do boków głowy. Zagryzł wargi aż do krwi, lecz mimo tego z gardła wyrwał mu się rozdzierający krzyk. Twarz chłopaka gwałtownie poczerwieniała. Przez karminową mgłę cierpienia dojrzał jak lewitujące kryształki zlepiają się w dwa jarzące się fioletowym blaskiem krzyże. Po kilku sekundach krucyfiksy stały już dumnie, rozkładając groźnie kamienne ramiona.
Potworny ból rozdarł ciało Sylwanta. Wydawało mu się, że ktoś szarpie jego skórę i wnętrzności ostrymi hakami. Krzyże wysysały chciwie magię z młodzieńca, nie mając litości i zmiłowania dla nieludzkich wrzasków. Dren upadł na kolana. Męka była tak potworna, że przyprawiała o szaleństwo. Osunął się bezradnie na ziemię. Walczył rozpaczliwie o każdy oddech i uderzenie serca.
Kapłan patrzył na niego obojętnie. Jako człowiek czystej krwi, zaznajomiony jedynie ze świętą magią boską, nie miał pojęcia jakich cierpień doznaje właśnie jego skażony brat.
Bo przecież wszyscy ludzie są braćmi, prawda?
Przeżegnał się bez przekonania i podszedł do wijącego się Sylwanta. Przekładał Berło z ręki do ręki, zastanawiając się nad czymś. Przez ułamek sekundy Drenowi mignął napis wygrawerowany po łacinie, lecz nawet tak krótki czas wystarczył w zupełności, by obraz wrył się pod powieki jeszcze na długie lata.
Wykuto aby odnowić i zniszczyć Magiczne Studnie.
Twarz księdza pochyliła się nad cierpiącym młodzieńcem. Dren wyciągnął błagalnie powykręcane skurczem palce. Błagał bezgłośnie o miłosierdzie. Mężczyzna pokręcił głową ze smutkiem.
- Przykro mi - powiedział beznamiętnie. Dren nie mógł go słyszeć - dzikie buczenie nie ustępowało - lecz odczytał wiadomość z ruchu warg. Pojął wtedy, że nie ma już dla niego nadziei.
Magiczne Studnie, mimo swoje niezaprzeczalnej mocy, nie mogły zabić. Eksterminacją człowiek zajmował się już osobiście.
Lewy bok Drena przeszedł gwałtowny dreszcz bólu z pogruchotanych żeber. Z ust wytrysnął strumień ciemnej krwi, barwiąc posadzkę kolorem męczarni. Rozchylił spuchnięte powieki, by zobaczyć jak kapłan zadaje mu Berłem kolejny cios, tym razem w udo. Kość pękła z głuchym trzaskiem. Sylwant zaskowyczał zwierzęco. Był całkowicie bezbronny, zdany na łaskę i niełaskę duchownego. On jednak zamierzał dokonać brutalnego linczu nad tym, który ośmielił się podnieść rękę na sługę Boga. Ku przestrodze innych bezbożników.
Mężczyzna zamachnął się do ostatecznego uderzenia, mającego zmiażdżyć czaszkę, gdy oczy Drena rozbłysły niepohamowaną nienawiścią. Wilk w jego wnętrzu miał dosyć poniżenia. Chciał zemsty...
Bestia zerwała się gwałtownie, nie bacząc na broczące rany. Zatopiła kły w gardle zaskoczonego księdza. Wilk zaciskał zęby jak kleszcze, napawając się przerażeniem i udręką gasnących oczu. Rozwarł szczęki, popychając umierającego na podłogę. Wbił pazury w jego ciało i szarpał dopóty kapłan nie skonał. Dosłownie, rozerwał go na strzępy. Ludzkie mięso w bezlitosnych szponach zwierzęcia zachowywało się jak brudny gałgan.
Wilk dyszał ciężko. Był na skraju wyczerpania. Mimo że nie miały już na niego wpływu Magiczne Studnie, rany dawały się mocno we znaki. Zlizał krew z białego futra, lecz nie przyniosło to ukojenia. Uciekł szybko ze świątyni, unikając przerażonych wrzaskami wieśniaków.
Po wielu latach przybył ponownie do Neapolu. Z prawdziwą radością wysłuchał opowieści o masakrze i profanacji kościoła, których dawno temu dokonały bestie prosto z piekieł. Oczywiście, nikt nie powiązał tego wydarzenia z ciemnymi sprawkami władz. Pracodawcy byli więc zadowoleni. Dziecku szczęścia znowu się udało.
Pierwsze spotkanie z Magicznymi Studniami...
Choć nie do końca pierwsze...
[komentarze]  (7) [stworz. 22:50 05/04/06 
mod. 23:01 05/04/06]
 
Lost Children with Dirty Faces
Magiczne studnie... Tak, pamiętał je bardzo dobrze...
Po raz pierwszy spotkał się z nimi w Neapolu. Był wtedy jeszcze zwykłym, zagubionym szczeniakiem, uczącym się dopiero mechanizmów rządzących Europą. Dostał całkiem prostą i jasną misję do wykonania - musiał uciszyć na wieki katolickiego księdza, który za bardzo bruździł lokalnej władzy. Banalne zadanie dla skrytobójcy - czeladnika, nie zastanawiającego się specjalnie nad kwestiami moralnymi swojego zajęcia. Okazało się jednak, że z pozoru trywialne zlecenie mogło zakończyć się dla Sylwanta tragicznie.
Pierwszą rzeczą, którą zrobił po przyjeździe do miasta było zasięgnięcie języków. W nienagannym włoskim, choć z drobnymi naleciałościami francuszczyzny, wypytywał tubylców o sprawy grodu. Pomiędzy nudnymi tyradami na temat rządzących, Dren rzucał mimochodem hasło "kościół" i "brat Brinare". Nie musiał nawet specjalnie wysilać talentów aktorskich i oratoryjnych - ludzie bardzo chętnie opowiadali o bohaterskim kapłanie, grzmiącym z ambony na chciwość i korupcję wśród neapolitańskich polityków. Po kilku dniach Wagner wiedział o duchownym praktycznie wszystko - co jadł, gdzie spał, u kogo kupował owoce na targu oraz kiedy chodził spać. Najbardziej cenną informacją okazało się jedno z przyzwyczajeń księdza. Codziennie od dwudziestej do dwudziestej drugiej siedział samotnie w kościele i modlił się. Dren postanowił bezlitośnie wykorzystać ten fakt. Na ostro.
Owszem, mógł zgładzić cel na różne sposoby - otruć, udusić lub przeszyć znienacka strzałą. Nie zrobił jednak tego. Kierował się swoistym kodeksem honorowym. Gdy tylko pozwalała na to sytuacja, wolał zabijać, patrząc przeciwnikowi prosto w oczy. Tak dyktowała mu wilcza duma.
Jedenastego dnia od swojego przybycia do Neapolu, Sylwant wszedł wieczorem do kaplicy. Przekroczył próg sprężystym krokiem, tak charakterystycznym dla młodych osób absolutnie pewnych siebie. Zamknął starannie za sobą drzwi. Ciemność Domu Boga rozpraszał jedynie migotliwy blask świec, umieszczonych na ołtarzu. Dren nie miał jednak problemów z dostrzeżeniem skulonej ludzkiej sylwetki w jednej z pierwszych ławek. Ruszył w tamtą stronę. Smukłe nogi w wytartych, skórzanych butach uderzały o kamienną posadzkę. Sylwant zatrzymał się na samym środku kościoła. Doskonale wiedział, że kapłan jest świadomy obecności intruza. Czekał.
Ksiądz przeżegnał się i wstał z klęczek. Musiał przeczuwać po co przychodzi ten wysoki, szczupły chłopak o chłodnym spojrzeniu, lecz mimo to jego twarz pozostawała spokojna.
- Przyszedłem księdza zabić - oświadczył po prostu młodzieniec. Kapłan skinął głową. Wiedział, że działalność na rzecz sprawiedliwości przysporzyła mu wielu wpływowych wrogów. Wstał. Odczepił od pasa złoty spiralny pręt długości około pół metra zakończony krzyżem. Nigdy nie rozstawał się z tym insygnium. Dren w swoim młodzieńczym zadufaniu nie skojarzył czym on jest. Gdyby posiadł tą wiedzę, rzuciłby się od razu na księdza, wbijając mu sztylet w serce i przekręcając trzy razy. Teraz po prostu stał i patrzył jak kapłan podchodzi niespiesznie do ołtarza, klęka na jedno kolano, wyciągając przed siebie kij.
Młody Dren obserwował go skonfundowany. Tłumaczył zachowanie mężczyzny chęcią należytego pożegnania się ze Stwórcą. Nie wiedział, że ksiądz wcale nie zamierza potulnie czekać na śmierć.
Berło Lochów zamigotało w powietrzu. Złoty krzyż dotknął dwóch stosów szarego gruzu, wysypanych tuż obok ołtarza.
Dla Drena w tym momencie rozpętało się piekło...

#####
A jednak nie zmieściłam się w jednej notce...
A tytuł? Fragment "JoS". Tak mnie wzięło...
[komentarze]  (4) [21:46 03/04/06]
 
Church on Sunday
Koda sięgnął dłonią do jednej z rzeźbionych szuflad umocowanych pod blatem biurka. Kartki szeleściły matowo gdy Demokin wertował cały ich stos. Dren wykorzystał ten moment aby powtórnie przyjrzeć się jędrnym udom mitologicznej kobiety.
- No, tutaj jesteś - mruknął zrzędliwie Reiden, kładąc na stół sfatygowany kawałek pergaminu. Chwilowo zaintrygował on Drena bardziej niż ciało kusicielki.
- Co to? - zapytał, ściągając brwi. Bezwiednie zrobił minę kilkulatka poznającego dopiero świat. Koda zdusił w sobie śmiech i wyjaśnił całkiem poważnie.
- Mapa Barcelony, żebyś umiał trafić do siedziby Inkwizycji.
- Zbytek łaski. Znam Barcelonę bardzo dobrze - fuknął arogancko.
- Nie wątpię - przyznał z uśmiechem, sugerującym coś zupełnie innego.
- Na pewno lepiej niż jakaś zdezelowana makulatura! - warknął, uderzając pięścią w stół. Nawet w postaci Sylwanta było w nim coś z wilka. Może były to kły obnażane przy każdym wybuchu złości.
Koda kiwnął głową dla świętego spokoju. Wyciągnął ręce tak, aby znajdowały się parę centymetrów nad papierem. Przymknął oczy, przywołując na twarzy wyraz skupienia.
- Demonstrare tu campus Espiritu Santo! - wypowiedział stanowczo, cofając ręce. Z początku nie było widać efektu zaklęcia. Dren chciał już rzucić jakąś kąśliwą uwagę, gdy pergamin pokrył się gęstą siatką czarnych linii. Jego powierzchnia falowała jak wzburzone morze. Z czarnych głębin atramentu wynurzyła się przezroczysta kula, przypominająca swoją konsystencją mydlaną bańkę. Powierzchnia sfery zaczęła marszczyć się i rozciągać. Najpierw ułożyła się w elipsę, potem w krzywy graniastosłup, a na końcu przybrała kształt placu Ducha Świętego.
Dren spoglądał na to zaskoczony. Odwzorowanie detali na lewitującym modelu zapierało dech w piersiach. Każda cegła, każdy łuk były idealnie zarysowane. Nawet barwy się zgadzały.
- Więc popatrzymy teraz na naszą przestrzenną mapę? - spytał Koda, patrząc na pognębionego Drena z wyższością. Sylwant łypnął na niego niechętnie. Reiden przyjął ten gest jako wyraz przyzwolenia.
- Dobrze. Jak widzisz, tutaj jest Świątynia Inkwizycji, ale o tym na pewno wiedziałeś sam, panie skrytobójco - zawiesił na chwilę głos, czekając aż te słowa dotkną Drena do żywego. - Tutaj są boczne uliczki, tutaj główna arteria. A tutaj mamy niezwykle malowniczy skwerek - wskazywał palcem kolejne obiekty.
- Ad rem - machnął niecierpliwie ręką Dren.
- Jak sobie życzysz, uczony morderco - skłonił się lekko, parodiując służalczą postawę poddanych. - Demonstrare tu Templo! - rozkazał. Świątynia wchłonęła pozostałe budynki, powiększając swoje rozmiary ponad dwukrotnie. Wydawała się jeszcze piękniejsza.
- Chciałeś konkretów, więc proszę. Tutaj - powiedział, zataczając palcem kółeczko. Budynek posłusznie odwrócił się, ukazując Drenowi swój tył - jest drugie wejście. Z naszych informacji wynika, że przebywa tam zwykle znacznie mniej kapłanów niż w głównym przedsionku, co jest znaczącą dogodnością. Mniej strzeżone nie oznacza jednak zupełnie bezpieczne. Na wkraczających intruzów czeka mnóstwo najwymyślniejszych pułapek. Wierzę jednak, że dla kogoś, kto zakradł się do pałacu królewskiego, nie będą one stanowiły przeszkody nie do pokonania. Musisz jednak bezwzględnie uważać na Magiczne Studnie. Jak mniemam ta nazwa obiła ci się o uszy, nieprawdaż? - wyszczerzył się cynicznie.
Dren zwiesił lekko głowę, pozwalając by rudobrązowe kosmyki opadły mu na twarz. Czerwone oczy błyszczały przenikliwie.
Czy ten mag naprawdę ma go za skończonego idiotę? Drwiny z osoby Sylwanta były bezpodstawne. Owszem, stereotypowy skrytobójca miał mięśnie goryla, zwinność kota i inteligencję przeciętnego grejpfruta. Dren jednak bardzo skutecznie wymykał się wszelkim szablonom i klasyfikacjom...

#####
Zauważyłam, że na tego bloga najłatwiej mi się pisze. Dziwne...
[komentarze]  (3) [21:49 01/04/06]
 
All I Want
- Dobrze, dowiedziałem się już wszystkiego, co było mi potrzebne. Warunki umowy, mimo że pozbawiono mnie możliwości ich negocjacji, wydają się być uczciwe. Więc, wybacz, ale teraz cię opuszczę i udam się grzecznie do lochów Inkwizycji - rzucił swobodnie i podniósł się z fotela. Koda uśmiechnął się lekko.
- Mam nadzieję, że nie myślisz o oszukaniu Arcymaga i ucieczce za granicę... - powiedział tonem przyjacielskiej pogawędki. Dren zatrzymał się wpół ruchu, lecz na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień.
- Nawet mi to przez myśl nie przeszło - zapewnił solennie. Każda komórka ciała Sylwanta zwinęła się w kłębek i podkuliła cytoplazmatyczny ogon.
"Skąd on to wiedział?!"
Koda wciąż się uśmiechał.
- Więc dla dobra nas wszystkich, a w szczególności twojego zadania, wysłuchaj lepiej uważnie każdego słowa. Te wskazówki mogą uratować ci życie - oznajmił z naciskiem.
Dren nie namyślał się dłużej niż sekundę. Zrozumiał subtelnie zaakcentowaną groźbę.
- Jasne. Tylko się streszczaj - opadł na siedzenie, splatając ręce na piersi.
- Dobrze. A więc jak powiedział ci już... - zaczął. Dren nie potrafił się jednak skoncentrować na wypowiedzi Demokina. Wzrok uciekał mu na nagie piersi i łona zażywających kąpieli dam. Szczególną uwagę poświęcał przepięknej, rudowłosej Herze, uśmiechającej się lubieżnie do oglądającego. Dren uświadomił sobie, że nie spał z kobietą już od trzech dni.
"Skandal! Muszę koniecznie zdybać jakąś córę Koryntu. Podobno barcelońskie prostytutki znają się na swoim fachu..." - rozmarzył się. Czerwone oczy przesłoniła mgiełka najdzikszych erotycznych fantazji.
Koda chrząknął znacząco, w celu przywrócenia słuchacza do porządku. Sylwant podskoczył lekko na krześle.
- Tak, słucham, słucham! - pokiwał gorliwie głową, porzucając z żalem nagie widziadła. Koda spojrzał na niego karcąco jak ojciec na nieposłuszne dziecko. Złączył czubki palców w powietrzu i westchnął ze znużeniem.
Oczy Demokina i Sylwanta spotkały się. W kocich źrenicach Reidena czaiło się coś nieludzkiego. Dren miał wrażenie, że spoglądają na niego blade tęczówki pradawnej bestii, która posiadła mądrość wykraczającą daleko poza ramy ludzkiego pojmowania. Nie dziwił się zwykłym, nieskażonym obywatelom, że obawiali się istot z piętnem magii. Sam w tej chwili chętnie spaliłby Kodę na stosie. Razem z tym niedojrzałym Arcymagiem i całą resztą wesołej gromadki.
Koda podjął przerwany wątek.
- Jak powiedział ci już Arcymistrz Geofrey, twoim zadaniem jest uwolnienie jednego z naszych współbraci - Galileusza. Nie znamy dokładnego położenia celi, w której jest przetrzymywany, ani nie wiemy jak przedstawia się stan jego zdrowia. Jesteśmy pewni tylko jednego - on wciąż żyje. Twoim priorytetem jest za wszelką cenę zachować ten stan i przyprowadzić go do nas. Galileusz MUSI powrócić żywy, zrozumiałeś? - zapytał poważnie. Dren skinął głową. Choć kłóciło się to z doktryną jego dotychczasowego zajęcia, bo cel miał pozostać na tym padole łez, nad wyraz trafnie odczytał intencje zleceniodawcy.
"Albo ten Galileusz jest faktycznie taki cenny albo musiał naprawdę podpaść Dzierżycielom" - pomyślał sarkastycznie.
Drugie wytłumaczenie wydawało się znacznie mniej prawdopodobne. Hiszpańska Inkwizycja potrafiła wystarczająco skutecznie, a przy tym w brutalny i sadystyczny sposób, rozprawić się z każdym występnym delikwentem. A już zwłaszcza człowiekiem czystej krwi, który ośmielił się użyć magii do swoich badań nad naturą wszechświata, co w oczach kleru zakrawało na jedną z najcięższych zbrodni...

#####
Najgłębszy kryzys wiary minął. Jeno resztki się ostały...
[komentarze]  (8) [stworz. 21:58 27/03/06 
mod. 22:01 27/03/06]
 
This is Such a Pity
Dren ruszył śmiało do środka. Nie miał się czego obawiać. Póki jest potrzebny magom, włos mu z głowy nie spadnie. Mógł czuć się absolutnie bezpieczny. Przynajmniej chwilowo...
Gdy tylko przestąpił próg, pomieszczenie rozświetlił blask kilkunastu świeczników oraz masywnego kandelabru, stojącego dokładnie naprzeciwko drzwi.
- Światło zapala się automatycznie, gdy tylko ktoś wchodzi - wyjaśnił Demokin.
Gabinet sługi Arcymistrza Dzierżycieli o wiele bardziej pasował do stereotypowej siedziby czarownika. Pokój był niewielki, lecz nad wyraz przytulny. Widać w nim było rękę estety - wszystko idealnie ze sobą współgrało, tworząc jedyną w swoim rodzaju kompozycję. Przy każdej ścianie ustawiony został potężny regał, kryjący księgi o łacińskich, greckich, hebrajskich oraz arabskich tytułach. Każdy tom wyglądał na bardzo stary i Dren wcale nie byłby zdziwiony, gdyby okazało się, że większość z nich pochodzi z pierwszych lat po Rozdarciu. Na dolnych półkach biblioteczki lśniły natomiast najlepszej klasy retorty, alembiki i moździerze, mówiące wprost o alchemicznej pasji właściciela.
Dren przeszedł po zielonym perskim dywanie i, nie czekając na zaproszenie, usiadł w fotelu obitym granatowym pluszem. Wyciągnął leniwie nogi, podnosząc głowę. Z sufitu, na którym wymalowana została scena kąpieli mitologicznych bogiń, zwisał misternie wykonany żyrandol. Dren po raz kolejny tego dnia był pod wrażeniem.
"Skoro magowie są na tyle bogaci, aby fundować sobie takie kosztowne bibeloty, to może uda mi się naciągnąć ich na zaliczkę?" - pomyślał, uśmiechając się szatańsko pod nosem. - "Hehe, wolność, pieniądze, Anglia i ja. Żyć, nie umierać."
Koda zasiadł przy biurku, wlepiając w Sylwanta oczy, z których nie dało się wyczytać zupełnie nic.
- Dobrze, więc może masz na początek jakieś pytania? To by nam znacznie ułatwiło sprawę. Nie lubię strzępić języka nadaremno.
Dren rozparł się swobodnie w fotelu i oznajmił nonszalancko:
- Właściwie, w tej chwili interesuje mnie jedynie kwestia przedpłaty na rzecz wykonania przeze mnie zadania...
Koda uśmiechnął się lekko samymi ustami.
- Arcymag Geofrey uznał, że jakiekolwiek świadczenia finansowe przed powodzeniem akcji są zbyteczne. Wszystko co niezbędne, czyli jedzenie, ubrania lub ewentualnie broń, możesz pobrać w siedzibie Dzierżycieli. Natomiast pieniądze, tudzież inne nagrody, staną się twoją własnością dopiero po całkowitym sukcesie.
Dren zmarszczył brwi.
- Połowę zawsze biorę przed akcją. Takie są moje zasady jako skrytobójcy.
- Przykro mi, ale nie gramy tutaj według twoich zasad - powiedział spokojnie, lecz tonem sugerującym zamknięcie tematu. Dren zacisnął zęby tak mocno, że aż chrupnęło. Miał ochotę wepchnąć Kodzie sztylet w oko i przekręcić. Pewnie by to zrobił, gdyby nie fakt, że zaraz miałby na karku kilka setek dyszących zemstą popaprańców. I bez tego miał wystarczająco dużo problemów. Chociaż, jako typowe dziecko szczęścia, niespecjalnie się tym przejmował.
Zamiast krwawego morderstwa, postanowił kończyć powoli tę farsę. Miał ciekawsze rzeczy do roboty niż użeranie się z nawiedzoną sektą nieżyciowych idealistów...

#####
Nie chce mi się uczyć...
[komentarze]  (9) [18:36 23/03/06]
 
Servant of Oddity
Dren zamrugał kilka razy powiekami. Wpatrywał się tępo we wrota, prowadzące do siedziby Arcymaga. Oburzenie stopniowo przerywało tamy samokontroli i wylewało się na wszystkie połączenia komórek nerwowych.
"Ten arogancki dzieciak tak po prostu wywalił mnie z gabinetu? MNIE?! Co on sobie wyobraża?! Traktować w ten sposób najskuteczniejszego skrytobójcę w Europie?! Merde! - zaklął w myślach. Był wściekły. Nie dość, że Arcymistrz wrobił go w misję dla kretyna - samobójcy, to jeszcze dotkliwie uraził wybujałe ego Sylwanta. Takich czynów się nie wybacza.
"Jesteś taki mądry, chłoptysiu, ale nie przewidziałeś jednej rzeczy. Nie jestem twoją marionetką jak reszta Dzierżycieli. Nie muszę się ciebie słuchać. Jeszcze dzisiaj wracam do Francji. Albo wybiorę się do Anglii. Podoba mi się u nich liberalizm społeczeństwa. Mogę się założyć, że już się więcej nie zobaczymy, drogi magu..."
Dren odwrócił się na pięcie, chcąc jak najszybciej opuścić La Calle Perdida. Drogę blokował mu jednak Koda Reiden, stojący niewzruszenie niczym kamienny posąg patrona stoicyzmu. Dren podskoczył zaskoczony. Nienawidził gdy ktoś pojawiał się niczym duch.
- Jak widzę, Arcymistrz wyłożył ci już, Drenie, swoje stanowisko. Zapraszam do mojej komnaty, opowiem ci o szczegółach akcji - oznajmił usłużnie i skręcił w jedną z odnóg głównego holu. Dren zgrzytnął cicho zębami, ale posłusznie poszedł za nim. Warunkiem nie wzbudzania podejrzeń było granie tej komedii aż do zdjęcia jej z afisza. Wagner nie potrafił jednak zamaskować wrogiego spojrzenia, z którego doskonale można było odczytać myśli Sylwanta: "Mam gdzieś twojego mistrza i tą całą pochrzanioną gildię. Jestem wolnym strzelcem. Wybitnie nie służy mi klimat Hiszpanii. Wynoszę się stąd i na pewno nie zdołacie mnie powstrzymać...". Na szczęście Koda, odwrócony do niego plecami, nie był świadomy planu Francuza.
Korytarz, którym go prowadził nie różnił się specjalnie od drogi wiodącej przy wejściowym portalu. Jedyną osobliwością był karmazynowy bluszcz, pnący się dziko po kamieniach. Dren nagle zapragnął bardzo mocno znaleźć się w nieskalanej przez człowieka puszczy. Natura nieraz już ciągnęła wilka do lasu. Koda zatrzymał się gwałtownie, a Dren prawie uderzył nosem w tył jego głowy.
- Hamowanie uprzedzaj klaksonem - mruknął zrzędliwie. Sługa Arcymaga nie zwrócił jednak na to uwagi. Wyciągnął ręce w górę i wyrysował w powietrzu skomplikowany symbol. Sylwantowi skojarzył się on z sześciennym trójkątem wpisanym w czworokątny okrąg, cokolwiek miało to oznaczać. Magiczna runa zalśniła jaskrawym fioletem i rozmyła się pod sufitem.
Bluszcz stanął w ogniu. Dren odskoczył, przyklejając się do przeciwległej ściany. W czerwonych tęczówkach tańczyły radośnie pomarańczowe płomienie.
Demokin patrzył spokojnie jak spopielone resztki rośliny opadają na kamienną podłogę, odsłaniając proste, dębowe drzwi.
- Cóż, każdy ma swoje małe dziwactwa - zwrócił się do Drena, przywołując na usta zagadkowy uśmiech, nie pasujący w ogóle do wypranej z emocji twarzy. Klasnął w dłonie i drzwi posłusznie otworzyły się do środka. - Zapraszam w moje skromne progi... - wskazał zachęcającym gestem wnętrze tonącego w półmroku pomieszczenia...

#####
Naszła mnie ochota na napisanie jakiegoś opowiadania z Arcanum. Kocham klimat tej gry. Ech, ten brak czasu...
[komentarze]  (5) [stworz. 13:38 19/03/06 
mod. 14:03 19/03/06]
 
Ravenheart
- Nigdy nie oceniaj ludzi po wyglądzie, wilku.
- Nie robię tego, kruku... - oświadczył spokojnie. Na zewnątrz był opanowany, lecz wszystkie jego mięśnie drżały. Moc tego człowieka przyprawiała o zawroty głowy. A przecież w tym momencie nie rzucał żadnych czarów! Niesamowite...
- Dobrze, dość już tych formalności - Arcymag machnął ręką jakby coś przecinał. Dren miał dziwne wrażenie, że chodzi o jego szyję. - Pewnie ciekawi cię czego chcą od ciebie Dzierżyciele? - zapytał nonszalancko. Nadbłękitne oczy zamigotały niepoważne.
- Niezmiernie - odrzekł z galanterią.
- Potrzebuję twoich talentów - przyznał, wlepiając w niego hipnotyczne źrenice, tonące w powodzi jasnoniebieskiego barwnika.
- Jakiego rodzaju talentów? - spytał podejrzliwie. Arcymistrz skrzywił się z niesmakiem.
- Nie udawaj, wilku. Myślisz, że nie wiem kto zamordował króla Filipa II? - oznajmił niedbale, sycąc się zaskoczeniem odmalowanym na twarzy Drena.
- Skąd... - zaczął nieporadnie, lecz Arcymag przerwał mu kolejnym ruchem dłoni.
- Ja wiem bardzo dużo... - słowa te zabrzmiały dziwnie złowieszczo. - Człowiek, który potrafił zakraść się do pałacu pilnowanego przez tysiące uzbrojonych strażników, pozbawić życia głowę państwa i uciec niezauważony, jest dokładnie takim osobnikiem, jakiego szukam - obdarzył go łaskawym uśmiechem.
- Jeśli tylko robota mi się opłaci, jestem do twojej dyspozycji - zadeklarował.
- Opłaci się, uwierz... Pieniądze, artefakty... i być może powszechny szacunek dla magii - dodał zagadkowo. - Nigdy więcej prześladowań... - Arcymistrz doskonale wiedział jak manipulować ludźmi.
- Więc zamieniam się w słuch - oświadczył, splatając ręce na piersi.
Geofrey usiadł w powietrzu ze skrzyżowanymi nogami i oparł brodę na dłoni.
- Słyszałeś o Galileuszu?
- Tak. Mam go sprzątnąć?
- Nie! - zaprzeczył ostro, lecz zaraz rysy mu się wygładziły. - Wręcz przeciwnie... - westchnął. - Galileusz, jak wiesz, jest genialnym astronomem, który nie zawahał się użyć magii do celów naukowych. Niestety, nie krył się specjalnie ze swoją sztuką, więc dość szybko został zdemaskowany. Inkwizycja pochwyciła go i wtrąciła do lochów, a jego obserwatorium zostało zamknięte - podniósł na Drena jarzące się tęczówki. - To jest właśnie twoje zadanie. Masz sprowadzić do mnie Galilea.
- Co?! - wrzasnął. - Mam iść do lochów Inkwizycji?! - miał na końcu języka dosadne przekleństwo określające iloraz inteligencji Arcymaga, ale w porę się powstrzymał.
- Tak. Nie zrozumiałeś któregoś fragmentu? - zdziwił się.
- To chyba ty nie rozumiesz. Nie będę pchał się prosto w paszczę lwa. Nie jestem idiotą - oburzył się. - Skoro jesteś taki potężny, dlaczego sam tego nie zrobisz?
- W tym sęk. Jestem niezwykle potężny - oznajmił zwyczajnie. Stwierdził po prostu fakt. - Niestety, w lochach rozmieszczone są krzyże z Dwimerytu, które wysysają manę i siły witalne ze wszystkich magicznych istot. Nawet ja miałbym niewielkie szanse. Sądzę jednak, że w wilczej postaci powinieneś osiągnąć sukces - powiedział.
- Tak jak i ty w kruczej... - odrzekł, czekając na jakieś poruszenie w oczach Arcymistrza. Nie doczekał się. Widocznie mag od początku zakładał, że Dren wie o jego dziedzictwie.
- Wilk jest jednak silniejszy od kruka, prawda? - uśmiechnął się. Nie był to dobry uśmiech.
- Jestem skrytobójcą a nie niańką - jęknął. Zaczynał powoli rozumieć swoja sytuację.
- Wierzę, że sobie poradzisz.
- I tak nie mam wyboru, prawda? - zapytał zrezygnowany.
- Owszem, nie masz - roześmiał się beztrosko. Dren wiedział jednak, że ten śmiech w każdej chwili może zmienić się w zaklęcie, które wywróci Sylwanta na drugą stronę. - Skoro zaakceptowałeś układ, zgłoś się teraz do Kody. Udzieli ci on bardziej szczegółowych informacji. A teraz au revoir! - zakończył ironicznie. Niewidzialna siła pchnęła Drena i odstawiła go za drzwi komnaty.
Geofrey zeskoczył na ziemię i rozpostarł ręce. Machną kilka razy skrzydłami w kolorze smoły i wzbił się w powietrze, dołączając do reszty swoich współbraci.
[komentarze]  (7) [15:10 02/03/06]
 
    nast >>
archiwum 2006
styczeń
luty
marzec
kwiecień
maj
czerwiec
lipiec
sierpień
 
Cząstki mnie...
Moje opowiadania
Trzej muszkieterowie :)
Robercik :)
Toddziak :)
Reynardzik :)
Na mojej drodze
Razi :*
Taranah
Vivien
Zuzuś :*
Olga by Kelly
Jupijadziejejka
Isa by Anuch
Gosiek
Bellcia
Psychiatryk by Miho
Na mojej drodze
Ocena: Evaluation
Ocena: Nadia
Ocena: Meredith i Megan
kontakt | firma | regulamin | polityka prywatności | pomoc